Dziennik Twaina: premiera po stu latach

Kłamstwo absolutne i absolutna prawda
Dokładnie sto lat po swojej śmierci Samuel L. Clemens, bardziej znany jako Mark Twain, wydał nową, znakomitą książkę – tym razem o sobie samym.
Samuel Langhorne Clemens, tworzący pod pseudonimem Mark Twain
Bettmann/Corbis

Samuel Langhorne Clemens, tworzący pod pseudonimem Mark Twain

Mark Twain (pierwszy z lewej) podczas przyjęcia, 5 grudnia 1905 r.
Corbis

Mark Twain (pierwszy z lewej) podczas przyjęcia, 5 grudnia 1905 r.

Takie rzeczy to tylko w Ameryce – pewien pisarz wydaje ważącą ponad dwa kilogramy książkę, której nikt, poza krytykami, nie przeczyta w całości, a mimo to zdobywa ona przebojem listy bestsellerów. Dodajmy, że jest to pisarz obecnie martwy – literalnie, nie w sensie potencji twórczej, i to już od 1910 r. Wydawca w oka mgnieniu sprzedaje 400 tys. egzemplarzy tego nieporęcznego kubika, a maszyny drukarskie pracują pełną parą, próbując sprostać kolejnym zamówieniom. Dla University of California Press to największy sukces rynkowy od 60 lat.

A to dopiero początek. Kiedy liczący kilkadziesiąt osób sztab redaktorów pod kierownictwem Roberta H. Hirsta zakończy swą benedyktyńską pracę, do drukarni trafią kolejne dwa tomy dzieła sprzed wieku. Łącznie pół miliona słów, tu ciekawostka – nie spisanych, a w ogromnej większości podyktowanych przez autora tego całego zamieszania Samuela Langhorne’a Clemensa, urodzonego w 1835 r.

W zamyśle Clemensa, tworzącego pod pseudonimem Mark Twain, miała to być autobiografia totalna, przekraczająca bariery konwencji. We wstępie zapisał: „Mówię do was bardziej zza grobu, niż w żywej postaci, z istotnego powodu: mogę albowiem mówić bardziej swobodnie”. O wolność od czego autorowi chodzi? W 1899 r. Clemens opowiadał reporterowi londyńskiego „Timesa”: „Książka, która nie będzie opublikowana przez stulecie, daje pisarzowi wolność, której nie mógłby sobie zagwarantować w żaden inny sposób. Dzięki temu mogę opisać dowolnego człowieka takim, jakim dokładnie go znałem, i nie obawiać się, że urażę jego uczucia i uczucia synów oraz wnuków”. Potem dopisał, że wiedząc, iż w chwili premiery wspomnień będzie już „martwy i nieświadomy, i obojętny”; będzie mógł być „tak szczery i tak niezażenowany, jak w liście miłosnym”.

Zgodnie z oczekiwaniami Twain prezentuje się jako wybitny obserwator ludzkich charakterów. Np. ze szczególnym wdziękiem opisuje Jamesa W. Paige’a, wynalazcę maszyny do składu tekstu, która przegrała (słusznie) konkurencję z linotypem Ottomara Mergenthalera. Pisze: „Ten małooki, czujny, szykownie ubrany wynalazca jest najbardziej niezwykłym złożeniem biznesowej zapobiegliwości i handlowego szaleństwa; zimnej kalkulacji i dziecinnego sentymentalizmu; prawdomówności i fałszu; śmiałości i tchórzostwa; strzelistego geniuszu i trywialnych ambicji; kolosalnej próżności – i tu kończą się opozycje. Próżność jego jest osobna, przeszywa niebo niczym ostry obrys egipskiego monolitu”. Ustęp dalej Twain precyzuje charakter odczuć, którymi darzy Paige’a, pisząc, że gdyby tylko mógł, chwyciłby jego „orzechy w stalową pułapkę”, by potem w spokoju przyglądać się, jak kona.

Twain stracił za czynnym pośrednictwem Paige’a sumę, która dziś stanowi równowartość kilku milionów dolarów. Nie był to zresztą wyjątek – przy okazji tej i innych chybionych inwestycji Twain postradał niemal cały majątek i w szczycie sławy musiał zarabiać na życie, dając płatne wykłady. Entuzjazm pisarza dla technicznych nowinek (Twain darzył wielką atencją np. polskiego, nie do końca spełnionego wynalazcę Jana Szczepanika) dorównywał tylko jego ignorancji w tej dziedzinie.

Pisarz powraca wspomnieniami do Missouri, krainy dzieciństwa, w brawurowej, rozbudowanej do granic wytrzymałości czytelnika inwokacji. Wyjawia, jakie realne postaci posłużyły mu jako pierwowzory bohaterów literackich i jak toczyły się ich dalsze losy (na przykład będący uosobieniem nieskrępowanej normami społecznymi oraz higienicznymi wolności osobistej Tom Blankenship, czyli książkowy Huck Finn, dożył lat sędziwych – jako szanowany obywatel wioski w Montanie). Z niebywałą i jednakową dokładnością przedstawia dziesiątki mniej i bardziej istotnych dla losów świata postaci.

Mroczny i ironiczny

Kiedy Twain zaczyna dyktować, nie żyje już większość jego rodziny i przyjaciół – wśród nich dwoje dzieci i żona, Olivia Langdon, z którą przeżył 34 lata. Wyznaje, że śmiercią syna obarcza własne sumienie. Zanim w 1910 r. Twain skończy pracę nad autobiografią, pochowa kolejną córkę. Pisze o najbliższych prosto i bez sentymentalizmu, prawdopodobnie tak, jak zwykła się wypowiadać jego matka: „Nigdy nie używała wielkich słów, ale miała naturalny dar czynienia małych słów skutecznymi”.

Większość jego na pierwszy rzut oka nieskomplikowanych, pogodnych powieści, z „Eposem rzeki Missisipi” („Przygody Tomka Sawyera”, „Przygody Hucka Finna”, „Życie na Missisipi”) na czele, wypełniały pozornie lekko szkicowane sylwetki, w sumie jednak oddające w realistyczny sposób mniej pogodny charakter amerykańskiego Południa (rasizm, ranę po wojnie secesyjnej, rozwarstwienie społeczne). Wielu czytelników bardziej zaskoczy ujawniający się w „Autobiografii” Twain mroczny, gorzki, ironiczny. Dostaje się milionerom, którzy przekształcili Amerykanów z „narodu o szczytnych i godnych szacunku ideałach w coś zupełnie przeciwnego”. Ciężko gromi Twain prezydenta Theodore’a Roosevelta – głównie za absurdalną, prowadzoną z pozycji imperialnych, wojnę filipińsko-amerykańską (1899–1902), w której armia USA masakruje tysiące bogu ducha winnych wyspiarzy.

Dostaje się politykom. „Jeśli chcemy się dowiedzieć, czym naprawdę jest ludzka rasa, wystarczy, że przyjrzymy się jej podczas wyborów”, dyktuje Twain. Partyjna lojalność „obraca wyborców w mienie ruchome, niewolników, króliki”, podczas gdy „ich władcy i oni sami wykrzykują bzdury o swobodzie, niezależności, wolności opinii, wolności słowa”. Twain bezwzględnie mierzy też i tych, którzy na polityków głosują: „Jesteśmy ostrożnymi owcami; obserwujemy, dokąd zmierza stado i idziemy za nim”.

W podtekście tych ponadczasowych obserwacji formułuje Twain zarzut zasadniczy, skierowany do całego rodzaju ludzkiego „ze wszystkich istot najbardziej obmierzłego”. „Wśród wszystkich gatunków jego tylko – jedynego – cechuje złośliwość. To podstawa wszelkich instynktów, pasji, wad – najbardziej okropna”, wyjaśnia. Teraz już nie ma najmniejszych wątpliwości, czyje myśli podpowiadał Twain Szatanowi w gorzkich, ale znakomitych „Listach z Ziemi”, napisanych tuż przed śmiercią, ale z woli córki Clary Clemens, wydrukowanych dopiero w 1962 r. Twai-nowski Szatan takie refleksje na temat potomków Adama i Ewy przesyłał świętym Michałowi i Gabrielowi: „Człowiek to istota ogromnie ciekawa. W swych najwyższych wzlotach jest czymś w rodzaju anioła bardzo niskiej rangi; w swych najgorszych upadkach – czymś niewyrażalnym i niewyobrażalnym. Co więcej – jeśli wolno mi jeszcze bardziej was zadziwić – on sobie wyobraża, że jest ulubieńcem stwórcy” (przełożył Juliusz Kydryński).

Karmimy się kłamstwami, pisze Twain, spośród których największe dotyczy naszej wyjątkowości. W istocie bowiem jesteśmy „końcówką ogona tasiemcowatej wieczności naszych przodków”, rozciągającej się aż do swego „źródła w małpach”. Gwoli ścisłości: Twain bywa też w „Autobiografii” rozczulający i w ciepły sposób liryczny, zwłaszcza gdy mówi o zwierzętach lub dzieciach.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną