Jerzy Nowosielski, modny malarz staromodny

Byty subtelne
Formacja duchowa, do której przynależał Jerzy Nowosielski, skończyła się już dość dawno, a on był jedynie żyjącym, choć od wielu lat już ledwo zauważalnym jej symbolem.
Nowosielski był artystą-filozofem.
Włodzimierz Wasyluk/Reporter

Nowosielski był artystą-filozofem.

„Portret narzeczonych”, lata 60.
Galeria Starmach

„Portret narzeczonych”, lata 60.

„Studium Mandali”, 1952 r.
Galeria Fibak/EAST NEWS

„Studium Mandali”, 1952 r.

„Porwanie Europy”, 1967 r.
Galeria Fibak/EAST NEWS

„Porwanie Europy”, 1967 r.

Kościół grekokatolicki w Białym Borze, wystrój zaprojektował Nowosielski.
Wojciech Kryński/Forum

Kościół grekokatolicki w Białym Borze, wystrój zaprojektował Nowosielski.

Nie potrzeba silić się na zgrabne metafory – tę najlepszą przyniosło samo życie. Najważniejsze telewizyjne serwisy informacyjne wiadomość o śmierci artysty umieściły na biegnącym w dole ekranu pasku. Ani „Fakty”, ani „Wiadomości” nie zdecydowały się na przygotowanie choćby krótkiego materiału filmowego, przypominającego postać malarza. Dopiero włamanie do domu zmarłego, które nastąpiło dwa dni później, okazało się newsem godnym porządnego felietonu. Otóż Nowosielski przynależał do świata, w którym porządki rzeczy układały się dokładnie na odwrót: odpowiednio godnie uczczono by śmierć kogoś takiego jak on, a wstydliwie pominięto wyczyn złodziejskich hien. Spróbujmy ów jego świat, choć w kilku obrazach, odtworzyć.

Blisko 20 lat temu, na zlecenie TVP, przeprowadziłem z Nowosielskim wywiad-rzekę. Dziewięć godzin nagrań, kilka dni spotkań przed kamerą. Tym, co w zachowaniu artysty zaskoczyło i urzekło mnie wówczas najbardziej, była niezwykła skromność. Nie potrafiłbym wskazać choćby jednego momentu, w którym Nowosielski, na potrzeby mediów, próbował kreować jakikolwiek obraz siebie. Z taką samą naturalnością opowiadał o swoich wadach, jak i zaletach, sukcesach, jak i porażkach. Bez chęci przypodobania się, zrobienia dobrego efektu, uwodzenia intelektem. Skoncentrowany, szanujący słowa, ale też potrafiący zażartować z siebie.

Ubierał się staromodnie, bez krzty artystowskiej fantazji. Na ulicy praktycznie nie do wyłuskania z tłumu. Unikający jakichkolwiek przesadnych gestów, zbyt dosadnej mimiki, modulacji głosu, jakby chciał wysłać komunikat: tylko nie zwracajcie na mnie uwagi. Choć bez problemu znajdował wspólny język z każdym, począwszy od prostego człowieka, a na uniwersyteckich profesorach skończywszy, wolał raczej przysłuchiwać się, niż perorować. Jeśli już jednak mówił, to odważnie i bezkompromisowo – zawsze to, co myślał, nawet wówczas, gdy mogło mu to zaszkodzić. Zarówno wówczas, gdy „kalectwem kultury narodu” nazywał wszechogarniającą kraj „potrydencką mentalność rzymskokatolicką”. Jak i wówczas, gdy rozwodził się o zmysłowej cielesności mężczyzny w kontekście Ukrzyżowania Chrystusa lub głosił odważne sądy o erotyzmie kobiet. Potrafił zdecydowanie wycofać się z przygotowania ilustracji do książki swego najbliższego przyjaciela Tadeusza Różewicza, gdy uznał, że jej treść zbyt drastycznie kłóci się z jego poglądami (chodziło o „Białe małżeństwo”).

Miał naturę mnicha, którym zresztą był w młodości przez kilka lat. Kompletnie nie interesowały go zaszczyty, honory, hołdy. Nie lubił podróżować, do propozycji kolejnych wystaw podchodził z łagodną obojętnością, w pogardzie miał międzynarodową karierę. Żył bardzo skromnie, nie dbał o dobra materialne. „Na życie mi wystarczy, na drinka też” – żartował. Poproszony, zawsze pomagał innym, a ponieważ permanentnie nie miał oszczędności – wspierał swymi pracami. „Sprzedaj i będziesz miał pieniądze” – mówił. Nigdy nie miał też problemu z tym, by podarować obrazy na charytatywne aukcje. A przecież rozstawał się z nimi z bólem, najchętniej trzymałby wszystkie w domu.

W głębi duszy

Nowosielski był – to też już rzadkość – autentycznym artystą-filozofem. „Nie wolno się rozgrzeszać z jednej rzeczy: z obowiązku zdobywania mądrości” – powiedział niegdyś. Rozmyślać lubił chyba jeszcze bardziej niż malować. Jak na prawdziwego arystokratę ducha przystało, gardził sprawami politycznymi, ekonomicznymi, gospodarczymi czy technologicznymi. Za to wiedzę teologiczną miał w małym palcu, nieustannie wadził się z Bogiem, rozliczał z cywilizacją i historią, tropił w naszym życiu anioły i demony. Filozofował. W spojrzeniu na religię niezwykle oryginalny i samodzielny, w pozostałych kwestiach (sztuka, obyczaje) zazwyczaj pozostawał konserwatystą. Chętnie dzielił się swoimi przemyśleniami, choć można podejrzewać, że te najważniejsze zachował dla siebie.

Z dużym pesymizmem patrzył na współczesny mu świat. Mówił o postępującej satanizacji kultury (to było ćwierć wieku temu, co by powiedział dziś?!). Ostro krytykował te wszystkie mechanizmy, które stanowią obecnie główną siłę napędową sztuki: rozdęte ambicje, materialne motywacje, wymyślane na siłę strategie, tworzenie „pod publikę”, rutynę, mody. O współczesnej kulturze mówił: „Jest ogólny bełkot, bryja – malarska, muzyczna i każda inna”.

Można by złośliwie napisać, iż od dawna pozostawał zgorzkniałym starcem, który zatrzymał się w przeszłości i któremu niewiele się podobało. Ale to nieprawda. Jego krytycyzm brał się bowiem nie ze ślepego zapatrzenia w przeszłość, ale z autentycznej zadumy nad procesami, jakim podlega współczesna cywilizacja. Poza tym nie miał duszy moralisty, nie pouczał, nie groził, z niczym nie walczył. Przyglądał się raczej ze zdziwieniem, może z zaskoczeniem, że tak się dziwnie dzieje wokół niego. Bolał nad upadkiem obyczajów i reguł, ale nie próbował nawracać świata. Co ciekawe, unikał przenoszenia do swego malarstwa owych pesymistycznych spostrzeżeń i złych doświadczeń. Sztuce oddawał dobre emocje, te złe chowając gdzieś w głębi duszy.

„Sztuka nie jest po to, żeby była piękna i przyjemna. Sztuka musi być silna, musi działać” – przekonywał w 1978 r. Moda na jego obrazy, która na dobre wybuchła półtorej dekady później, niosła się – paradoksalnie – właśnie na fali przyjemności i piękna. Nagle wzbogaceni rodacy chętnie wieszali jego wielkie płótna nad kominkami i w gabinetach, bo wydawały się takie spokojne, miłe dla oka, nieinwazyjne estetycznie. To, co dla Nowosielskiego było artystycznym ekshibicjonizmem („w malarstwie obnażyłem się bardziej niż przed spowiednikiem” – pisał), dla bogatych kupców było bezpieczną krainą łagodności, trochę nostalgicznej, trochę romantycznej. Oto artysta, który do swej sztuki przykładał tradycyjne miary, spotkał się z odbiorcami, którzy dostrzegali w tych pejzażach, aktach, abstrakcjach czyste piękno, niezdolni już do tego, by w subtelnościach malarskiego języka zauważyć też dramat, napięcie, egzystencjalną tragedię.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną