Janusz Wróblewski: – „Mechaniczna pomarańcza” to niepokojąca wizja science fiction, przedstawiająca koszmarne społeczeństwo, w którym drastyczne metody zapobiegania przemocy skutkują jeszcze większą eskalacją zła. Jak pana zdaniem film Kubricka wytrzymuje próbę czasu?
Malcolm McDowell: – Nadspodziewanie dobrze. Zdobywa nowych fanów, nie starzeje się, chociaż publiczność reaguje inaczej niż 40 lat temu. Wtedy mało kto się śmiał w trakcie projekcji. Teraz nie ma wątpliwości, że nakręciliśmy czarną komedię, satyrę. To wciąż żywy film, który działa na wyobraźnię wielu artystów, przyczynił się do powstania ruchu punk. Ogląda się go jak osobliwy dokument społeczny o przełomie lat 60. i 70., gdzie w krzywym zwierciadle odbija się szaleństwo kontestacji, protest przeciwko państwowym instytucjom, konformizmowi, korupcji, niezadowoleniu z demokracji i chęć ucieczki od zgnuśniałego mieszczańskiego modelu życia.
A pan nadal kojarzony jest z rolą charyzmatycznego bandyty w meloniku, kochającego operę, Beethovena i zabijanie. Na czym polega fenomen tej postaci?
Kubrick zrealizował bardzo kontrowersyjny film, który swego czasu został na jego życzenie wycofany z brytyjskich kin. Stało się tak, gdy zbuntowana młodzież zaczęła naśladować ekscesy Alexa de Large – inteligentnego, okrutnego młodzieńca, robiącego sobie zabawę z gwałcenia kobiet i dręczenia innych. Połączenie anarchii i niebywałej agresji w przebraniu wysokiej kultury wydawało się czymś niesłychanym, szokowało i fascynowało. Trzeba pamiętać, że pewny siebie Alex idealnie uosabiał lidera gangu wymierzającego sprawiedliwość społecznej hipokryzji. Jednocześnie ośmieszał taką postawę, był karykaturą tego zjawiska i jej ofiarą.
Kubrick wybrał pana na castingu?