Roger Waters. Pod ścianą
Piosenki na „The Wall” napisał sfrustrowany występami przed publicznością. W 2011 r. po raz kolejny zaprezentuje je fanom w czasie gigantycznej trasy koncertowej. W Polsce wystąpi w kwietniu.
Jest jednym z pięciu największych twórców piosenek w Anglii po II wojnie światowej. Takie przynajmniej o sobie samym zdanie ma Roger Waters.
Corbis

Jest jednym z pięciu największych twórców piosenek w Anglii po II wojnie światowej. Takie przynajmniej o sobie samym zdanie ma Roger Waters.

Każde przykre doświadczenie życiowe dokładało kolejną cegłę w murze Watersa. Stąd pomysł na tytuł płyty: The Wall.
Robb D. Cohen/ Retna ltd./Corbis

Każde przykre doświadczenie życiowe dokładało kolejną cegłę w murze Watersa. Stąd pomysł na tytuł płyty: The Wall.

Te miejsca nie powstały dla muzyki – mówił o stadionach Roger Waters, wokalista i basista Pink Floyd. „Zbudowano je dla wydarzeń sportowych, do przeżywania rytualnych, wojennych doświadczeń, bo na nich opiera się sport”. Pod koniec lat 70. ogarniała go coraz większa frustracja. Długo umacniał swoją pozycję w zespole. Pisał teksty, wymyślał koncepcje płyt, ale męczyły go występy przed masową publicznością. W takich okolicznościach powstała bestsellerowa płyta „The Wall”.

Dziś Waters jako 67-latek wraca do tamtych piosenek na trasie koncertowej, z którą jeździ po świecie, zarzekając się, że to po raz ostatni. W 2011 r. przyjedzie do Europy, w tym na dwa wieczory do Polski. Znów będzie wspominał swoje życie, bo „The Wall” zawiera w sobie pół autobiografii Watersa i jak nic innego oddaje jego trudny charakter.

Pomysł na płytę narodził się pod koniec lat 70. w czasie podróży samochodem, gdy Waters opowiadał znajomym o swoich problemach z wyobcowaniem, które odczuwał jako gwiazda rocka. „Cudownym zbiegiem okoliczności było to, że jechał z nami wtedy psychiatra” – śmiał się później Bob Ezrin, producent płyty, który też był w tym samochodzie. Psychiatra miał się zainteresować i uznać, że to świetny temat. Na tym skończyło się jego uczestnictwo w „The Wall”, choć i później bardzo by się przydał.

Historia „The Wall”, jednej z najsłynniejszych płyt rockowych, to jak wspomnienie Titanica. Była najbardziej monumentalnym dziełem Pink Floyd, a jednocześnie w praktyce zatopiła ten zespół. W tekstach opowiadała historię gwiazdora rockowego stopniowo oddalającego się od innych. Każde przykre doświadczenie życiowe dokładało kolejną cegłę w murze (jak w tytule – „Mur”, choć w Polsce przyjęło się mówić o tej płycie „Ściana”), oddzielającym go od publiczności i od całego świata. Jego ojciec poległ w czasie II wojny, wychowywała go nadopiekuńcza matka, a uformowało opresyjne szkolnictwo – dokładnie tak jak samego Watersa. W końcu mur staje się tak potężny, że wszystkie więzy bohatera ze światem pękają. Tak jak w przypadku lidera Pink Floyd, dla którego „The Wall” było jak spełniona przepowiednia.

Wszystko gra

I jak na Titanicu, gdy orkiestra grała, czyli trwały drogie sesje nagraniowe w wyjątkowo rozbudowanym jak na ówczesne Pink Floyd składzie, z muzykami sesyjnymi i zewnętrznym producentem (Bob Ezrin), a potem budowanie scenografii do niezwykłej trasy koncertowej (wielkie dekoracje, światła, efekt rockowego teatru), odpadali kolejni pasażerowie. Rick Wright, wyrzucony z zespołu przez Watersa, skłócony z nim dotychczasowy autor okładek i oprawy wizualnej Storm Thorgerson, potem inżynier dźwięku, który przyznał się, że pięć lat spędzonych z Pink Floyd wykończyło go psychicznie. Na koniec wyleciał też sam Ezrin, którego Waters oskarżył o zdradzenie prasie szczegółów trasy The Wall. Na koncerty zespół wyjeżdżał już w praktyce jako Roger Waters i akompaniujący mu muzycy – bo już nie było atmosfery do wspólnej pracy, a nieporozumienia związane z „The Wall” doprowadziły w ciągu kilku lat do rozpadu grupy.

Waters odszedł z zespołu, sądząc, że w ten sposób formalnie go likwiduje. Tymczasem reszta nie kwapiła się zawieszać działalności pod słynnym szyldem. Co więcej, Waters przegrał proces o nazwę. Lata 80. upłynęły więc angielskiej grupie na sporach o prawa do piosenek i pieniądze. Najbardziej kuriozalny był ten dotyczący latającej różowej świni – symbolu, który wymyślił Waters. Muzyk zażądał 35 tys. dol. za jego wykorzystywanie. David Gilmour i Nick Mason – czyli reszta ówczesnych muzyków Pink Floyd – odpowiedzieli na to, doczepiając świni organy płciowe i zamieniając ją w prosiaka. „Waters to pies ogrodnika” – uznał wtedy Gilmour. W reakcji na to Waters miał – jak głosi legenda – zamówić papier toaletowy z podobiznami Gilmoura. I chociaż po wielu latach pojawili się na jednej scenie podczas charytatywnego koncertu Live 8, od razu zastrzegli, że pracować ze sobą nie chcą.

„Jestem jednym z pięciu największych twórców piosenek w Anglii po II wojnie światowej” – mówił Roger Waters. To pogląd dość dyskusyjny, ale znaczenie Watersa dla Pink Floyd było na pewno olbrzymie. Kiedy w latach 80. zaczął karierę solową, dalej pisał utwory nie gorsze niż te, które mieli do zaprezentowania jego dawni koledzy. Otaczał się też świetnymi muzykami, ale krytykom w odbiorze jego nagrań przeszkadzało to, że do kolejnych albumów dopisywał monumentalne koncepcje: jeśli nie o trzeciej wojnie światowej, to o kondycji ludzkości. Ani jego płyty, ani jego koncerty nie sprzedawały się tak dobrze jak wydawane w podobnym czasie albumy zreformowanego Pink Floyd. I choć także wśród młodego pokolenia muzyków (Marilyn Manson, Trent Reznor) były lider Pink Floyd znalazł admiratorów, to jego pozycja słabła z każdym rokiem.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną