Andrzej Bobkowski - pisarz wybitny, trochę zapomniany

Kosmopolak
Ta biedna Polska dosłownie usiadła nam na mózgach i nieraz wręcz ogłupia – pisał Andrzej Bobkowski. Mija właśnie 50 lat od śmierci pisarza, jednego z naszych najwybitniejszych.
Andrzej Bobkowski (z prawej), jego żona Barbara i jej brat Jan Birtus po noclegu na plaży nad Morzem Śródziemnym w 1946 r.
IBL PAN/Materiały prywatne

Andrzej Bobkowski (z prawej), jego żona Barbara i jej brat Jan Birtus po noclegu na plaży nad Morzem Śródziemnym w 1946 r.

Na wycieczce rowerowej z żoną
IBL PAN/Materiały prywatne

Na wycieczce rowerowej z żoną

Bobkowski z Janem Birtusem i jego dziećmi
IBL PAN/Materiały prywatne

Bobkowski z Janem Birtusem i jego dziećmi

Jarosław Iwaszkiewicz, przeglądając pod koniec marca 1948 r. bieżącą korespondencję, przeczytał: „Ja moje wszystkie listy zaczynam obecnie pisać w nastroju »testamentowym«. Po prostu dlatego, że jeżeli nic nie zajdzie, to w pierwszej połowie maja odpływam do Cristobalu w Panamie, stamtąd lecę samolotem do Gwatemali. Każdemu zaczynam teraz coś zapisywać. Tobie zapisuję w testamencie Europę. Właściwie najgorsze, co mi zostało. To kłopotliwy spadek”.

Impertynentem, który kreśląc parę słów zapisał swemu przyjacielowi cały kontynent, był Andrzej Bobkowski, emigracyjny pisarz i diarysta. Trzy lata po zakończeniu II wojny światowej osiedlił się wraz z żoną w Gwatemali. Do kraju, o którym niewiele wiedział i którego języka nawet nie znał, zaprowadziło go trwające całe życie poszukiwanie wolności. Poszukiwanie to kazało mu uciekać od konwenansów i ideologii, których pełna była według niego Europa, „kolebka kultury i obozów koncentracyjnych”. Tę trwającą całe życie ucieczkę zakończył równo pół wieku temu toczący go przez kilka lat nowotwór.

Urodził się w 27 października 1913 r. w Wiener Neustadt w Austrii jako syn Henryka Bobkowskiego i Stanisławy z Malinowskich. Jego ojciec, protestant, był wówczas oficerem sztabu w Cesarsko-Królewskiej Armii, później – generałem brygady Wojska Polskiego. Pochodząca z Wilna matka była katoliczką, obracała się w kręgach artystycznych. Stąd też, jak sam Bobkowski określał, jedno z nich uczyło go twardo stąpać po ziemi, a drugie – bujać w obłokach. Jako dziecko był pupilem i marszałka Edwarda RydzaŚmigłego, i reżysera teatralnego Juliusza Osterwy.

Wychowywał się w Krakowie. Maturę zdał za drugim podejściem – nad naukę przedkładał bowiem modelarstwo i jazdę na rowerze; obie pasje okażą się mu zresztą później bardzo przydatne. Pochłaniał literaturę, głównie francuską i niemiecką; opanował też biegle oba te języki. Z zaliczonym egzaminem dojrzałości udał się na studia do warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej. Rozwiał nadzieje rodziców liczących, że będąc daleko od Krakowa, zapomni o pochodzącej ze zubożałej rodziny szlacheckiej Barbarze Birtusównie, z którą przyjaźnił się od początku lat 30. Na Boże Narodzenie 1938 r. wziął z nią ślub, popełniając tym samym w ich oczach mezalians.

Parę miesięcy później wyjechał z żoną z kraju, nie mogąc „wytrzymać w rodzinnym środowisku” – jak pisał po latach do Jerzego Giedroycia – i zrobiwszy wszystko, co w jego mocy, aby środowisko nie mogło wytrzymać z nim, co mu się „absolutnie udało”. Okoliczności tego wyjazdu są niejasne; Bobkowski tylko raz, w jednym z listów do Iwaszkiewicza, wspomina aluzyjnie o jakiejś aferze, w którą się zaplątał. Młode małżeństwo udało się w podróż do Argentyny, gdzie absolwent SGH miał objąć posadę przedstawiciela handlowego Polskiego Eksportu Żelaza. Gdy czekali w Paryżu na wizy, wybuchła wojna. Polski nie zobaczyli już nigdy.

Na przekór wojnie

Bobkowski znalazł wówczas zatrudnienie w fabryce broni w Châtillon pod Paryżem. Gdy 12 czerwca 1940 r. wojska III Rzeszy przekroczyły Sekwanę, współorganizował ewakuację jej pracowników na południe kraju. Tam, dziesięć dni później, zastała go kapitulacja Francji. Wobec braku innych środków lokomocji zdecydował się na powrót do czekającej w stolicy żony rowerem. Trwającą ponad trzy miesiące podróż utrwalił w dzienniku wydanym w 1957 r. pod tytułem „Szkice piórkiem”. W jego skromnym dorobku literackim jest to najważniejsza pozycja, o której Tymon Terlecki, nestor polskiej literatury emigracyjnej, napisał, że „nie są to ani »szkice«, ani robione »piórkiem«, jest to wielobarwny olejny fresk malowany szpachlą, grubymi, zamaszystymi uderzeniami”.

Droga powrotna przez pokonaną Francję zmienia się bowiem na kartach szkiców w podróż krajoznawczą; wraz z Tadziem, jednym ze swoich niegdysiejszych podwładnych w fabryce, Bobkowski odbywa ją nie najkrótszą trasą, ale przez Lazurowe Wybrzeże. Jakby na przekór temu, że trwa wojna, dwaj rowerzyści zatrzymują się nie tylko na nocny postój, ale i wszędzie tam, gdzie ujrzą coś ciekawego lub spotkają interesujących ludzi. Dziennik ujawnia bystre oko i cięty język autora.

Bobkowski nie szczędzi Francuzom ostrej krytyki, ale i ciepłej sympatii, daje też przy okazji upust swojej niechęci wobec narodowych przywar Polaków, do których zalicza brak solidności w kwestiach małych i nadmiar fantazji w sprawach wielkich, w tym „gotowość do umierania za ojczyznę nie tylko, gdy potrzeba, ale przede wszystkim, gdy nie potrzeba”. Popada natomiast w egzaltację, gdy pisze o wszystkim, co bezpośrednio związane z podróżą: szaleńczym pędzie roweru, wysiłku fizycznym, pięknych widokach i smaku czekolady jedzonej na górskiej przełęczy. Poetyka diariusza jest przez to antyheroiczna, pełna radosnej afirmacji życia, co tym bardziej porusza, jeśli weźmie się pod uwagę czas, w jakim był pisany.

Bobkowski łatwo przechodził w swych notatkach od kontemplacji otaczającego go świata do autorefleksji. Włóczęga po nieokupowanej części Francji sprawiała, że czuł się wolny. We wrześniu 1940 r. zapisał: „Chrzęszczą zasłony z koralików, jakby odmawiały cicho różaniec spokoju nawleczone na swoje długie sznurki. Czasem, gdy ten pierwszy koralik na dole zerwie węzełek, sypią się wszystkie na chodnik, skaczą wesoło i przekornie, pędzą i potrącają się. Są wolne i cieszą się z tego. Może ja sam jestem takim koralikiem, co urwał się ze sznurka?”.

Wróciwszy do Paryża, Bobkowski nie przestał notować. „Szkice piórkiem” rozrosły się w opasły, liczący drukiem ponad 700 stron dziennik; prócz sprawozdania z codziennych zajęć autor zawarł w nim swoje obserwacje otaczającej go rzeczywistości, przemyślenia dotyczące literatury, ludzi i polityki oraz zaskakująco trafne prognozy toku działań wojennych i stosunków międzynarodowych. Te ostatnie stały się zresztą powodem do oskarżeń wysuwanych po wydaniu książki, że autor dopisał je post factum, jednak przeczą temu jego ówczesne listy, zawierające te same myśli. Wszystkie sądy Bobkowski kreślił ostrym, zdecydowanym językiem: Francja Vichy to dla niego ladacznica rozkładająca nogi przed III Rzeszą, a układ Sikorski-Majski z lipca 1941 r., przywracający stosunki dyplomatyczne między ZSRS a Polską, nazwał sojuszem kobry z zającem. Dziennik kończy się z chwilą wkroczenia aliantów do Paryża 25 sierpnia 1944 r.; tego dnia myśli Bobkowskiego biegły ku Warszawie i jej daremnie ginącym mieszkańcom. Od samego początku nie żywił złudzeń co do szans na zwycięstwo powstania, a w jego sens symboliczny nie wierzył.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną