Kultura

Producent przeszłości

Marc Ronson - producent doskonały

Ronson surfuje po dekadach sprawnie jak nikt: potrafi wydobyć brzmienie lat 60., znaczną część gwiazd lat 70. poznał osobiście, a na ostatniej płycie „Record Collection” odwołuje się do lat 80. Ronson surfuje po dekadach sprawnie jak nikt: potrafi wydobyć brzmienie lat 60., znaczną część gwiazd lat 70. poznał osobiście, a na ostatniej płycie „Record Collection” odwołuje się do lat 80. Carsten Windhorst/WENN.com / BEW
Amy Winehouse odwołała koncert w Polsce, ale wystąpi u nas współtwórca jej sukcesu Mark Ronson. Jeden z najważniejszych dziś producentów muzycznych.
Narzeczona Ronsona jest modelką, siostra – projektantką mody. Jego uznaje się dziś za ikonę stylu, w czym pomaga obsesja na punkcie prostego szyku z lat 60.Sony Music/materiały prasowe Narzeczona Ronsona jest modelką, siostra – projektantką mody. Jego uznaje się dziś za ikonę stylu, w czym pomaga obsesja na punkcie prostego szyku z lat 60.

Paul McCartney uratował go w dzieciństwie przed utonięciem. A był tylko jednym z głośnych wujków, których miał Mark Ronson. Rodzice chłopaka należeli bowiem do londyńskiej bohemy i prowadzili otwarty dom. Bywał u nich David Bowie. Andy Warhol komentował rysunki młodego Marka, który z kolei – wspólnie z Seanem Lennonem (kumpel z dzieciństwa) – próbował sprzedać piosenkę Michaelowi Jacksonowi. Wstawał jako kilkulatek w środku nocy, by napić się wody, a w kuchni wpadał na Bruce’a Springsteena. A gdy rozstawił zabawkową perkusję w czasie jednej z prywatek i zaczął grać, perkusista z zespołu Eltona Johna zwrócił uwagę rodzicom: „Musicie mu kupić prawdziwą!”. – Może dlatego dziś studio nagraniowe jest dla mnie czymś bardziej rzeczywistym i naturalnym niż reszta życia – mówi po latach w telefonicznej rozmowie 35-letni Ronson. Zanim przerwą mu ważne sprawy (w studiu, rzecz jasna), zdąży opowiedzieć, jak do dziś w centrum show-biznesu pozostał.

Nie stracił na pewno kontaktu z wielkim światem, gdy rodzice się rozwiedli, a on – jako dziewięciolatek – przeniósł się z matką i siostrami (jedna została projektantką mody, a druga piosenkarką) z Londynu do Nowego Jorku. Powody przenosin znamy wszyscy – z list przebojów. Po obu stronach Atlantyku, a przy okazji także w radiowej Trójce, dominowała wtedy ckliwa ballada „I Want To Know What Love Is” grupy Foreigner. Mick Jones, lider zespołu, napisał ją właśnie dla matki Ronsona. On też został – jak się łatwo domyślić – nowym przyszywanym tatą chłopaka. I poważnym wsparciem przy asymilacji w nowym środowisku.

Człowiek transatlantycki

W Nowym Jorku pod koniec lat 80. dominował już hip-hop. – Owszem, w Wielkiej Brytanii też było już słychać podobną rytmikę na nowej scenie tanecznej, choćby w tym, co grali Stones Roses. Ale po przyjeździe doznałem olśnienia i zakochałem się z miejsca w muzyce De La Soul i całym zjawisku – mówi Ronson. Szybko stracił londyński akcent – do dziś posługuje się angielskim w wersji transatlantyckiej. W dodatku wtopił się w tłum czarnej młodzieży i zaczął robić karierę jako didżej w małych klubach. – Podobało mi się, że na ludziach, którzy przychodzili na ówczesne imprezy, moje pochodzenie nie robiło żadnego wrażenia – tłumaczy. Szacunek budziło za to coś innego: dostęp do samplerów i automatów perkusyjnych, który Ronson miał za sprawą ojczyma. A także jego zaskakujące – jak na wiek – obycie w muzycznej tradycji. No, ale jeśli ktoś branżowe pismo „Billboard” czyta od siódmego roku życia, to przed osiemnastką musi się w niej nieźle orientować.

To stąd hiphopowa rytmika pojawiająca się w nagraniach Amy Winehouse i Lily Allen, za które Ronson odpowiedzialny jest jako producent. Ale i kapitalne rozeznanie w starych przebojach z wytwórni Motown, przywiązanie do brzmienia lat 60. Życie pomiędzy Londynem a Nowym Jorkiem oznaczało też ciągłą styczność z dwiema stolicami współczesnej muzyki popularnej. – Związek między nimi jest skomplikowany. Blues przyszedł z Ameryki, skradli go brytyjscy Stonesi, a potem Ameryka zakochała się z kolei w ich brzmieniu i koło się zamknęło – komentuje Ronson. Najlepiej ten związek podsumowują jego solowe albumy. – Na płycie „Version” piosenki z brytyjskiego kanonu zagrałem na amerykańską nutę, łącząc jedno z drugim – dodaje.

Chyba nikt lepiej niż on nie czuje różnic między tymi krajami, nie rozumie kontekstu. – Brytyjskie radio jest dużo bardziej różnorodne od amerykańskiego, nie ma tutaj twardych podziałów. Muzykę hiphopową, na przykład Jaya-Z, można usłyszeć obok rockowej grupy Arctic Monkeys – wyjaśnia Ronson. Jego zdaniem to główny powód, dla którego po obu stronach Atlantyku brylują dziś brytyjskie wokalistki: Duffy, Adele (z którą zdarzyło mu się pracować), Katy B, ale przede wszystkim Amy Winehouse i Lily Allen, których płyty produkował.

Łowca rytmów

Jako nastolatek Ronson grywał w różnych zespołach – na gitarze lub klawiszach – ale karierę zrobił jako didżej. Prezentował w nowojorskich klubach hip-hop, stając się jedną z najbardziej znanych postaci w branży. Doszedł do etapu, gdy grał na przyjęc iu w Białym Domu, świątecznej imprezie Marthy Stewart i na weselu Toma Cruise’a z Katie Holmes. – To był zwykły zestaw nagrań hiphopowych, o które sami mnie poprosili – tłumaczy się. – 50 Cent, Snoop Dogg, Kanye West...

Wystarczająco długo zabawiałem ludzi jako didżej, żeby wiedzieć, że wolę nagrywać i grać na scenie – mówi dziś. Przez lata nie mógł się przebić z własną muzyką.

Przełomem czy raczej – jak mówi – ostatnią szansą była dla niego Amy Winehouse. Pojawiła się w studiu, opowiadając o swoich przejściach rodzinnych i problemach z alkoholem: „Próbowali mnie zmusić, żebym poszła na odwyk”. Ronson usłyszał w tych słowach pierwszą linijkę tekstu piosenki „Rehab”, która okazała się dla obojga szlagierem. – W ten sposób pracuje producent – komentuje Ronson. – Nieważne, czy jestem na poczcie, czy jadę windą, słyszę wszędzie elementy nagrania: ciekawy rytm, intrygujący brzęk. Inspiracje są wszędzie. A rytm tych słów był czymś takim.

Album spotkał się z rewelacyjnym przyjęciem: pięć nagród Grammy, wielomilionowa sprzedaż i komplementy od krytyków, którzy chwalili Ronsona za idealną stylizację, perfekcyjne oddanie szczegółów brzmienia starego soulu.

 

Dla Ronsona objawieniem była praca już nie z automatami, ale z żywymi muzykami z fenomenalnego nowojorskiego zespołu The Dap-Kings. – Kiedy usłyszałem perkusistę tej grupy, zrozumiałem, czym jest perfekcyjny rytm, lepszy niż wszystkie te, które próbowałem wcześniej uzyskać za pomocą maszyn. Wszystko, co robiłem wcześniej, przestało mieć sens.

Teraz przyjedzie do Polski na czele własnego zespołu The Business Intl., do którego ściągnął najlepszych instrumentalistów – między innymi właśnie z The Dap-Kings. Zagrają w Warszawie w ramach Roxy Festivalu 15 lipca. Dwa tygodnie później miał się odbyć polski koncert Amy Winehouse, odwołany jednak ze względu na powrót wokalistki do nałogu i problemy na początku letniej trasy. Czy ta wybitna postać współczesnej wokalistyki jest w ogóle w stanie powrócić na scenę? Ronson, który jako jedyny śmiało komentował szanse na ukazanie się nowej płyty Amy, tym razem jest bezradny. – Stan, w jakim się teraz znalazła, powoduje, że trudno cokolwiek przewidzieć – mówi. Czy w takim razie sam nie będzie już z nią pracował? – Tego nie mogę powiedzieć.

Praca z zespołem The Business Intl. to spełnienie marzeń Ronsona o graniu własnych piosenek. Ale jego podstawowe zajęcie to praca w studiu, z którego często nie wychodzi miesiącami. Ostatnie płyty, o których brzmienie zadbał? Kolejny album grupy Duran Duran, którego Ronson jest również wydawcą – ich pierwsze tak entuzjastycznie przyjmowane nagrania od lat 80. I płyta „Arabia Mountain” garażowej formacji Black Lips, też zbierająca dobre recenzje.

Do tego napisał piosenki do brytyjskiej komedii filmowej „Arthur” (nie weszła jeszcze do Polski) – początkowo miała być jedna, wyszło pięć. – Moi idole, tacy jak Quincy Jones czy Lalo Schifrin, pisali dla filmu – komentuje Ronson. – Też chciałem tego spróbować, to zupełnie inna szkoła. Kłopot w tym, że sam film wyszedł kiepsko. Pracuje dużo, bo – jak twierdzi – nienawidzi ciekawości, która go zżera, gdy którąś z propozycji odrzuci: „Jak by to brzmiało, gdybym maczał w tym palce?”.

Zwolnić tempo

To zbieranie różnych doświadczeń jest charakterystyczne dla Ronsona, który poznaje specyfikę pracy producenta w różnych dziedzinach i dekadach. I obserwuje, jak się zmienia. Są wciąż staroświeccy producenci, którzy czuwają nad nagraniem i ewentualnie pomagają przy robieniu orkiestracji, w typie George’a Martina. Ale jest fala nowych, którzy – jak Timbaland – odpowiadają za całe muzyczne tło, de facto komponują utwór. – Dziś producent musi potrafić więcej – mówi Ronson. – Z jednej strony pracować z taśmami jak kiedyś, znać się na dawnej technologii, a z drugiej biegle posługiwać się komputerem i programować rytmy.

Najgorsza jest sytuacja, gdy smartfon zastępuje ci studio nagraniowe. Odbierasz oferty, ciągle jesteś pod mailem. To się odbija na muzyce, której służy pewne zwolnienie tempa – tłumaczy guru młodych producentów, uważany za czołowego przedstawiciela olbrzymiej fali muzyki o brzmieniu retro. Simon Reynolds, autor książki „Retromania”, postawił ostatnio tezę, że scena muzyczna, bardziej niż kiedykolwiek w dziejach, przynosi dziś tylko recykling starych szablonów.

Owszem, jest trochę zupełnie nowych pomysłów: choćby muzyka SBTRKT czy Jamiego XX – zwraca uwagę Ronson. – Ale rzeczywiście, trudno się uwolnić od myśli, że wszystko już było. Szczególnie w kręgu rocka. Przecież „Last Nite” grupy The Strokes to rzecz podobna do 50 innych motywów piosenkowych. Gdy usłyszałem „Are You Gonna Be My Girl” grupy The Jet, od razu pomyślałem, że to przecież „Lust For Life” Iggy’ego Popa. Ale o czym my mówimy – już pierwsze hity rock’n’rollowe były od razu pierwszymi przeróbkami bluesów Roberta Johnsona!

Ronson surfuje po dekadach sprawnie jak nikt: potrafi wydobyć brzmienie lat 60., znaczną część gwiazd lat 70. poznał osobiście, a na ostatniej płycie „Record Collection” odwołuje się do lat 80., przy okazji zapraszając do współpracy takich wokalistów jak Boy George czy Simon Le Bon. Po raz kolejny widać, że najważniejszy jest dla niego czynnik ludzki, reszta to warsztat pracy, który opanował już w dzieciństwie. – Nie czytałem książki Reynoldsa, ale już Paul McCartney wiedział lata temu, że zjadamy własny ogon, mówiąc, że do 2000 r. wszystkie kombinacje akordów zostaną napisane i nagrane – komentuje.

Nie sztuka mieć fajnych wujków, sztuką jest to, co udało się Ronsonowi – nauczyć się od nich tego, co najważniejsze.

Polityka 29.2011 (2816) z dnia 12.07.2011; Kultura; s. 64
Oryginalny tytuł tekstu: "Producent przeszłości"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną