Ai Weiwei. Ptasie gniazdo w jamie smoka
Chiński artysta, który trafił na szczyt światowej sztuki, teraz może trafić na długie lata do komunistycznego więzienia.
„Rozrzutny” Ai Weiwei
Stefan Wermuth/Reuters/Forum

„Rozrzutny” Ai Weiwei

Wystawa w Haus der Kunst
AFP

Wystawa w Haus der Kunst

Miły, otwarty, z zaangażowaniem opowiadający o swojej sztuce, skromnie żyjący, tęgi, brodaty – przypomina przyjaznego krasnoluda, który muchy by nie skrzywdził. Ale łagodność Ai Weiweia kończy się tam, gdzie zaczyna polityka. Albowiem twórca szczerze nie lubi chińskich władz. Władze mają więc z panem Ai problem. Bo jest zbyt sławny w świecie, by można go bez rozgłosu zmusić do milczenia. A równocześnie zbyt dokuczliwy, by zostawić go w spokoju.

Jako artysta zaistniał w międzynarodowym obiegu stosunkowo późno. Miał 43 lata, gdy w 2000 r. wzbudził po raz pierwszy zainteresowanie kuratorów i krytyków. W Europie pierwszą indywidualną (acz skromną) ekspozycję zorganizowano mu w 2004 r. Dziś może już wybierać między ofertami z najlepszych muzeów i galerii; w latach 2006–09 brał udział w 80 wystawach na całym świecie. Z jednym wyjątkiem – Chin. Nigdy nie miał i zapewne nieprędko doczeka się autorskiej wystawy w swojej ojczyźnie. Mimo że to on wymyślił chyba najbardziej znaną na świecie, po Wielkim Murze rzecz jasna, chińską budowlę – olimpijski stadion.

Artyści wysiedleni

Trudno powiedzieć, czy w panu Ai wcześniej obudził się artysta, czy kontestator. Artysta mógł przebudzić się w nim już w dzieciństwie, jako że jego ojcem był Ai Qing, jeden z najsłynniejszych współczesnych poetów chińskich. Ale kontestator mógł narodzić się w tym samym czasie, albowiem w 1958 r. całą rodzinę zesłano (za tzw. prawicowe odchylenia) do obozu pracy. Ai miał wówczas roczek. Gdy miał 10 lat, wysiedlono ich z Pekinu po raz drugi. Z tego przymusowego pobytu na prowincji wiele zapamiętał: „Żyliśmy w jamie w ziemi, dach mając z liści. Ale najgorsze nie były te koszmarne warunki życia, ani to, że nie mieliśmy mięsa, kropli oleju i tylko dwa warzywa na zmianę – ziemniaki i cebulę, ale to, że jest się oskarżonym o popełnienie przestępstwa, które przestępstwem nie jest. Można czuć się znieważonym i można znienawidzić”.

Gdy w 1978 r. ojca zrehabilitowano, Ai miał 20 lat i zdał do najbardziej prestiżowej uczelni w kraju: filmowej. „Byłem podekscytowany, że się tam znalazłem, ale też znudzony, rozczarowany i bardzo nieszczęśliwy. To był Wiek Ciemności, nie przestrzegano praw człowieka”. Kontestował więc system w awangardowej grupie artystycznej Stars, rzucił studia i obrał sobie nowy cel: USA. Wyjechał z 30 dol. w kieszeni i ze znajomością współczesnej sztuki, która ograniczała się do lektury jednego katalogu wystawy postimpresjonistów.

Pobyt w USA mógł tylko umocnić jego wizerunek obiboka i faceta, który nie wie, co ze sobą zrobić w życiu. Wprawdzie dostał się szybko do Parsons School of Design, ale i z tej uczelni zrezygnował po dwóch latach. Z rozbrajającą szczerością wspominał: „Prawie nikt z moich rówieśników nie marnował czasu. Każdy dążył do tego, by zdobyć tytuł naukowy lub trafić do mainstreamu, być użytecznym. Mnie to nigdy nie przyszło do głowy”. Przez kolejne lata pędził życie wolnego ptaka. Mieszkał głównie w Nowym Jorku, błąkał się po ulicach, chodził na wystawy, zaglądał do księgarń, przyjaźnił się z Allenem Ginsbergiem. Gdy potrzebował pieniędzy, zatrudniał się dorywczo przy sprzątaniu mieszkań lub na budowach.

Dysydent wszechstronny

Za to poznawał współczesną sztukę z perspektywy Andy’ego Warhola i Marcela Duchampa. „Czułem się podekscytowany – wspominał po latach. – Oni całkowicie zmienili mój sposób myślenia. Zdałem sobie wówczas sprawę, że sztuka to nie produkt końcowy, ale styl życia i filozofia”. Naturalne więc, że zwrócił się ku konceptualizmowi. W jego artystycznej biografii znaleźć można udział w zbiorowej wystawie „Sztuka chińskich dysydentów”, zorganizowanej w 1987 r. na Uniwersytecie Harvarda. Ale wówczas wolał jeszcze happeningi. Politycznie ożywił się dopiero w czerwcu 1989 r. na wieść o masakrze na placu Tiananmen. Na znak protestu głodował przez osiem dni, po czym wrócił do swego beztroskiego życia.

I kiedy wydawało się, że już tak do starości będzie się obijał po Ameryce, nieoczekiwanie powrócił do Chin, by zaopiekować się ciężko chorym ojcem. Ai miał wówczas 36 lat. Przez poprzednie 12 lat nie był w ojczyźnie ani razu, ani razu też nie napisał listu do rodziny. „Nie ukończyłem żadnych studiów, nie miałem żony ani pieniędzy” – wspominał. Ale go to chyba specjalnie nie martwiło. Z wrodzonym luzem zajął się w Chinach dokumentacją fotograficzną swoich ulubionych artystów, wydawaniem poza cenzurą książek poświęconych awangardowym twórcom, a nawet handlem antykami. Zorganizował lokalną społeczność artystyczną w tzw. Pekin East Village, na podobieństwo tej nowojorskiej.

Ale już pierwsze znane jego prace z tego okresu dowodziły, że z pewnością nie zajmie się malowaniem zachodów słońca. W 2004 r., w piątą rocznicę masakry na Tiananmen, sfotografował na placu, na tle portretu Mao, swą żonę zadzierającą bezwstydnie sukienkę. Rok później zarejestrował na zdjęciach własną artystyczną akcję, podczas której z obojętną miną upuścił na kamienną posadzkę, rozbijając na drobne kawałki, zabytkową chińską wazę sprzed dwóch tysięcy lat (dynastia Han). Pytany o sens tego gestu, haniebnego z punktu widzenia europejskich standardów, oświadczył: „Chciałem pokazać, jak działa grawitacja”. Oba te przedsięwzięcia określały dalsze kierunki twórczej aktywności Ai Weiweia. Po pierwsze więc, kontestowanie poprzez sztukę społecznych i politycznych patologii w Chinach. Po drugie, stawianie (niekiedy w drastyczny sposób) pytań o obecność historii w teraźniejszości, o granice ochrony dziedzictwa, ale też o całkiem współczesny kult, jakim otaczamy przedmioty.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną