Kultura

Życie w Polsce to bolesne cofnięcie się w rozwoju cywilizacyjnym o kilkadziesiąt lat

Życie w Polsce to bolesne cofnięcie się w rozwoju cywilizacyjnym o kilkadziesiąt lat

Manuela Gretkowska – pisarka, scenarzystka, felietonistka, współzałożycielka Partii Kobiet. Debiutowała w 1991 r. powieścią „My zdies’ emigranty” Manuela Gretkowska – pisarka, scenarzystka, felietonistka, współzałożycielka Partii Kobiet. Debiutowała w 1991 r. powieścią „My zdies’ emigranty” Leszek Zych / Polityka
Rozmowa z pisarką Manuelą Gretkowską o nowej powieści, polskiej mitomanii, katolicyzmie i patriarchacie oraz Zespole Alkoholowego Płodu
Wydała m.in. „Kabaret metafizyczny”, „Tarot paryski”, „Sceny z życia pozamałżeńskiego”, „Miłość po polsku”Leszek Zych/Polityka Wydała m.in. „Kabaret metafizyczny”, „Tarot paryski”, „Sceny z życia pozamałżeńskiego”, „Miłość po polsku”
„Nasza szkoła to średniowieczne jasełka. Nie mówię już o połączeniu edukacji i wiary, co większości Polaków wydaje się naturalne” - mówi Gretkowska. Na zdj. ze swym życiowym partnerem, pisarzem Piotrem PietuchąRafał Nowak/BEW „Nasza szkoła to średniowieczne jasełka. Nie mówię już o połączeniu edukacji i wiary, co większości Polaków wydaje się naturalne” - mówi Gretkowska. Na zdj. ze swym życiowym partnerem, pisarzem Piotrem Pietuchą

Wywiad został opublikowany w POLITYCE w czerwcu 2011 roku.

Joanna Podgórska: – Mija 10 lat od pani powrotu ze szwedzkiej emigracji. Udało się znów przyzwyczaić do Polski? Znormalniała?
Manuela Gretkowska: – Nie za bardzo. Emigrując ma się poczucie nie tyle obcości, co inności. I to lubię, jest fajne. Ale wracając do Polski, cały czas ma się poczucie niedopasowania, razi zastój. Podróż z powrotem ze Szwecji czy Francji jest podróżą pod prąd czasu. Powrót do Polski to bolesne cofnięcie się w rozwoju cywilizacyjnym o kilkadziesiąt lat. Mentalny i materialny regres.

Chyba głównie mentalny, bo przecież buduje się drogi, unowocześnia miasta?
Ale z mentalności wynikają priorytety w polityce, programy edukacyjne, to jak zachowują się ludzie na ulicy. Wbrew temu, czego uczył nas marksizm, baza bazą, ale nadbudowa może bardziej uwierać betonem.

Bohater jednej z pani powieści po powrocie z emigracji mówi: „Wystarczy kontakt z Polakami i zaczynam raczkować ze strachu”. Razi go megalomania, przekonanie, że jesteśmy dziećmi bohaterów – AK, Solidarności, a nie egzystencjalnych tchórzy i alkoholików. Kreacja literacka czy pani odczucia?
Jedno i drugie. Polska mitomania i nieudacznictwo są naszą spuścizną historyczną od końca Jagiellonów. Małość nadrabiamy wielkością urojoną. Wszystko, co ponad poziom – Małysz, papież, Kubica – urasta nieproporcjonalnie do rozmiarów narodowych relikwii. To wynika z fasadowości katolicyzmu. Gdybyśmy byli protestantami, bylibyśmy skromniejsi i ta fasada by się tak barokowo, kontrreformacyjnie nie wypuczała.

Z katolicyzmem związany jest też patriarchat. Jakakolwiek rysa na męskim autorytecie wywołuje trzęsienie ziemi polskiej, jakby ktoś zniszczył podstawy naszej chwiejnej tożsamości. Wydaje mi się, że demokracja najlepiej rozwija się w krajach protestanckich i zlaicyzowanych. W kryzysie najgorzej sobie radzi prawosławna Grecja i kraje katolickie. W protestanckich jest inna etyka pracy, waga uczciwości. Nie idzie w patriarchalne układziki kolesi, klany, hipokryzję. Specyficznie polskie jest także poczucie groteski. Jesteśmy światowym zasobem groteski, mistrzami w tej dziedzinie – od Witkacego, Gombrowicza, po Mrożka. Groteskowy jest kraj od morza do morza, potęga, która w ciągu paru pokoleń znika z mapy. Szczycimy się, że w momencie upadku Polski mieliśmy wspaniałą Konstytucję 3 maja. To tak jakbyśmy otoczeni Hitlerem i Stalinem cieszyli się, że jesteśmy pacyfistami i przestaliśmy się zbroić, bo morale nas obroni. Głupawo być dumnym z nieprzystawalności do swoich czasów. Po upadku, w zaborach, został nam tylko język.

Ale pisze pani, że zabory zabrały nam słownictwo.
Gdy inni rozmawiali o silnym państwie, przemyśle, my pod cenzurą używaliśmy ezopowego, mesjanistycznego języka, dyskutując o niepodległości. Oni byli na cywilizacyjnych studiach, my gaworzyliśmy, by zaborca nas nie zrozumiał. Dlatego nie potrafimy nazywać zjawisk społecznych, nie mamy do tego mentalnych narzędzi. Najłatwiej wychodzi nam recytowanie poematów. Poezji nie da się zweryfikować, bo nie musi być logiczna, wystarczy, że jest nawiedzona, piękna i się podoba. Jest w tym polska ciągota do wypolerowanej fasady. A na to wszystko nakłada się alkoholizm.

Zdiagnozowała pani FAS (Fetal Alcohol Syndrome), czyli Zespół Alkoholowy Płodu, całemu społeczeństwu.
Mówię to jako pisarka, a nie psycholożka czy socjolożka. Przez wieki piło chłopstwo, trudno mu się dziwić. Żyli w zwierzęcych warunkach, a religia nie skłaniała do wstrzemięźliwości. Na umór piła też szlachta. Nasze geny są przesiąknięte alkoholem. Nie winkiem, ale ostrą gorzałą. Objawem FAS są nieadekwatne, nadmierne reakcje na impuls, a potem szybkie o nim zapominanie. Drażliwość, agresja, kłopoty z organizacją i nieprzystosowanie społeczne. Przez ostatnie 200 lat naszej historii działamy jak ludzie dotknięci FAS. Jakby nam w głowie nie stykał drucik przyczynowo-skutkowy. Nie przewidujemy przyszłości, rujnujemy sobie życie i historię, przesadnie reagujemy, wykrwawiając się w powstaniach. Jesteśmy dumni z naszej histerii i desperacji, po czym szybko przerzucamy się na inną jazdę. Żałoba po papieżu trwała moment, posmoleńska histeria to też objaw przereagowania, zamiast myślenia i przewidywania konsekwencji.

Jeśli jako społeczeństwo cierpimy na FAS, to musi nas też dotykać syndrom DDA, czyli dorosłych dzieci alkoholików…
Niemal dosłownie, przecież ponad jedna trzecia Polaków to dzieci alkoholików. DDA to lęk przed ludźmi i brak zaufania do innych, bo skąd takie dzieci mają brać poczucie bezpieczeństwa? Jeśli porównamy dane statystyczne, wychodzi, że Polacy mają najmniejsze zaufanie do bliźnich i najwyższy poziom stresu i frustracji. Czy to nie zbiorowe DDA? Pochodną tego jest depresja. A ten lęk i frustracja mają jeszcze inne źródła. Pod pewnymi względami Polska wydaje mi się podobna do Chin. Kiedy byłam tam pierwszy raz, miałam wrażenie miliardowego chamstwa ogarniętego materią. Komunizm przeorał Chiny jeszcze bardziej niż Polskę, zniknęły wszelkie formy kultury i ogłady. Za wszelką cenę trzeba się dorobić. Chińczycy i Polacy to naród obrotny, spragniony dobrobytu; nawet po trupach, bo za plecami stoi pluton egzekucyjny biedy. Nie zarobisz – nikt ci nie pomoże. Nie ma sensownej opieki socjalnej jak w Szwecji, więc spadasz na dno. W takim zagrożeniu nie można się harmonijnie rozwijać. Powinno się zacząć od dzieci, a to, co wyprawia z nimi nasza edukacja, jest straszne.

Dlaczego?
Nasza szkoła to średniowieczne jasełka. Nie mówię już o połączeniu edukacji i wiary, co większości Polaków wydaje się naturalne. Przez nasze szkoły jedzie okrzyżowany, katolicki kombajn. Wszystko przeorze, napełni sieczką i wyrzuci sformatowane w bele. Jedno ze znajomych dzieci usłyszało ostatnio na akademii, że Jan Paweł II po zamachu zamknął na chwilę oczy, wyjął sobie kulę i się uśmiechnął. Nie chodzi tylko o lekcje religii, cały system jest chory. Wiadomo, że dzieci najlepiej uczą się w zabawie, a nie w stresie. Niby nie mamy w pierwszych klasach ocen. Zastępują je słoneczka i chmurki, ale są lepiej czytelne dla dzieci niż dwója lub piątka.

Dziewięciolatki w odświętnych strojach pakuje się do sali, gdzie mają pisać testy. Dyrektorzy, nauczyciele starają się chronić uczniów, ale muszą się wykazać przed ministerstwem. Dlaczego nie można brać przykładu z krajów, gdzie edukacja działa fantastycznie? Czemu nie można u nas wprowadzić skandynawskich metod nauczania? Polacy w Szwecji wydziwiają: jaki tu jest niski poziom. No i bardzo dobrze, że niski. Trzeba się nauczyć podstawowych rzeczy, a potem rozwijać swoje zdolności. Dzięki temu Szwedzi znajdują pracę w Europie, a nasi absolwenci kiepsko sobie z tym radzą.

Ale w testach wypadamy nieźle.
To nie jest tak, że gdy będziemy mieli wyższy poziom liczony w testowych punktach, to będziemy mądrzejsi. Będziemy bardziej sfrustrowani, popaprani i zniszczeni stresem. Po co matura z matematyki, budząca w humaniście grozę i nerwowe kurcze? A literaturą katuje się genialnych, komputerowych autystów. W dzień matur rodzice łykają środki uspokajające, stoją pod szkołą. To jest egzamin dojrzałości? Czyjej? To egzamin z narodowego świra. Zdam maturę, zostanę może doktorantem, ale w domu będę znerwicowanym pojebem. I wychowam pokolenie następnych zżartych nerwami pojebów. Musimy mieć te teściki, punkciki. Musimy wiedzieć wszystko z chemii, geografii, wykazać się, bo jesteśmy fasadowi. A za tą fasadą – nic, tylko narcyzm. Mając kompleksy i złe mniemanie o sobie jako naród, musimy wspinać się na paluszkach. Kosztem własnych dzieci.

Uciekła pani z rodziną na wieś, żeby zminimalizować kontakty społeczne?
Chciałabym, ale nie mamy posiadłości po horyzont i słyszę zza płotu kurwujące dwunastolatki, które wrzucają mi do ogrodu butelki po wódce. Moja wieś pije wiśniówkę i żołądkówkę, to i tak hajlajf, bo wioskową normą jest alpaga. W dzień Sprzątania Świata zebrałam z sąsiedniej, krótkiej ulicy 300 butelek. Od tego świata i jego brzdęku trudno się odgrodzić. Staram się natomiast oddzielić od świata informacji. Gdy chcę się czegoś dowiedzieć, włączam francuskie radio albo telewizję. U nas w mediach 50 osób mówi na okrągło, nie mając nic do powiedzenia. To też objaw FAS. Nerwowo podkręcone gadanie – nieadekwatne, nie na temat. W dodatku na tych gadających musimy głosować, bo nikt inny się nie przebije. Nie mówię, że to mafia, ale błędne koło.

Nie otworzysz firmy – a partia jest firmą polityczną – nie mając kasy, z samym tylko pomysłem. A nasze polityczne firmy nie produkują państwa, tylko reprodukują siebie. Nie potrzebują rzeczowej dyskusji obnażającej prawdę. Potrzebują wyborców w mgle emocji. Spójrzmy na publiczność telewizyjną. Składa się z sentymentalistów oglądających pieśniarsko-taneczne konkursy i telenowele oraz frustratów śledzących bez przerwy kanały informacyjne. W obu przypadkach to wrzące, buzujące emocje, z którymi nie potrafimy sobie poradzić. A na samych emocjach nie zbudujemy nowoczesnego państwa. Brakuje nam logiki.

Oskarża pani Kościół jako współwinny stanowi społeczeństwa, a jednocześnie określa się jako katoliczka.
Kościół pomógł Polakom przetrwać pod zaborami. Byliśmy Konradami i jak on w Wielkiej Improwizacji, gdy już-już dochodził do wniosków w swoim rozumowaniu, mdlejemy. Tracimy świadomość w momencie, gdy musimy „oskarżyć” Boga. Gdy trzeba wyciągnąć wnioski, pojawiają się wartości wyższe, chrześcijańskie, wytrącające nam argumenty. A co do mnie? Ja nie wierzę. Nie wierzę, bo nie muszę. Mam pewność, że jesteśmy objawem świata niematerialnego, duchowego. Moja religijność wyrosła z katolicyzmu, ale się zmieniła. Wyrosłam z katolicyzmu, w całej dwuznaczności tego stwierdzenia. Nie jestem tą samą dziewczynką z lilijką przed komunią świętą ani studentką opowiadającą przyszłym pampersom o ojcu Pio czy Janie od Krzyża. Narratorka „Transu”, mojej ostatniej książki, mówi o sobie: mam żydowską głowę, chrześcijańskie serce i katolicką cipę. Oddziela chrześcijańskie miłosierdzie od katolickiej obsesji kontrolującej seksualność. Wiarę od przymusu.

Można to określić jako prywatyzację wiary, powszechną w Europie Zachodniej, ale obecną także u nas.
Kiedyś napisałam, że katolicki Bóg jest coraz częściej Bogiem osobistym, pecetem niepodłączonym do Watykanu. Ludzie myślący, uduchowieni nie są w stanie cofnąć się mentalnie do zasad, które nie przystają już do niczego. Chętnie wchodzę do starych kościołów, gdy są puste, bo to mury przesycone wiekami modlitw i medytacji. Ale potrafię się również zachwycić możliwością atomu w cząsteczce kurzu. Możliwością, bo na innym poziomie jest on energią, a na jeszcze wyższym możliwością fizyki lub metafizyki.

W pani pierwszej książce „My zdies’ emigranty” pojawił się wątek Marii Magdaleny i poszukiwania żeńskiej strony sacrum. Próbowano wówczas łączyć panią z feminizmem, a pani się odżegnywała rękami i nogami.
Głupia byłam. Feminizm w Polsce był wówczas akademicki. Rozumiałam go w ten sposób, że muszę udowodnić swoją przewagę nad mężczyznami. A nie chciałam podziału na mężczyzn i kobiety i by wrzucano mnie do osobnego koszyka, zwłaszcza w literaturze. Słabsza, to należą się jej fory. Z czasem dotarło do mnie, czym jest dyskryminacja kobiet. Powrót ze Szwecji do Polski był zderzeniem z patriarchalnym murem.

Po pierwszych książkach pytano, dlaczego pani „epatuje” intelektem i erudycją. Pisarzom mężczyznom takich zarzutów się nie stawia.
To się nie zmieniło. Jest nawet gorzej. Teraz głównie kobiety recenzentki zarzucają mi z lekceważeniem, że się mądrzę i peroruję.

Nie wyobrażam sobie poważnego dziennikarza, który zadaje dziś takie pytanie pisarce.
Ale nadal padają podobne pytania, np. czy pisanie zastępuje mi terapię. Mamy sporo pisarzy alkoholików, ale nikomu nie przyjdzie do głowy pytać, czy pisanie jest dla nich formą terapii. U pisarki literatura jest często postrzegana jako coś zastępczego, może nie ma dzieci, faceta albo orgazmu. Czegoś jej brakuje, bo pisanie jest jak broda i przysługuje mężczyznom, a pisarka to kobieta z brodą. Jeśli tylko pisze o codzienności, spycha się ją w przyziemność. U mężczyzny znajomość realiów jest cnotą i metaforą literacką. Teraz wydaje się to niepojęte, ale kilkanaście lat temu dziennikarz z „Rzeczpospolitej” zaczął tekst o frankfurckich targach książki od opisu moich nóg. Profesor Błoński nazwał kobiecą naturalistyczną prozę „literaturą menstruacyjną”. Dzisiaj ta pogarda przybiera bardziej zawoalowaną formę. Powieści pisane i czytane przez kobiety (mężczyźni czytają nieporównanie mniej), chociażby nie miały w sobie wiele z literatury popularnej, i tak dostają łatkę czytadła. To trochę jak poufale-poniżający klaps w tyłek.

A jak się ma poziom polskiej pruderii?
Po wydaniu „Transu” znowu słyszę, że „epatuję dupą”, a jednocześnie narzeka się na ubogie słownictwo erotyczne. Słownictwo w porównaniu z Francją mamy wystarczające, brakuje nam swobody wyrażania erotycznych fantazji. Gdy we Francji było oświecenie, u nas martyrologia. Brak nam libertynizmu, umiejętności posługiwania się słowem i ciałem. Dlatego mamy kłopot z mówieniem o seksie. Brak libertynizmu to brak lekkości bytu.

W „Transie” bardziej niż erotyzm uderzyła mnie feministyczna złość: wrażenie, że ta książka to także zemsta za inne kobiety. W głównym bohaterze bardzo łatwo rozpoznać znanego reżysera, który wiele razy opisywał najbardziej intymne tajemnice swoich partnerek. Stawiał je pod publicznym pręgierzem, twierdząc, że artyście więcej wolno. No to jak wolno, to wolno.
Przyjęło się, że w literaturze kobiety albo miauczą, albo kłamią, upiększając się. Ja też na początku miauczę, o jaka ja nieszczęśliwa w tej miłości, jak on mnie skrzywdził. Mamy przecież rezerwację w przedziale miłosnych ofiar. Faceci z reguły, jak Hłasko, poniżają kobiety, szukając tej idealnej, albo szczycą się po hemingwayowsku swoimi podbojami. I wywlekają swoje trofea-kobiety za włosy jak jaskiniowcy. Chciałam odwrócić tę sytuację i opisać dwudziestoletnią dziewczynę, na tyle bystrą, by widzieć, że na własne życzenie jest przeczołgiwana. Nie jesteśmy w końcu tylko ofiarami zbierającymi łezki do kolekcji. Czujemy, cierpimy, wściekle walczymy o swoje. Czy to zemsta za inne kobiety? Pisząc „Trans”, byłam owładnięta tylko sobą. Ale jeśli walczysz o siebie, walczysz też o inne, bo bywają w podobnej sytuacji. Opowieść uruchamia archetypy. Daje przykład i oręż.

Ale z Partią Kobiet nie wyszło.
Uważam, że wyszło. Partia Kobiet to nie partia Gretkowskiej. To jest partia odzwierciedlająca stan kobiet w Polsce.

No to byłby dość rachityczny.
Niestety jest. Bogate same sobie załatwią, co chcą, stać je na urlop macierzyński i na aborcję. Biedne nie mają nawet czasu, by pomyśleć o kobiecej solidarności. Partia Kobiet jest pierwszym politycznym ruchem kobiet w Polsce i wyraźnie sformułowała postulaty. Jej kontynuacją był Kongres Kobiet, który wywalczył kwoty na listach wyborczych. Gdy żądałyśmy ustawy żłobkowej, mówiono: partia mateczek kretynek. No i jest ustawa żłobkowa. Nie mam złudzeń, że Partia Kobiet wygra wybory, ale od czasu jej powstania wiele się zmieniło, również w języku, mentalności. I o to chodziło.

***

Manuela Gretkowska – pisarka, scenarzystka, felietonistka, współzałożycielka Partii Kobiet. Debiutowała w 1991 r. powieścią „My zdies’ emigranty”. Wydała m.in. „Kabaret metafizyczny”, „Tarot paryski”, „Sceny z życia pozamałżeńskiego”, „Miłość po polsku”. Ostatnio ukazała się jej najnowsza powieść „Trans”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Wszystko, co musisz wiedzieć o tym, jak zadbać o psa lub kota w czasie upałów

Jak chronić psa lub kota przed przegrzaniem, udarem słonecznym, poparzeniem skóry lub innymi konsekwencjami upałów?

Anna S. Kowalska
10.08.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną