Komediowe masowe kino weekendowe

Komedia pomyłek
Polskie kino zaczęło nowy rok na wesoło. Publiczność się bawi, producenci liczą zyski. Krytykom nie jest jednak do śmiechu.
Po obejrzeniu „Och, Karol 2” nie mamy już najmniejszej wątpliwości – nie próbujmy nawet szukać w polskiej komedii jakiegokolwiek sensu. To tylko szereg skeczy.
MLT MaxFilm/Fabryka Obrazu/Elżbieta Kasperska/materiały prasowe

Po obejrzeniu „Och, Karol 2” nie mamy już najmniejszej wątpliwości – nie próbujmy nawet szukać w polskiej komedii jakiegokolwiek sensu. To tylko szereg skeczy.

Karol wraz z paniami
materiały prasowe

Karol wraz z paniami

„Jak się pozbyć cellulitu” Andrzeja Saramonowicza. Ten ostatni, bez cellulitu, na zdjęciu.
Warner Bros Entertainment Polska sp. z o.o./materiały prasowe

„Jak się pozbyć cellulitu” Andrzeja Saramonowicza. Ten ostatni, bez cellulitu, na zdjęciu.

Panie z cellulitem
materiały prasowe

Panie z cellulitem

Małgorzata Socha i Paweł Małaszyński w trakcie wspólnego „Weekendu”
materiały prasowe

Małgorzata Socha i Paweł Małaszyński w trakcie wspólnego „Weekendu”

Jest już prawie jak w Hollywood. W piątek nowy tytuł pojawia się w kinach, a w najbliższy poniedziałek dowiadujemy się, jaki był tzw. wynik otwarcia, czyli ile biletów zostało sprzedanych. Liczby naprawdę mogą robić wrażenie. Najświeższy przykład to komedia „Jak się pozbyć cellulitu” Andrzeja Saramonowicza, na którą w miniony weekend poszły tysiące ludzi. Wprawdzie film „Jak zostać królem”, który jest faworytem najbliższej gali oscarowej, zobaczyło w pierwszy weekend aż 83 tys. kinomanów, czym słusznie chwalił się dystrybutor, ale gdzie tam brytyjskiemu królowi do „króla polskiej komedii”, jak przedstawiano w telewizyjnych reklamach Cezarego Pazurę, którego „Weekend” obejrzało już prawie 700 tys. ludzi.

Tytuł filmu Pazury odnosi się wprawdzie do czasu trwania niezbyt skomplikowanej akcji, ale można go też potraktować symbolicznie. Mamy bowiem do czynienia z nowym gatunkiem w obrębie krajowej sztuki filmowej, który nazwałbym roboczo kinem weekendowym. Warto się nad nim pochylić, gdyż w ostatnich miesiącach nastąpiła kumulacja tytułów podobnej proweniencji. Kino weekendowe króluje w multipleksach, najczęściej zlokalizowanych w centrach handlowych, więc jest łatwo dostępne także dla przypadkowego widza, który robi zakupy, następnie jedzie na wyższe piętro się posilić, a tam zazwyczaj, obok fast-foodów, znajdują się sale projekcyjne. Konsument kina weekendowego nie ma wielkich wymagań: ma być podane szybko i smaczne, najlepiej w zestawie. Składniki mogą się nieznacznie zmieniać, ale bez szaleństw.

Jak to się robi?

Najlepiej sprzedaje się komedia. Świadczyłoby to, że w kraju jest ogromne zapotrzebowanie na śmiech, czemu trudno się dziwić. Ale z drugiej strony, produkcja komedii okazała się świetnym biznesem, i ostatnio to już podaż zaczyna kształtować popyt. Co ciekawe, nasi twórcy w dziedzinie tzw. kina gatunkowego mają osiągnięcia bliskie zeru, nie kręcimy przecież ani kryminałów, ani thrillerów, a specjalistów od rozśmieszania wciąż przybywa. Reżyser zaczynał ambitnie, coś tam kombinował, wspinał się na palcach, nie wyszło, to teraz bierze się za komedię. Wychodzi z tego istna komedia pomyłek (niestety, nie w klasycznym rozumieniu tego terminu).

Biedni recenzenci, którzy muszą pisać o nowych polskich komediach. Na szczęście, ostatnio piszą coraz rzadziej, gdyż nie są wpuszczani na przedpremierowe pokazy. (Recenzent „Gazety Wyborczej” skarżył się, że nie mógł zobaczyć „Jak się pozbyć cellulitu” Andrzeja Saramonowicza, który, żeby było śmieszniej, zanim został wziętym filmowcem, pracował w „Wyborczej”!). Kiedy w końcu film zobaczą na zwyczajnym seansie, nie są już w stanie mu zaszkodzić, gdyż hałaśliwa promocja zrobiła swoje i nawet recenzja totalnie miażdżąca dzieło nie wpłynie na zachowanie widowni.

Z pisaniem recenzji jest jeszcze jeden, dosyć zasadniczy kłopot. Oczywiście, akcji streszczać nie wolno, ale wspomnieć, o czym to z grubsza jest, jednak wypada. I tu trzeba naprawdę wykazać się wyjątkową bystrością, większość polskich komedii jest bowiem o niczym. To znaczy – brakuje im elementarnych składników, takich jak precyzyjny scenariusz, pełen zwrotów akcji, wyrazistych bohaterów, błyskotliwych dialogów, o gagach już nie wspominając. Czasem można odnieść wrażenie, że pierwszy klaps padł w chwili, kiedy dopiero rodził się wstępny pomysł na film. W zeszłym roku mieliśmy zresztą w tej dziedzinie przykład wręcz modelowy – komedię „Fenomen” Tadeusza Paradowicza, opowiadającą o tym, jak się kręci komedię, oczywiście bez żadnego pomysłu.

O czym jest „Weekend” Cezarego Pazury, który miał być komedią kryminalną, bo strzelają tam i ścigają się samochodami po ulicach miasta Łodzi niczym po Los Angeles? Recenzent branżowego „Filmu” próbował coś zrozumieć, ale chyba się poddał: „Nic tu bowiem nie wnosi nic do niczego. Postaci pojawiają się, by błysnąć fryzurką albo złotym zębem, i znikają w nicości. Niby są dwa zazębiające się wątki, ale się nie zazębiają”. Recenzent oglądał film razem z publicznością (pokazu prasowego nie było) i zapamiętał, że na sali największy entuzjazm wywołała kwestia: „Brawo! Wygrałeś talon na kurwę i balon!”. Chyba były jeszcze zabawniejsze.

O czym jest najnowszy film Saramonowicza, który miał być odnowicielem polskiej komedii („Testosteron”, „Lejdis”, „Idealny facet dla mojej dziewczyny”), też trudno powiedzieć. Oglądamy na ekranie trzy idiotki, które wplątują się w intrygę kryminalną, pozbawioną sensu od pierwszej sceny do ostatniej. Zdradźmy jedynie, że chcą zgładzić pewnego mało sympatycznego mężczyznę i zastanawiając się nad tym, jak się pozbyć trupa, wpadają na pomysł, by pokawałkowane ciało doczepić do balonów i posłać w przestworza. Aby mieć pewność, eksperymentują z mięsem dostarczonym przez rekina przemysłu rzeźniczego. Jedna z porcji wpada na teren zakonu za naszą wschodnią granicą (cud?); od tej sceny zaczyna się zresztą film. No, kretynizm, wprost nie do uwierzenia, ale musimy to wszystko oglądać.

Po obejrzeniu „Cellulitu”, „Weekendu”, „Och, Karol 2”, nieco wcześniejszego „Ciacha” czy „Śniadania do łóżka” nie mamy już najmniejszej wątpliwości – nie próbujmy nawet szukać w polskiej komedii jakiegokolwiek sensu. Są to bowiem w istocie luźno połączone skecze. W których się gada, gada i gada... Gdyby chociaż zadbano o dialogi! Ale i tu mamy zwykłą fuszerkę, czyli udawany luz, i dużo wulgaryzmów. Niestety, to działa, choć trudno powiedzieć dlaczego, w każdym razie, kiedy dama z ekranu rzuca słowem na literę k, publiczność rechocze.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną