Zarabianie przez filmów kopiowanie

Szał kopiowania
Cokolwiek by sądzili ogrodnicy, sezon ogórkowy zaczyna się w maju. Na listach kinowych premier dominują sequele, produkcje inspirowane serią zabawek, adaptacje gier i komiksów.
Kung-fu pan da, najlepiej razy dwa
Dream Works Animation llc/materiały prasowe

Kung-fu pan da, najlepiej razy dwa

Dzięki „Kac Vegas w Bangkoku” Todda Phillipsa odbędziemy wieczór kawalerski z niefrasobliwymi Jankesami, i to już po raz drugi
Warner Bros/materiały prasowe

Dzięki „Kac Vegas w Bangkoku” Todda Phillipsa odbędziemy wieczór kawalerski z niefrasobliwymi Jankesami, i to już po raz drugi

Bohaterowie pirackiego cyklu zarabiają nawet zatopieni w plastiku
Neca Toys/materiały prasowe

Bohaterowie pirackiego cyklu zarabiają nawet zatopieni w plastiku

Już w styczniu specjaliści od hollywoodzkiego biznesu donosili, że amerykańskie wytwórnie przygotowały na ten rok rekordową liczbę sequeli. Dziś część z nich trafia na nasze ekrany. Możemy po raz wtóry udać się w rejs na nieznane wody u boku „Piratów z Karaibów” (tym razem w reżyserii Roba Marshalla), w „X-Men: pierwsza klasa” Matthew Vaughna poznamy początki serii o dziarskich mutantach, a dzięki „Kac Vegas w Bangkoku” Todda Phillipsa odbędziemy wieczór kawalerski z niefrasobliwymi Jankesami. Młodych kinomanów czekają przygody bohaterów „3D Kung-Fu Panda 2” Jennifer Yuh i „Dziennika cwaniaczka 2” Davida Bowersa.

Fabryką Snów rządzi żywioł powtórzenia, a szał kopiowania w równym stopniu dopada przemysł muzyczny, wydawniczy, filmowy i telewizyjny. Na listach książkowych bestsellerów rządzą wielotomowe „Pamiętniki Wampirów” L.J. Smith, w telewizji popularnością cieszą się kolejne wersje serialu „CSI”, w radiu nie brak coraz to nowszych coverów, a w kinie – odgrzewanych kotletów.

Ekonomia popu

Popkultura zawsze miała skłonność do kanibalizmu. Niezliczone zastępy adeptów pisarstwa zauroczonych twórczością H.P. Lovecrafta płodziły opowiadania osnute wokół motywów spopularyzowanych przez samotnika z Providence, a utwory wybitniejszych spośród nich złożyły się na rozległą mitologię Cthulhu. Pisząc o serii bondowskich opowieści Fleminga, Umberto Eco znajdował w nich nawiązania do poezji Novalisa, „Fausta” Goethego, a nawet do Joyce’a.

Popkultura od zawsze wciąga w swój krwiobieg różnorodne style, spija soki skrajnie odmiennych inspiracji. Jej twórcy zawsze też podlegają pokusie koniunkturalizmu i ta we współczesnym kinie ma się bardzo dobrze. Nową popkulturę opisuje język ekonomii, co nie może dziwić, jeśli pamiętamy, że w ciągu ostatniej dekady kasa wielkich producentów zbyt często nie chciała się zgadzać. Wraz z przybywaniem graczy na globalnym rynku rozrywki wytwórnie z Los Angeles boleśnie odczuwały odpływ kinowej publiczności. Nawet taki gigant jak Metro-Goldwyn-Meyer, by przetrwać, zmuszony został do ogłoszenia upadłości w listopadzie minionego roku. Przetrwanie słynnej wytwórni możliwe było nie tylko dzięki wspaniałej tradycji studia, ale też dwóm kartom przetargowym – filmowym seriom gwarantującym finansowy sukces: „Gwiezdnym wrotom” oraz przygodom Jamesa Bonda, do których prawa ma właśnie MGM.

Ekonomiczna nomenklatura świetnie sprawdza się w kinie rozrywkowym. Liczy się brand. Jest nim gwarantujące dochody nazwisko gwiazdy, reżysera lub – coraz częściej – tytuł filmowej serii. Gdy przed sześcioma laty reżyserski debiut Judda Apatowa „40-letni prawiczek” okazał się kasowym sukcesem (zarobił niemal 110 mln dol.), nazwisko twórcy, dotąd znane jedynie wtajemniczonym, stało się znakiem towarowym. Sygnowano nim zarówno filmy produkowane przez amerykańskiego twórcę, jak i te, w których powstawaniu uczestniczyli jedynie jego współpracownicy. Jeśli więc w filmie pojawiała się pulchna twarz Setha Rogena, a Paul Rudd lub Jonah Hill opowiadali głupawe dowcipy, bez skrupułów przyklejano mu etykietę „obrazu ze stajni Judda Apatowa”.

Jednoosobową marką stał się też inny niebanalny reżyser – Quentin Tarantino, najsłynniejszy dekonstruktor współczesnego kina i zarazem ofiara własnej popularności. Jego nazwisko to dziś słowo wytrych wykorzystywane przy promocji niemal wszystkich filmów, w których pojawia się autotematyczna zgrywa i żonglerka filmowymi schematami. Bo filmowa brandokracja to coś więcej niż zmodyfikowana wersja poczciwego systemu hollywoodzkich gwiazd, to system logotypów i znaków firmowych, których część staje się niezależna od swego właściciela i zaczyna żyć własnym ukradzionym życiem.

Zagraj to jeszcze raz, Sam

Filmowa kultura powtórzenia nie potrzebuje wyrazistych osobowości, potrafi obyć się bez wybitnych aktorów i reżyserskich indywidualności. Nie odbiera im jednak prawa głosu. Nie trzeba być Jacques’em Lacanem, by wiedzieć, że kopiując innych, można odnaleźć własny styl, a w sztuce sensem powtórzenia jest interpretacja.

Gdy w 1908 r. Marcel Proust opublikował serię ośmiu pastiszów, w których naśladował literackich tuzów z Flaubertem i Balzakiem na czele, jego pisarskie zabawy były przygotowaniem do napisania dzieła życia. Tam podchwycone głosy powracały zmienione, przetransformowane, już własne. Także we współczesnym kinie nie brak artystów, którzy ze skonwencjonalizowanego języka kina popularnego potrafią budować osobiste wypowiedzi. Dowodzi tego Christopher Nolan, twórca odpowiedzialny za dwie części serii o Batmanie „Batman – Początek” oraz „Mroczny rycerz”. Brytyjczyk pracujący właśnie nad kolejną odsłoną przygód człowieka nietoperza dokonał niemożliwego – tchnął własnego ducha w opowieść spraną do granic wyblakłości.

U Nolana mroczna tematyka spotkała mroczną scenografię, opowieści o bohaterach zniewolonych przez własne obsesje nabrały właściwego ciężaru, a świat komiksowych bohaterów rozpadał się na naszych oczach. Dzięki reżyserskiej konsekwencji i artystycznej świadomości Nolana jego „Mroczny rycerz” zamiast kolejną częścią zmęczonej sagi stał się jednym z arcydzieł kina popularnego, swoją intelektualną głębią rozsadzając ramy komiksowej ekranizacji.

Nolan pozwala wierzyć, że w świecie hollywoodzkiej buchalterii jest miejsce na inwencję, a nawet w wielkich superprodukcjach można zostawić swój artystyczny odcisk palca. Zapewne dlatego David Fincher, który bez entuzjazmu wspomina „Obcego 3”, jedyny sequel w swej karierze, pracuje właśnie nad trylogią „Millennium” Stiega Larssona, Sam Mendes przymierza się do przygód Jamesa Bonda, a Guy Ritchie zapowiada kolejną autorską odsłonę „Sherlocka Holmesa”.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną