Kultura

Stary ma o czym opowiadać

Rozmowa z Januszem Majewskim

Marek Kondrat (po lewej) mimo oficjalnego zakończenia kariery aktorskiej zgodził się zagrać profesora łaciny w najnowszym filmie Janusza Majewskiego (po prawej) Marek Kondrat (po lewej) mimo oficjalnego zakończenia kariery aktorskiej zgodził się zagrać profesora łaciny w najnowszym filmie Janusza Majewskiego (po prawej) materiały prasowe
Reżyser opowiada o swoim nowym filmie „Mała matura 1947”, o flircie z komunizmem, dyktaturze głupoty i sile starości.
Od lewej: Adam Zduńczyk, Adam Wróblewski i Antoni Królikowski – grają maturzystów, których sztubackie żarty zamieniają się w życiową tragedięmateriały prasowe Od lewej: Adam Zduńczyk, Adam Wróblewski i Antoni Królikowski – grają maturzystów, których sztubackie żarty zamieniają się w życiową tragedię
„Profesor” Marian Opaniamateriały prasowe „Profesor” Marian Opania

Janusz Wróblewski: – Pięć lat temu po nakręceniu „Po sezonie” z Niemczykiem i Cielecką pożegnał się pan z kinem. Miał pan wieść spokojny żywot emeryta w mazurskiej posiadłości.
Janusz Majewski: – Zająłem się pisaniem książki wspomnieniowej o Lwowie, o czasach okupacji i zawiłych dziejach moich przodków. Kiedy posłałem niegotową jeszcze powieść wydawcy (Wydawnictwo Marginesy), zapytano mnie, czy może jednak nie chciałbym jej sfilmować. Zaczął mnie do tego też namawiać mój producent. Nie było wyjścia.

Z liczącego blisko 500 stron tomu „Małej matury” zdecydował się pan przenieść na ekran tylko ostatnią część, poświęconą okresowi tużpowojennemu. Dlaczego?
Ze względów produkcyjnych wydawało się to najbardziej realne. Akcja dzieje na przestrzeni dwóch lat w Krakowie, który szczęśliwie ocalał z okupacyjnej pożogi. Stoją mury, zabytki, kościoły, żadnych dekoracji nie trzeba było budować. Bohater jest ten sam, nie zmienia się fizycznie (w powieści opowiadam o nim od urodzenia), mamy jedną grupę wiekową, jedną klasę...

Czesław Miłosz w „Prywatnych obowiązkach” pisał, że okres zdobywania władzy przez komunistów nigdy nie został należycie przedstawiony. Obrósł w cukierkowo-propagandowe mity. Pan chciał poprawić ten zakłamany obraz?
Można powiedzieć, że szala przechyliła się teraz w drugą stronę. Współczesna młodzież wyobraża sobie, że powojenna Polska to ponury gułag. Prawda jest inna.

Terroru nie było?
Był, zwłaszcza na wsiach, gdzie toczyła się regularna wojna domowa. Pacyfikowano ludność cywilną, rozmaite bandy podszywały się pod zbrojne podziemie, które bezlitośnie tępiono pod pozorem walki z „wrogiem ludu”. W odwecie były napady na posterunki milicji, wykonywano wyroki śmierci na szczególnie gorliwych przedstawicielach nowej władzy, ale czasem były to sąsiedzkie porachunki – kto dziś to może rozstrzygnąć? W miastach takich jak Kraków groza dopiero narastała. Pamiętam, jak moich kolegów, takich wesołków, strasznie rozśmieszyło imię Lew znalezione w książce telefonicznej. Więc zadzwonili i poprosili, żeby zaryczał. Pan Lew okazał się szefem Urzędu Bezpieczeństwa i zaryczał. Jeszcze tego samego wieczoru aresztowano ich ojców. Dopiero wtedy dotarło do nas, że żarty się skończyły. Pokazana w filmie historia montowania grupy konspiracyjnej – autentyczna – też była dziecinadą, ale miała dużo tragiczniejsze konsekwencje.

Marek Kubliński i Bohdan Różycki, maturzyści III Liceum Ogólnokształcącego im. Jana III Sobieskiego, przypłacili tę zabawę życiem. Przyjaźniliście się?
Znaliśmy się ze szkoły, ale bezpośrednio nie uczestniczyłem w tych wydarzeniach. Byłem tylko naocznym świadkiem. Organizacja działała raptem tydzień. Ojcem jednego z konspiratorów był inżynier drogowiec, który dopiero co wrócił z delegacji ze Stanów Zjednoczonych i został oskarżony o szpiegostwo. Jego syn pod wpływem szoku wyrwał na ulicy policjantowi pistolet, zaczął uciekać, a kiedy do niego strzelali, ostrzeliwał się i trafił kogoś. Oni trafili jego towarzysza. Rodzina w panice wywiozła rannego chłopaka na wieś, ale go schwytano. Ten, który strzelał, zdołał ukryć się w podwórkowej komórce, wytropili go jednak i zastrzelili albo popełnił tam samobójstwo. Widziałem tę scenę z okna, bo akurat mieszkaliśmy w kamienicy obok. Wobec tego oskarżyli schwytanego towarzysza. Na pokazowym procesie wmawiano, że z zimną krwią zabił stróża prawa na służbie i skazano go na karę śmierci. Wszyscy zamieszani w tę sprawę choćby za to, że nie donieśli, dostali wyroki od 2 do 7 lat. Zastanawiałem się, jaki spotkałby mnie los, gdyby kolega ukrył się w mieszkaniu moich rodziców.

Można to nazwać lekcją ostrożności. Czy dlatego jako dojrzały twórca unikał pan podejmowania trudnych tematów politycznych?
Nie, nie miałem wtedy jeszcze wrażenia, że zostałem skutecznie odstraszony od mieszania się w politykę. Nauczkę dostałem trochę później, w czasie gomułkowskiej odwilży. Wtedy przeżyłem rozczarowanie komunizmem, z którym dla przekory trochę flirtowałem. Pochodzę z bardzo reakcyjnej rodziny i swój bunt przeciwko ojcu naiwnie wyrażałem przeciwstawiając marksistowską ideologię jego racjom. Dopiero rewelacje Chruszczowa o stalinowskich zbrodniach otworzyły mi oczy. Nigdy więcej nie chciałem czuć się oszukiwany. Odwrotnie postąpił mój ojciec. Jako inteligent i narodowiec o silnie prawicowych poglądach wstąpił do partii tylko po to, żebym został przyjęty na politechnikę. Potem łudził się, że uda mu się rozsadzić reżim od środka.

W pana zauroczeniu lewicą kryło się coś więcej niż tylko przekora wobec ojca?
Nie, dla mnie okres przedwojenny i II Rzeczpospolita były krainą szczęśliwości. We wspomnieniach i w faktach. Jak wybuchła wojna, miałem osiem lat. Moi rodzice nie byli specjalnie zamożni. Ojciec dostawał przyzwoitą pensję urzędnika państwowego. Matka musiała zrezygnować z zawodu nauczycielki, bo ogłuchła po ciężkiej chorobie. Na dzisiejsze standardy niczego nam nie brakowało. Niemniej mogę sobie wyobrazić, jak oceniali rządy sanacji młodzi żagaryści tacy jak Miłosz, dla którego antysemicka Polska była na wpół faszystowskim krajem. Mój punkt widzenia w książce jest inny, bo to jest punkt widzenia chłopca, dziecka, którym jest mój bohater i którym byłem wtedy ja. Zaś co do komuny, to zdrowego rozsądku nauczył mnie mój profesor ze szkoły filmowej Antoni Bohdziewicz – tak jak Miłosz absolwent wileńskiego uniwersytetu.

I też sympatyk lewicy. Razem z Wolfem, Jakubowską zakładali przed wojną słynną spółdzielnię filmową Start, na której w PRL wzorowali się twórcy Zespołów Filmowych.
Ale nigdy nie był członkiem partii. Wiedział, czym jest kapitalizm, mieszkał kilka lat w Paryżu. W czasie Powstania Warszawskiego był spikerem rozgłośni powstańczej, robił zdjęcia i potem uwierzył, że realny socjalizm można zmienić. Był otwarty na świat. Nie mrugaliśmy do siebie oczami, rozmawiając o tych zmianach. Wydawało nam się, że możemy wpływać na otoczenie.

Jak bardzo?
Proszę pana, wszyscy mieliśmy jakąś mglistą świadomość, czym się to może skończyć. Przewidywania były różne. Lecz powszechne przekonanie było takie, że socjalizm jest wieczny. Że umrzemy w systemie, który będzie miał chwile lepsze, a więcej gorszych, bo ekonomia go zniszczy. Ale nie na tyle, że upadnie.

Jak się żyło w świecie, którego się nienawidzi?
Makiaweliczna gra, że artyści sami zechcą siebie kontrolować, była skutkiem długotrwałego urabiania przez władzę. Nam chodziło o to, by doprowadzić do takiego stanu, że zanim cokolwiek się zrobi, trzeba to tak wymyślić, aby cenzorzy nie zorientowali się, co tak naprawdę chcemy powiedzieć. Albo żeby nie byli naszą pracą w ogóle zainteresowani.

Paradoksalnie wyszło to sztuce na dobre.
Tak, ale dyktatura prymitywizmu nadal obowiązuje. Smutne jest to, że prostak i ordynarny analfabeta – wtedy uzbrojony, wspierany przez oddziały ORMO – dzisiaj działa bez żadnej obstawy, pokończył szkoły i nadal rządzi. Przecież cała popkultura nastawiona jest na zaspokajanie jego potrzeb. „Statystyczny widz” za pomocą „oglądalności” wciąż chce bezmyślnej rozrywki, płaci, a jacyś pozbawieni kręgosłupa artyści wykonują to zlecenie. Dawniej kazano mi oglądać wyczyny smutasa z miną cierpiącą za internacjonalistyczne ideały – Stirlitza, a teraz kilka pań i panów ze szczerym zapałem śpiewa i trzeba zgadnąć, co to za piosenka. Polska zabawi się na śmierć. Czy to nie jest jeszcze gorsza dyktatura głupoty?

 

 

Panu osobiście propaganda i autocenzura nie doskwierały?
Sam pan słusznie zauważył, że unikałem podejmowania tematów współczesnych. Między innymi dlatego, że nie chciałem mieć z tym nic wspólnego. Ale także dlatego, że filmowanie rzeczywistości za oknem uważałem za łatwiznę. Ciekawsze wydawało mi się odtwarzanie światów, których już nie ma. Albo w ogóle nie było.

Mówienie prawdy o rzeczywistości było wtedy aktem odwagi.
Nie ma jednej prawdy. Niektórzy wybierali metodę mówienia aluzjami. Innym wydawało się, że jak powiedzą coś ostrego wprost, wszyscy zrozumieją ich intencje, a okazywało się, że może to posłużyć jeszcze większemu zakłamywaniu. Mój przypadek jest szczególny. Skończyłem architekturę. Interesowała mnie dramaturgia spektaklu, język i forma filmu jako odrębnego gatunku sztuki. Chciałem kręcić spektakle i widowiska kompletnie niezwiązane z bieżącymi sprawami. Jak byłem dzieckiem, fascynowały mnie emocje związane z kinem, nie mogłem się nadziwić, że ludzie wychodzą z seansu spłakani, wzruszeni, przerażeni. Chciałem być częścią tego magicznego przeżycia. Wstrząsać widzami lub ich bawić i nigdy się nie powtarzać.

Najlepiej, żeby kolejny film w niczym nie przypominał poprzedniego. Jako pierwszy zrobiłem absurdalną czarną komedię („Sublokator”), paradokumentalny kryminał („Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię”), ironiczny film grozy („Lokis”), dramat społeczny („Zaklęte rewiry”) i kino sądowe („Sprawa Gorgonowej”). Czyli byłem prekursorem kina gatunkowego w Polsce. Wciąż jednak uważa się mnie za dziwoląga.

Bo nie pasuje pan do żadnej szufladki. Nie przyłączył się pan do szkoły polskiej, nie współtworzył kina moralnego niepokoju. Nie kręcił pan filmów współczesnych. Szedł pan drogą Polańskiego, ale na emigrację się nie zdecydował, dlaczego?
Planowałem wyjazd, ale zostałem z przyziemnych powodów. Pod koniec studiów filmowych moja ówczesna narzeczona, Żydówka ocalona z Holocaustu przez Polaków, wyjechała do RPA, do swego stryja, majętnego adwokata. Była wtedy na drugim roku dziennikarstwa w Warszawie, ale postanowiła zostać i mnie ściągnąć. Stchórzyłem, wybrałem robienie dyplomu. Nie wiem, czy gdybym wyjechał, zdołałbym zostać filmowcem. Za granicą to nie takie proste. A w Polsce obiecywano złote góry, że po świetnie przyjętym absolutorium zaraz zacznę kręcić fabułę. Bossak, Rybkowski bardzo we mnie wierzyli. Zresztą zaraz po dyplomie zacząłem samodzielnie pracować, nie zawiedli się na mnie. Czułem się pewnie.

Czyli zamiast miłości wybrał pan karierę.
Z dwóch miłości: do kobiety i do filmu, wybrałem film. Przyszło pocieszenie i znowu wpadłem w jakiś wir, zależność. A czy żałowałem? W latach 80. wykładałem na amerykańskim uniwersytecie w Lawrence w stanie Kansas. Warunki jak w raju. A u nas stał tylko ocet na półkach. Po wybuchu elektrowni atomowej w Czarnobylu proponowano, żebym został na dłużej. Mimo że czułem się tam jak w domu, doskonale znałem hollywoodzkie kino, jazz, chyba brakowało mi siły przebicia. Nie jestem Polańskim, który stojąc pod murem jest w stanie go rozwalić jedynie siłą woli.

Ponoć był pan bardzo nieśmiały.
Strasznie mi to przeszkadzało w stosunkach z ludźmi, a najbardziej na planie. Reżyser, który nie ma śmiałości, boi się mieć inne zdanie, nie może uprawiać tego zawodu. Każdy kolejny film był jednak krokiem naprzód. Ale początki miałem koszmarne. Debiutując w Teatrze Telewizji sztuką graną jeszcze na żywo według Lema „Wierny robot”, nie byłem w stanie wykrztusić ani jednej uwagi reżyserskiej. Kazimierz Rudzki i Saturnin Żórawski – tuzy polskiego aktorstwa – w pewnym momencie zagadują: Panie reżyserze, my tu tak próbujemy, próbujemy, a pan nam nic nie mówi. Dlaczego pan nic nie mówi? Błyskawicznie odpowiedziałem: Może od razu się umówmy, jeśli milczę, to znaczy, że jest dobrze. Mam wrodzony szybki refleks i bardzo wysokie IQ (163). I to mnie uratowało wtedy i ratowało później.

Eskapizm był pana pomysłem na życie?
Moją odpowiedzią na brzydotę i ponurość świata było czytanie klasyki i pasja otaczania się antykami. W czasie okupacji poznałem całą domową bibliotekę mojej mamy z Flaubertem, Stendhalem, Dostojewskim, tak że jak poszedłem potem do szkoły, to uważałem Sienkiewicza za pisarza dla dzieci. Koledzy honoraria przepijali, a ja inwestowałem w piękne obrazy, rzeźby, stare meble. W latach 60. mieszkałem na rogu Tamki i Ordynackiej. Zapyziała winda, odrapane ściany. I małe 70-metrowe mieszkanko, a tam – Desa. To był mój azyl.

Coś panu przeczytam. „Ale cóż właściwie Los (Bogowie, Opatrzność) chciał nam powiedzieć, aranżując taką serię wydarzeń? Trzej giganci tego świata dotykają policzka niepozornego chłopaka z zapadłej prowincji, jakby go namaszczali jakimś specjalnym balsamem, błogosławili przed drogą, w którą ma wyruszyć. Dlaczego właściwie jego? Po co? Co z tego wynika? Czy kryje się w tym jakaś ważna prawda? Jakaś nauka czy przestroga, jakieś przesłanie, które powinniśmy zrozumieć? A może to jedynie dowód, że losem rządzi przypadek, z którego przeważnie nic nie wynika. Bogowie grają w kości, w każdym rzucie inna kombinacja cyfr, aż padają same szóstki. I co? I nic”.
To suma moich doświadczeń wyrażona w dość ironiczny sposób w „Małej maturze”. Czy stanowi dowód pogłębiającego się we mnie pesymizmu? Zawsze tak myślałem. Łącznie z przekonaniem, że najpewniejszą rzeczą, która nas wyróżnia ze świata zwierząt i przedmiotów martwych, jest poczucie humoru. Ale rozpoznawać śmieszność ludzkiej kondycji to krótkotrwałe remedium. Koi ból, który zaraz wraca. Niemniej każda chwila śmiechu jest bezcenna.

Najbardziej czeski spośród polskich reżyserów to pan?
Czeski humor lubię, ale najlepszą mieszanką jest sublimacja dwóch humorów: anglosaskiego i żydowskiego. Jak to połączymy, wychodzi Woody Allen. Angielski cynizm, arogancja, prowokacja, że się niby żartuje, ale trochę obraża. Z drugiej strony wielka, głęboka mądrość narodu żydowskiego, który doskonale rozumie żałosną śmieszność egzystencji i dzięki temu potrafi przetrwać w każdych warunkach. Czesi też tak mają. Są pesymistycznymi wesołkami. Żyją bez złudzeń. Wszystko już wiedzą. Patrzą na świat z perspektywy stolika, na którym stoi kilkanaście wypitych kufli piwa, i gwarzą sobie. Nakręciłem z nimi trzy filmy. I zawsze trafiałem na czas, w którym ludzie mieli co innego w głowie: na „Zaklęte rewiry” nałożyły się wydarzenia w Radomiu. „Lekcja martwego języka” przepadła, bo ekscytowano się wówczas Solidarnością. „Czarny wąwóz” o chłopcu, któremu łamią duszę w czasie prusko-austriackiej wojny, wszedł na ekrany w trakcie obrad Okrągłego Stołu.

Z „Małą maturą 1947” też pan ma pecha, bo głośno teraz wokół książki Grossa.
Żartuje pan, film to nie jest medium, które ma reagować na to, co jest dzisiaj głośne. To rola telewizji, prasy. Zresztą, kto chce, znajdzie stosowne fragmenty w mojej powieści. Gdybym posiadał temperament publicysty, miał ambicje zabierania głosu w ważnych społecznie sprawach, mógłbym się czuć zaniepokojony. Mój film mówi przede wszystkim o dojrzewaniu młodych ludzi, którzy przeżywają kłopoty w szkole, zakochują się, a gdzieś w tle grzmi wielka historia. Zrodził się z potrzeby odtworzenia wiernie atmosfery tamtych lat. Żeby dać świadectwo. O wszystkim opowiedzieć się jednak nie da. A że zrobił to stary ironista, film oscyluje między komizmem a tragizmem.

Należy pan do tej samej generacji co Polański i Skolimowski. Starsi od was – Wajda, Morgenstern – też są czynni, w wyśmienitej formie, wciąż robią filmy. Na czym polega sekret waszego sukcesu? Gdzie tkwi źródło tej niebywałej, trwającej dekady, twórczej erupcji?
Każde zjawisko zyskuje na sile w opozycji do czegoś. Białe nie istnieje bez czarnego. Pańskie pytanie należałoby więc odwrócić. Dorobek 80-latków jest mocny słabością kina młodszych pokoleń. Dlaczego tak jest? Przeżyliśmy wojnę, okupację, stalinizm, Solidarność, odzyskanie wolności. Bagaż naszych doświadczeń jest ogromny. Wychowaliśmy się na dobrej literaturze. A co jest bazą młodych? Popkultura. Poza opowieścią o zespole rockowym, blokersach czy kibolach, jaką historię mogą wiarygodnie opowiedzieć? Mają talenty, pragnienia, o coś im chodzi, ale wiedzy o życiu jeszcze nie mają żadnej. Zna pan może lepszą odpowiedź?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak Jarosław Kaczyński zbudował sobie sektę?

Dlaczego tak wiele osób tak bardzo wierzy w talenty, umiejętności, wiedzę, siłę moralną i osobiste przymioty, słowem – w nadzwyczajność Jarosława Kaczyńskiego?

Ewa Wilk
05.04.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną