Rozmowa z Malcolmem McDowellem

Lubię grać morderców
Brytyjski aktor udzielił wywiadu tygodnikowi "Polityka" z okazji 40 rocznicy premiery „Mechanicznej pomarańczy”.
Malcolm McDowell (ur. w 1943 r.) – światowej sławy aktor, który zasłynął z kontrowersyjnych ról m.in. w trylogii Lindsaya Andersona „Jeżeli...”
AP/EAST NEWS

Malcolm McDowell (ur. w 1943 r.) – światowej sławy aktor, który zasłynął z kontrowersyjnych ról m.in. w trylogii Lindsaya Andersona „Jeżeli...”

Kadr z „Mechanicznej pomarańczy”. Ekranizacja głośnej powieści Anthony’ego Burgessa wywołała 40 lat temu skandal obyczajowy
Galapagos/materiały prasowe

Kadr z „Mechanicznej pomarańczy”. Ekranizacja głośnej powieści Anthony’ego Burgessa wywołała 40 lat temu skandal obyczajowy

Z okazji jubileuszu odrestaurowaną cyfrową wersję „Mechanicznej pomarańczy” pokazano uroczyście na tegorocznym festiwalu w Cannes
materiały prasowe

Z okazji jubileuszu odrestaurowaną cyfrową wersję „Mechanicznej pomarańczy” pokazano uroczyście na tegorocznym festiwalu w Cannes

Janusz Wróblewski: – „Mechaniczna pomarańcza” to niepokojąca wizja science fiction, przedstawiająca koszmarne społeczeństwo, w którym drastyczne metody zapobiegania przemocy skutkują jeszcze większą eskalacją zła. Jak pana zdaniem film Kubricka wytrzymuje próbę czasu?
Malcolm McDowell: – Nadspodziewanie dobrze. Zdobywa nowych fanów, nie starzeje się, chociaż publiczność reaguje inaczej niż 40 lat temu. Wtedy mało kto się śmiał w trakcie projekcji. Teraz nie ma wątpliwości, że nakręciliśmy czarną komedię, satyrę. To wciąż żywy film, który działa na wyobraźnię wielu artystów, przyczynił się do powstania ruchu punk. Ogląda się go jak osobliwy dokument społeczny o przełomie lat 60. i 70., gdzie w krzywym zwierciadle odbija się szaleństwo kontestacji, protest przeciwko państwowym instytucjom, konformizmowi, korupcji, niezadowoleniu z demokracji i chęć ucieczki od zgnuśniałego mieszczańskiego modelu życia.

A pan nadal kojarzony jest z rolą charyzmatycznego bandyty w meloniku, kochającego operę, Beethovena i zabijanie. Na czym polega fenomen tej postaci?
Kubrick zrealizował bardzo kontrowersyjny film, który swego czasu został na jego życzenie wycofany z brytyjskich kin. Stało się tak, gdy zbuntowana młodzież zaczęła naśladować ekscesy Alexa de Large – inteligentnego, okrutnego młodzieńca, robiącego sobie zabawę z gwałcenia kobiet i dręczenia innych. Połączenie anarchii i niebywałej agresji w przebraniu wysokiej kultury wydawało się czymś niesłychanym, szokowało i fascynowało. Trzeba pamiętać, że pewny siebie Alex idealnie uosabiał lidera gangu wymierzającego sprawiedliwość społecznej hipokryzji. Jednocześnie ośmieszał taką postawę, był karykaturą tego zjawiska i jej ofiarą.

Kubrick wybrał pana na castingu?
Zaproponował mi rolę Alexa po zobaczeniu „Jeżeli...” Lindsaya Andersona, filmu, którym debiutowałem na ekranie. Wcześniej dwa lata szukał odpowiedniego aktora. Gdyby go nie znalazł, gotów był zrezygnować z projektu. Prawdopodobnie wziąłby się wtedy do „Oczu szeroko zamkniętych”. Nie musiałem przychodzić na zdjęcia próbne. Zaprosił mnie do domu, wręczył powieść Anthony’ego Burgessa. Czytając ją, nie mogłem się uwolnić od widoku pana twarzy – powiedział. I kazał mi się przygotować. Wpadłem w panikę. Nie miałem pojęcia, o czym jest ta książka. Po trzykrotnej lekturze „Mechanicznej pomarańczy” nadal nie rozumiałem jej pokręconego języka, zlepku rosyjskiego i jidysz, dziwacznej konwencji, nie wiedziałem, co mam myśleć o bohaterze. W głowie miałem zamęt, kompletną pustkę.

Mimo to stworzył pan znakomity wizerunek buntownika: ironicznego, seksownego, nieczułego, który jednocześnie staje się ofiarą inżynierii społecznej.
Uratował mnie z opresji Lindsay Anderson, z którym się przyjaźniłem. Kochałem go bardziej niż kogokolwiek w życiu. Bardziej nawet niż własnego ojca, który był alkoholikiem. Wszystkie zarobione pieniądze natychmiast przepijał, aż zbankrutował i rodzina przestała go obchodzić. Lindsay mi go zastępował. On miał długi staż sceniczny, reżyserował w najlepszych teatrach i umiał pracować z początkującymi aktorami – takimi jak ja. Poprosiłem go, żeby przeczytał książkę i pomógł mi ustawić rolę. „Jeżeli...” kończyło się wizją wybuchu krwawej rewolucji przeciwko establishmentowi, obaleniem represyjnego systemu w znienawidzonej szkole. Wyobraź sobie teraz – poradził – że grasz jakby ciąg dalszy. Po tylu doznanych upokorzeniach twój bohater ma okazję się zemścić na sadystycznych nauczycielach i nielojalnych kumplach. Otwiera drzwi klasy i widzi swoich gnębicieli. Czuje gniew i szyderstwo. To właśnie jest Alex. Zagraj go tak, jakby sprawiało mu przyjemność branie odwetu na wrogach.

Kubrick to zaakceptował?
Nie miał w zwyczaju niczego tłumaczyć. Zwłaszcza psychologii. Aktor miał proponować, pokazywać, jak zagra. A on wybierał. Na tym polegała jego reżyseria. Nie wiem, czego chcę, ale wiem, czego nie chcę – tłumaczył, gdy go pytaliśmy, jaki ma pomysł na daną scenę. Trzymał nas na dystans. Nie zaprzyjaźniał się z aktorami, tylko od nich wymagał. Wyciskał z nas ostatnie soki, a następnie porzucał. Oczywiście, że to bolało, ale taki był, taki miał charakter.

Słynął z perfekcjonizmu i zamęczania liczbą niepotrzebnych dubli. Mocno pan to odczuł na własnej skórze?
Jego obsesja na punkcie kręcenia alternatywnych wersji każdej sceny zaczęła się nieco później. Przedsmak tego poznaliśmy jednak podczas drobnego technicznego spaceru nad kanałem. Nagrywaliśmy ujęcie 50 razy. Po zrobieniu 49 błagałem Stanleya, żeby kolejny dubel oznaczył inaczej, powiedzmy 1A, bo gdy krzykną, że kręcimy 50 raz tę samą scenę, to się ugotuję. Stanley tylko spojrzał na mnie stalowym wzrokiem i odpowiedział: nie. Więc 50 dubel był. Później przeprosił za to ekipę. Ale to i tak nic w porównaniu z „Barrym Lyndonem”, do którego niektóre ujęcia były powtarzane ponad 70 razy! Tak czy inaczej, próbowaliśmy go zrozumieć.

Myślałem, że opowie pan o scenie operacji oczu, kiedy zamontowano panu specjalne urządzenie uniemożliwiające mruganie. Ją też musieliście powtarzać?
Stanley przyszedł na plan z lekarzem. Pokazali mi zdjęcia ilustrujące, jak to wszystko ma wyglądać. Zapytałem grzecznie, kto ma tę maszynerię wepchnąć sobie do oka. Lekarz mnie uspokoił, że to nic nie boli i że to ja będę poddany eksperymentowi. Tylko przez 10 minut, Malcolm, wytrzymasz. OK, zgodziłem się. Po czym doktor zniknął i pojawił się dopiero, jak oczy zaczęły mi łzawić. Powtórz – usłyszałem – jak się nazywasz. Kogo to obchodzi, ludzie, skończmy tę zabawę – wrzasnąłem. Ale on znów wyszedł, wrócił, zaczął zagadywać. I dopiero po jakimś czasie odezwał się tekstem ze scenariusza. Dalej poszło już gładko.

Jak długo film był realizowany?
Kilka miesięcy. Kubrick nie ukrywał niezadowolenia z wielu rozwiązań. Na przykład sfilmowanie drugiej sceny gwałtu, na oczach męża maltretowanej kobiety, zajęło nam aż pięć dni. Zawsze czegoś mu w niej brakowało. Zmęczony, zniechęcony zapytał mnie w końcu, czy umiem tańczyć. Zanuciłem „I’m singing in the rain – robiąc przerwę na stepowanie – just singing in the rain”. Bingo! Rozgorączkowany wybiegł z planu, żeby od ręki załatwić kupno praw autorskich do piosenki. Tak narodziła się surrealistyczna scena bezinteresownej przemocy, uznana przez krytykę za jedną z najsłynniejszych i najbardziej szokujących w historii kina.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną