Wysyp brytyjskich wokalistek

W pogoni za Amy
W muzyce pop dominuje dziś brytyjska wokalistyka. Czy dlatego, że rodzą się tam programy typu „X Factor”? Niezupełnie. Raczej ze względu na dobre szkoły i alternatywne zaplecze.
Adele Adkins (22 lata) – soulowo-popowa diwa, w tym roku niekwestionowany numer 1 brytyjskiej wokalistyki
materiały prasowe

Adele Adkins (22 lata) – soulowo-popowa diwa, w tym roku niekwestionowany numer 1 brytyjskiej wokalistyki

Clare Maguire fenomenalnymi możliwościami głosowymi przypomina Annie Lennox z grupy Eurythmics
materiały prasowe

Clare Maguire fenomenalnymi możliwościami głosowymi przypomina Annie Lennox z grupy Eurythmics

Anna Calvi (28 lat) – sensacja sezonu, wokalistka i autorka włoskiego pochodzenia, przypominająca chwilami PJ Harvey
materiały prasowe

Anna Calvi (28 lat) – sensacja sezonu, wokalistka i autorka włoskiego pochodzenia, przypominająca chwilami PJ Harvey

Adele skończyła szkołę, nagrała płytę i sprzedała 2,5 mln egzemplarzy na całym świecie. Dokładnie w takiej kolejności. Teraz wydała album numer dwa, który dał jej pierwsze miejsce na liście bestsellerów w Ameryce, jeszcze wyższą sprzedaż i uczynił z niej nową supergwiazdę. Bez „X Factora”, „Idola” i tym podobnych. Bez skandali, wyłącznie za sprawą kapitalnego, mocnego głosu wokalistki i muzyki o lekko soulowym zabarwieniu album „21” stał się jak na razie najbardziej spektakularnym hitem tego roku w muzyce pop.

Jako współautorka swoich piosenek Adele ma pełną kontrolę nad tym, co robi. Ma też w kieszeni Grammy, kilka innych nagród oraz gratulacje od byłego premiera kraju Gordona Browna, który uznał ją za światełko w tunelu dla Wielkiej Brytanii.

Angielska wokalistyka to od kilku lat potęga. Najpierw Amy Winehouse, potem Duffy, w międzyczasie Katie Melua i Rumer – większość odnosiła się na różne sposoby do przeszłości, podobnie jak 22-letnia Adele Adkins. Ale ten rok to już prawdziwa eksplozja. Bo tę samą szkołę, do której ona uczęszczała, opuszcza właśnie cała generacja utalentowanych wokalistek, które kształcą swoje umiejętności na koszt brytyjskiego podatnika w eleganckim gmachu w południowym Londynie. To jest największy sekret współczesnego przemysłu muzycznego – BRIT School.

Akademia gwiazd

20 lat temu sytuacja była zupełnie inna. W czołówkach brytyjskich list bestsellerów z trudem dało się wypatrzyć rodzimych wokalistów. Oczy całego świata zwrócone były na muzykę rockową, pop i hip-hop z USA. BRIT Awards – nagrody miejscowego przemysłu muzycznego, odpowiednik naszych Fryderyków – podupadały, nie transmitowała ich nawet tamtejsza telewizja. W tych nieciekawych czasach fundacja zawiadująca nagrodami postanowiła stworzyć na przedmieściach Londynu wielką uczelnię publiczną z normalnym programem szkoły średniej, ale też z całym zestawem artystycznych specjalności. Ze studiami nagraniowymi, radiowymi i telewizyjnymi, salami tanecznymi i wielką salą teatralną na 700 osób.

Wzorowaliśmy się wówczas na amerykańskich szkołach artystycznych – mówi Arthur Boulton, jeden z założycieli BRIT School, który w tej chwili pełni w niej funkcję specjalisty od kontaktów z przemysłem muzycznym. Najważniejszym warunkiem było to, żeby placówka nie miała, jak inne artystyczne uczelnie, elitarnego charakteru. Od początku była otwarta dla wszystkich i darmowa. – Działamy w ramach współpracy między rządem a funduszem powierniczym BRIT, który zawiaduje i czerpie dochody z BRIT Awards.

Amy Winehouse trafiła tu pod koniec lat 90., gdy miała pierwsze problemy z dyscypliną. Wyrzucono ją ze szkoły teatralnej, ale przeszła przez sito (zdaje jedna na trzy osoby) przesłuchań do BRIT School. Dziś uczniowie śpiewają jej piosenki, a ona sama występowała w starej szkole, gdy jeszcze regularnie grała koncerty. Bo Amy, choć niebywale zdolna, w ostatnich latach mocno zaplątała się w życiowe problemy, o których zresztą pisała piosenki – przede wszystkim w alkohol i narkotyki. Z jednej strony, przywróciła światu wokalny soul i blues jako muzykę zbuntowaną, stała się w XXI w. odpowiednikiem niegrzecznej Billie Holiday.

Mark Ronson, producent jej najgłośniejszego albumu „Back to Black”, twierdził nawet, że „Amy przywraca muzyce pop jej buntowniczego ducha”. No i zrobiła – co rzadkie dla Brytyjczyków śpiewających w tym stylu – karierę za oceanem. Z drugiej – skończyła jako ofiara tabloidowej prasy, stając się przede wszystkim dostarczycielką skandali. Od dwóch lat zapowiada kolejną, trzecią płytę, której jednak nie może skończyć. Jedni twierdzą, że ukaże się jeszcze w tym roku, inni – że prace na dobre jeszcze nie ruszyły. Ale nawet brytyjscy bukmacherzy, którzy wcześniej przyjmowali zakłady, czy Amy uda się wyjść na scenę, ostatnio przestali się nią interesować.

Thatcher się myliła

Gdy w 2008 r. Amy częściej niż na scenie zaczęła przebywać w areszcie, zainteresowanie publiczności skradła jej imienniczka – Aimée Duffy, kolejna brytyjska zdobywczyni Grammy i następna, która Amerykę podbiła dzięki odwołaniu się do muzyki z lat 60. Duffy ochrzczono z kolei nową Dusty Springfield. Po niej nastała właśnie Adele Adkins. Ale i na tej lista nowych brytyjskich wokalistek, robiących dziś światowe kariery, bynajmniej się nie kończy.

Jednocześnie z Amy wybiła się Katie Melua (Gruzinka z pochodzenia), kolejna uczennica londyńskiej szkoły. Sławę przyniosły jej delikatne, eleganckie piosenki o lekko jazzowym zabarwieniu. W BRIT School podkreślają, że Melua i Winehouse to skrajnie różne osobowości – i jedyne, co mają ze sobą wspólnego, to tych osobowości wyjątkowość. Co ma być dowodem na skuteczność systemu edukacji, który nie próbuje forsować jednego wzorca. Właściwie w ogóle nie forsuje – w przeciwieństwie do tego, co mówią uczestnikom programów typu „X Factor”, uczniowie BRIT School słyszą: „Nie oczekujemy, że staniecie się sławni”. I wprawdzie zwycięzcy telewizyjnego show zdobywają sławę, o czym świadczy przypadek Leony Lewis, ale potem okazuje się, że ta sama Lewis, dziś flagowy przykład siły programu Simona Cowella, uczyła się wcześniej w BRIT School.

Zanim Gordon Brown zauważył pożytki z muzyki pop, z jej odbiorem bywało różnie. „Margaret Thatcher zauważyła kiedyś, że niepotrzebne jej szkoły dla bezrobotnych artystów – mówił w wywiadzie dla „Timesa” Nick Williams, dyrektor londyńskiej uczelni. – Udało nam się udowodnić, że to było błędne myślenie. To, co robimy, ma sens pod względem edukacyjnym, kreatywnym i ekonomicznym”.

To prawda – o tyle, że inwestycje w BRIT School szybko się zwracają. Leona Lewis to dziś około 10 mln płyt sprzedanych na całym świecie, a opodatkowanych w Wielkiej Brytanii. A to z kolei – mówiąc najkrócej – eksport. Do tego też służy ta szkoła, miejsce, do którego – jak twierdzą bossowie dużych wytwórni – po prostu trzeba zaglądać. I które jest do tego przygotowane. – Osobiście organizuję spotkania uczniów z łowcami talentów – mówi Arthur Boulton. Sądząc po liście brytyjskich debiutantek, przez ostatnie lata ciężko pracował.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną