Rozmowa z Maciem Morettim, laureatem Paszportów POLITYKI w dziedzinie muzyki popularnej

Jestem pogodnym katastrofistą
Ważne, że ktoś ma pasję i kocha to, co robi, jest w tym szczery, a to, czy to jest noise czy pop, pozostaje – owszem – istotne, ale w tym kontekście nie najważniejsze - mówi Macio Moretti.
Macio Moretti - Jedna z najważniejszych postaci stołecznej sceny alternatywnej.
Tadeusz Późniak/Polityka

Macio Moretti - Jedna z najważniejszych postaci stołecznej sceny alternatywnej.

W muzyce popularnej wszystko już zostało wymyślone i tak naprawdę nic nowego nie da się zrobić.
Tadeusz Późniak/Polityka

W muzyce popularnej wszystko już zostało wymyślone i tak naprawdę nic nowego nie da się zrobić.

Mirosław Pęczak: – W bardzo wielu zespołach grywałeś bardzo różną muzykę, od metalu po jazz. Czym jest dla ciebie styl, konwencja muzyczna?
Macio Moretti: – Może to zabrzmi arogancko, ale nie mam pokory wobec konwencji, nie czuję potrzeby przywiązywania się do takiego czy innego stylu. Konwencja to wymysł, choć także wygodne naczynie, z którego można korzystać.

Także w celach prześmiewczych?
W tym, co robię, chodzi m.in. o torpedowanie konwencji na podobnej zasadzie jak w przypadku gagu polegającego na wysuwaniu krzesła spod siadającego. Chodzi więc o to, by ośmieszyć, złamać, zdekonstruować. I jest to coś zupełnie innego niż łączenie stylów, o co jestem niesłusznie podejrzewany. Po gali Paszportów POLITYKI dziennikarze pytali mnie, jakie teraz style będę ze sobą łączył.

Może dzieje się tak dlatego, że dziś mamy często kłopot z określaniem danego stylu, nawet terminu „muzyka popularna” używamy wyłącznie z braku innego, bardziej odpowiedniego dla całej różnorodności, którą ów termin ma w sobie zawrzeć.
Choćby dlatego podważanie konwencji nie musi wcale polegać na przerabianiu jej w jakiś dramatyczny sposób – np. muzykę określonego gatunku wyrażasz środkami innego gatunku. Pożądany efekt da się osiągnąć w o wiele subtelniejszy sposób: powtarzasz daną estetykę niemal dosłownie, ale kontekst powoduje, że konwencja ulega podważeniu. Tak robimy choćby w zespole Mitch&Mitch.

Kiedy po raz pierwszy przyszło ci do głowy, by zastosować pastisz, brać w cudzysłów style i gatunki?
Nie mam pojęcia, ale to chyba wiąże się ogólnie z dorastaniem, dojrzewaniem, wrażliwością, z życiem po prostu. Ostatni gatunek muzyczny i muzyczna subkultura, z jaką się identyfikowałem we wczesnej młodości, to byli metalowcy. Jako 12-latek uwielbiałem Iron Maiden. Potem ta fascynacja zaczęła mi się komplikować. Wyczuwałem, że metal chyba jednak nie jest muzycznym absolutem, że łatwo poddaje się parodii. Niedługo później poznałem kolegów, z którymi próbowałem grać i od których nauczyłem się dużego dystansu do nadętej powagi, ceremonialności, a w końcu zacząłem słuchać płyt Franka Zappy, który artystycznie potwierdził, że warto w dobrym towarzystwie się pośmiać. Zappę lubiłem zresztą nie tylko za jego freak shows, skłonności do absurdu, groteski, ale też za muzykę – dziwną, skomplikowaną. Zawsze miałem tendencje do utrudniania sobie życia, więc bardzo mi się podobały te połamane rytmy Zappy. Im głębiej w to wchodziłem, tym lepiej rozumiałem, że trzeba się kierować indywidualnym podejściem do życia, do sztuki. W takim sensie Zappa był dla mnie autorytetem.

Czy wynika z tego, że ironia może być ważnym elementem w muzyce?
Jak najbardziej. W muzyce, którą gramy z kumplami, to coś bardzo ważnego, choć pilnuję się, by pamiętać o pewnej równowadze – wolę nie stosować ironii nazbyt zjadliwej, dosadnie piętnującej.

A nie miałeś nigdy ochoty na frontalny atak na potoczny gust Polaków, na tak czasem wyraźne wielbienie tandety?
Nie, chyba nie. Ja po prostu nie mam za bardzo kontaktu z takim festiwalowym popem, słuchanym przez masową publiczność. To jest zupełnie inny świat niż ten, w którym żyje moja muzyka. Poza tym od bardzo dawna nie posługuję się atakowaniem gustów, które nie są moje. Skupiam się po prostu na swoich sprawach.

Zdarzało się jednak, że pastiszowałeś Kombi albo takie mrągowskie country.
Nie potrafię powiedzieć, skąd brał się impuls do takich pomysłów. One pojawiały się jakby znikąd, ale potem układały się w konkretną całość, której z początku nikt nie planował. Z Kombi to było tak. Zauważyliśmy (ja i moi koledzy), że scena punkowa, alternatywna, w ramach której funkcjonowaliśmy, podchodzi zbyt serio do siebie samej. Wyczuwało się trochę takiego mentalnego zaduchu. No i postanowiliśmy to przewietrzyć, zdezorientować środowisko. Powstał zespół Królowie Życia, grający repertuar Kombi.

To było dawniej, a w zeszłym roku razem z zespołem Mitch&Mitch wydałeś płytę z wyrafinowaną, elegancką muzyką.
Myślę, że ci, którzy znają naszą drogę, wyczuwają też kontekst tej płyty i chyba tak strasznie zaskoczeni nie są. Zaczęło się od tego, że mieliśmy nagrać z Bartkiem Tycińskim utwór „Desafinado” Antonio Carlosa Jobima do filmu grupy Azorro. Tyle że w czasie nagrania, zamiast Jobima, zaczęliśmy grać country – z takim założeniem, że potrafimy to zrobić, możemy zaaranżować i nagrać przynajmniej jeden utwór dziennie. Większość materiału na płytę powstała na siódmym piętrze bloku na Chomiczówce. Potem powstał teledysk, później jeszcze pojawił się pomysł, żeby zagrać to na żywo, namówiliśmy kolegów, z którymi graliśmy wcześniej, do udziału w tej akcji, w efekcie po latach skład rozrósł się do dziewięciu osób, a płyta brzmi tak, jak brzmi. Swoją drogą, ta płyta chyba też potwierdza, że w muzyce popularnej wszystko już zostało wymyślone i tak naprawdę nic nowego nie da się zrobić.

O, to brzmi dość katastroficznie.
No tak, ja chyba rzeczywiście jestem katastrofistą, chociaż takim katastrofistą optymistycznym, pogodnym. Chyba najbardziej pasowałby tu klimat z finałowej piosenki z „Żywota Briana” – „Always Look At Bright Side Of Life”. I wydaje mi się, że w tak opisanej sytuacji tzw. muzyki popularnej do wyboru nie ma tak wiele: można kombinować, na różne sposoby tasować te same karty, ale przede wszystkim opowiedzieć po swojemu o tym, co się przeżyło. Opowiedzieć o emocjach, kontaktować się z innymi poprzez muzykę. Chyba niewiele więcej da się zrobić.

Życie jest ważniejsze od konwencji?
Dokładnie tak.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną