Fascynujący książkowy portret Janusza Korczaka

Za murem
Joanna Olczak-Ronikier tworzy fascynujący portret Janusza Korczaka: wątpiącego idealisty i samotnika, który wyrzekł się osobistego życia.
materiały prasowe

„Orkiestra pod batutą dr. Korczaka” – zdjęcie (z jego odręcznym podpisem), wykonane przed Domem Sierot przy ul. Krochmalnej 92 w Warszawie, 1923 r.
Muzeum Historyczne m. st. Warszawy/materiały prasowe

„Orkiestra pod batutą dr. Korczaka” – zdjęcie (z jego odręcznym podpisem), wykonane przed Domem Sierot przy ul. Krochmalnej 92 w Warszawie, 1923 r.

Mamy sezon znakomitych biografii: niedawno ukazał się „Miłosz” Andrzeja Franaszka, Krystyny Czerni „Nietoperz w świątyni” o Jerzym Nowosielskim, a teraz bardzo ciekawy „Korczak. Próba biografii” Joanny Olczak-Ronikier. O Korczaku wiele napisano – pierwszą biografię, tuż po wojnie, stworzyła zresztą matka Joanny Olczak-Ronikier, która się z nim przyjaźniła. Ale z czasem, zwłaszcza po filmie Andrzeja Wajdy, postać Korczaka zastygła w pomnik męczeńskiej śmierci. A tymczasem – jak pokazuje Ronikier – ten finałowy akt był zwieńczeniem całego życia, któremu warto się przyjrzeć. Mniej znajdziemy w jej książce interpretacji książek Korczaka, autorkę interesuje sama postać, jej wybory i uwarunkowania.

Olczak-Ronikier pisze o Korczaku z osobistej perspektywy. To dlatego, że historie rodziny Korczaka i jego biografki splatają się, nawet układają w pewien wzór losów polsko-żydowskich. Żeby zrozumieć Janusza Korczaka (pseudonim literacki Henryka Goldszmita), trzeba sięgnąć aż do XVIII w. i zobaczyć małe, zamknięte społeczności żydowskie, z których wywodziła się rodzina Mortkowiczów (dziadków Joanny Olczak-Ronikier) czy Antoniego Słonimskiego. Wszystkie te rodziny ogromnym wysiłkiem wyemancypowały się i zasymilowały. Widzimy pradziadka Korczaka, sierotę z Hrubieszowa, jak opuszczony przez wszystkich siedzi na progu zapadłej chaty. I ten chłopiec zdołał się wyrwać ze wsi i zostać lekarzem. Ta postać była niesłychanie ważna dla Korczaka. Wyznaczyła wręcz linię jego życia.

Korczak całkowicie podporządkował swoje osobiste życie idei reformy świata. Pisał: „Zreformować świat to znaczy zreformować wychowanie”. Zamienił Dom Sierot w małe społeczeństwo, w którym w przeciwieństwie do świata zewnętrznego rządziła sprawiedliwość. Przy czym nigdy nie idealizował dziecka. Pragnął po prostu zminimalizować zło, osłonić przed nim swoje dzieci. W getcie gestem symbolicznym było zamurowanie głównego wejścia do sierocińca, by jak najbardziej odciąć się od tego, co się działo na ulicy.

W świeckim zakonie

Wcześniej to odcięcie od rzeczywistości było często krytykowane. Zarzucano Doktorowi, że dzieci wychodzą z sierocińca jak z cieplarni i nie radzą sobie w życiu. Z kolei działacze lewicowi zarzucali mu, że nie jest wystarczająco ideologiczny. On tymczasem nie budował żadnej doktryny, tylko walczył o to, by dziecko traktować jako indywidualność, a nie trybik w społeczeństwie czy obiekt wychowawczy. Dzisiaj podobne spojrzenie na dziecko jest w psychologii dobrze zakorzenione. Korczak w ciągu kilkudziesięciu lat prowadzenia Domu Sierot był powszechnie ceniony, ale i potwornie osamotniony. Jego tryb życia przypominał wręcz świecki zakon.

Jak to się zaczęło? Czy Korczak nie miał innego życia? Ronikierowa sięga do jego dzieciństwa. Korczak pisał o tym, czego zaznał sam, o smutku, upokorzeniu i wstydzie. – Nie straszcie dzieci – powtarzał. – Nie zrzucajcie wysiłku wychowania na bony i opiekunki, bo wtedy dziecko jest samotne. Na jego dzieciństwie położyła się cieniem choroba ojca, adwokata i bon vivanta, który miał syfilis i oszalał. Korczak stał się jego przeciwieństwem – zrezygnował ze związków z kobietami i z dzieci.

W słynnym „Pamiętniku”, pisanym w getcie, Korczak zanotował też swoje sny erotyczne i homoerotyczne, ale ta sfera była zawsze zepchnięta na najdalszy plan. Przez całe życie był obiektem westchnień wielu kobiet, lecz nie pozwalał im zbliżać się zanadto. Wiele razy to wyrzeczenie (a może też nieumiejętność zbliżenia się do kogoś) mu ciążyło. Uważał swoje życie za całkowitą klęskę.

Mason od "Króla Maciusia"

Chciał uciec, zostawić Dom, zamieszkać w Palestynie i zajmować się zdrowymi, opalonymi dziećmi w kibucach. Rozważał wyjazd tuż przed wojną, gdyby nie ona, być może zrealizowałby to marzenie. Poczucie klęski dotyczyło też innych sfer życia. Nie czuł się pisarzem, chociaż odnosił sukcesy. Znamienna jest opowieść o wizycie Józefa i Marii Czapskich, którzy przyjechali oddać hołd ulubionemu pisarzowi. Korczak był zakłopotany, bo nie cenił swoich książek, i zaczął im opowiadać o organizacji Domu Sierot.

Oprócz pracy w dwóch sierocińcach, wykładów, twórczości, opieki lekarskiej Korczak miał jeszcze jedną pasję – był członkiem loży masońskiej, której główny cel stanowiło doskonalenie duchowe. Należała do niej śmietanka kulturalna dwudziestolecia. Korczak interesował się filozofią Wschodu, jogą, praktykował ćwiczenia oddechowe. W jego książkach znajdziemy ślady tych zainteresowań, choćby historię króla Maciusia można czytać jako opowieść o wewnętrznym doskonaleniu. „Życie jest jak więzienie” – twierdził Maciuś.

Z tego głębokiego wyczulenia na okrucieństwo i bezwzględność świata wyrosła też przecież idea Domu Sierot, w którym – jak pokazuje Ronikier – najważniejszy był rozwój duchowy dziecka. Przeciwstawił złu świata świadome, wewnętrznie wolne jednostki. I choć może to dziwnie zabrzmieć w obliczu Zagłady, ta reforma mu się udała.

Joanna Olczak-Ronikier, Korczak. Próba biografii, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną