Terrence Malick i jego „Drzewo życia”

Wielki Malick
Złota Palma w Cannes za metafizyczny poemat „Drzewo życia” stanowi ukoronowanie niezwykłej twórczości Terrence’a Malicka, amerykańskiego poety i filozofa, jednego z najbardziej oryginalnych filmowców naszych czasów.
Uroczy kadr z filmu „Drzewo życia”, 2011 r.
Everett Collection/EAST NEWS

Uroczy kadr z filmu „Drzewo życia”, 2011 r.

„Niebiańskie dni”, 1978 r. Na zdj. Brooke Adams i Richard Gere
Everett Collection/EAST NEWS

„Niebiańskie dni”, 1978 r. Na zdj. Brooke Adams i Richard Gere

„Badlands”, 1973 r. Na zdj. Martin Sheen
Everett Collection/EAST NEWS

„Badlands”, 1973 r. Na zdj. Martin Sheen

To jedno z nielicznych zdjęć Terrence’a Malicka
Festival de Cannes/materiały prasowe

To jedno z nielicznych zdjęć Terrence’a Malicka

Malick jest autorem zaledwie pięciu filmów. Skromny dorobek, jak na dojrzały wiek artysty (68 lat), obrósł legendą i przysporzył mu sławy wizjonera, zajmującego się tematami, do których nie tylko Hollywood podchodzi na ogół bardzo ostrożnie. Wiara, przemijanie, sens życia, dialog z przeznaczeniem, a wszystko to przy pozorach konwencjonalnej, niemal sensacyjnej opowieści, snutej z niejasnej perspektywy, jakby ponadziemskiej, ustawiającej widza nie w samym sercu gorącej historii, tylko gdzieś z boku, obok niej.

O narodzinach nieprzeciętnego talentu zaczęto mówić blisko cztery dekady temu, kiedy nikomu nieznany Amerykanin z Teksasu, były dziennikarz „Life”, „New Yorkera”, „Newsweeka”, napisał, wyprodukował i wyreżyserował szokujący dramat „Badlands” – fatalistyczne studium bezmyślnie brutalnej odysei pary młodocianych morderców. Rzecz niby podobna do kultowego „Bonnie i Clyde”, a jednak bardzo się od niej różniąca, wystudzona, inaczej rozkładająca akcenty. Malick nie wyjaśnia przyczyn popełnianych zbrodni, nie wdaje się w społeczne analizy ani krytykę kultury masowej, nie lituje się ani nie sympatyzuje z przestępcami. Przygląda się im z oddalenia, w mikro- i makroskali jednocześnie. Czyniąc niedostępną, dziką przyrodę niemym świadkiem ich upadku. A jedynym odautorskim komentarzem – zwierzenia czytane z pamiętnika nastolatki.

„Drzewo życia”, film, który tuż po canneńskim sukcesie trafia do naszych kin, ma zbliżoną konstrukcję, ale tak się ma do głośnego debiutu jak skromna aria do chóru operowego, wykonującego requiem przez niezliczony zespół śpiewaków. Rozmach przytłacza. Obraz zdumiewa polifoniczną, wielowątkową kompozycją. Tematyka wydaje się nie do ogarnięcia. Rozpad rodziny, trauma wyniesiona z dzieciństwa, przemiana ojca w tyrana, do tego ewolucja przyrody, stworzenie świata, kosmiczna podróż przez miliardy lat świetlnych, opowiadana na przemian głosami różnych postaci w epickim wymiarze. Intymna modlitwa zostaje zestawiona z widowiskowymi obrazami formowania się z pyłu kosmicznego gwiazd i planet, narodzin pierwszego żywego organizmu, dziwnego zachowania dinozaurów, okazujących współczucie, co wywołuje szok, bo czegoś podobnego w kinie od czasu „2001: Odysei kosmicznej” nie było.

W tym szaleństwie jest metoda

Konfrontując ludzkie cierpienie (z powodu utraty dziecka) z teorią Wielkiego Wybuchu Malick nie jest szaleńcem, choć pozornie wygląda na to, że nie panuje nad strumieniem barwnych obrazów, ilustrujących tajemnicze procesy zachodzące we Wszechświecie. Na tym jednak polega jego innowacyjny, eseistyczny styl, rozwijany i doskonalony z filmu na film. Ma przekraczać ramy zwykłej, realistycznej narracji, wprowadzać widza w trans i nakierowywać go w stronę abstrakcyjnych rozważań. W „Drzewie życia” są to pytania o kwestie fundamentalne: co nas łączy ze zwierzętami, jaki jest cel ewolucji, w czym się przejawia duchowość człowieka, skąd pochodzi zło?

Czy warto traktować serio filmowca porywającego się z motyką na słońce, czyli wykorzystującego narzędzia sztuki popularnej do poruszania się po terenie zarezerwowanym dla kosmologów, filozofów, teologów, badaczy nauki? Czy łącząc ze sobą tak odległe i nieprzystające sfery, nie wykazuje się ignorancją, nie ośmiesza, nie wystawia na próbę cierpliwości widzów? Można mu to wszystko zarzucić, machnąć ręką, ale jeszcze lepiej spróbować to zrozumieć.

Malick nie udziela wywiadów, nie promuje swoich filmów, nie odbiera nagród. O jego życiu prywatnym prawie nic nie wiadomo. W Internecie trudno nawet znaleźć aktualne zdjęcie reżysera, różniące się od kilku stale dostępnych, powielanych przy każdej okazji. Woli pozostawać w cieniu, co w czasach masowego dobijania się do sławy wydaje się niezrozumiałe, wręcz anachroniczne. Rodzi nawet podejrzenia, że kryje się za tym przemyślna strategia rozbudzania ciekawości poprzez celowe unikanie rozgłosu.

Podobnie jak mającą mu niby przysparzać popularności aurę tajemnicy, należałoby między bajki włożyć pogłoski, że jest chorobliwie nieśmiały. Wystarczy spojrzeć na spektakularne, pełne rozmachu i hollywoodzkich gwiazd widowiska, jakie kręci. Stojącą za nimi armią ludzi musi dowodzić człowiek o silnej, niespożytej energii i wielkiej charyzmie. Z sobie wiadomych przyczyn reżyser chce jednak, by przemawiały za niego tylko dzieła. Podobnie jak ukrywający się przed mediami wielcy pisarze: Thomas Pynchon czy J.D. Salinger.

Szukając informacji biograficznych o Terrencie Malicku, wszędzie można napotkać podobne, zdawkowe noty, podkreślające zwłaszcza jeden fakt w jego życiorysie. Po artystycznym sukcesie dwóch pierwszych filmów („Badlands” i „Niebiańskie dni”) nieoczekiwanie zamilkł na 20 lat. Czym się w przerwie zajmował, wiedzą tylko nieliczni. Ważne, że na dwie dekady zniknął z życia publicznego, wyłączył z reżyserowania, co uznano za olbrzymią stratę dla amerykańskiego kina. Krążyły różne plotki. Pisano, że obserwował ptaki, że był fryzjerem, podróżował po świecie. Wszystko, oczywiście, nieprawda. Dopiero niedawno w magazynie „Vanity Fair” ukazał się wielokolumnowy reportaż, w którym producenci Malicka rozświetlają zagadkę jego nieobecności.

Lata 1978–98 spędził głównie w Paryżu, z nową żoną, wychowując jej córkę z poprzedniego małżeństwa i przygotowując własne projekty. Pisał też scenariusze dla innych (pod pseudonimem), m.in. adaptację „Białego hotelu” Dylana M. Thomasa i teatralną przeróbkę klasycznego dramatu Mizoguchiego „Sansho-Dayu” dla Andrzeja Wajdy, z którym się nawet poznał, odwiedzając go w jego domu na Żoliborzu. Nie wyjaśniają natomiast, dlaczego musiało to trwać tak długo.

Ujawnienie pilnie strzeżonych szczegółów z życia prywatnego Malicka skończyło się awanturą, zerwaniem przyjaźni i prawdopodobnie również przesądziło o klęsce „Cienkiej czerwonej linii” podczas ceremonii oscarowej. Arcydzieło, zrealizowane po powrocie z dobrowolnego wygnania artysty, było nominowane aż w 7 kategoriach. Nie otrzymało żadnej statuetki.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną