Rozmowa z Terrym Gilliamem

Wygrana Don Kichota
Reżyser opowiada o ucieczce z Ameryki, współpracy z Monty Pythonem, grach wyobraźni i ulubionych bajkach.
Terry Gilliam początkowo związany z Latającym Cyrkiem Monty Pythona, gdzie tworzył krótkie animacje i kolaże
Fabrizio Maltese/Sipa Press/EAST NEWS

Terry Gilliam początkowo związany z Latającym Cyrkiem Monty Pythona, gdzie tworzył krótkie animacje i kolaże

Gilliam żartuje sobie z Vernem Troyerem na planie filmu „Parnassus”
UPI/David Silpa/BEW

Gilliam żartuje sobie z Vernem Troyerem na planie filmu „Parnassus”

Fragment plakatu zapowiadającego ostatni film Gilliama, krótkometrażówkę „The Legend of Hallowdega”
materiały prasowe

Fragment plakatu zapowiadającego ostatni film Gilliama, krótkometrażówkę „The Legend of Hallowdega”

Janusz Wróblewski: – Przyjaciele oswojeni z pańską wyobraźnią mówią, że zapomina pan w czasie reżyserowania o jedzeniu, spaniu, zmęczeniu. Film jest całym pańskim życiem?
Terry Gilliam: – Codzienność mi ciąży. W rannym wstawaniu, spożywaniu posiłków, gadaninie, chodzeniu na spacer, kładzeniu się z powrotem do łóżka niczego ciekawego nie widzę. Im bardziej się starzeję, tym mocniej mi to doskwiera. Rozwijanie projektów mobilizuje, odrywa od rutyny. Uwielbiam obmyślać elementy bajkowych fikcji. Im głębiej się angażuję w pracę, tym trudniej wraca mi się do normalności.

„Brazil”, „Dwanaście małp”, „Parnassus” przytłaczają rozbuchaną scenografią, surrealistycznymi kostiumami. Niełatwo wychwycić szczegóły. Jeszcze trudniej połapać się w szalonych zasadach rządzących tymi światami.
To okazja do pobawienia się w Boga. Moi bohaterowie są tak samo ważni jak sceneria, którą projektuję. Istnieje tu silna więź. Rekwizyty, kolory, pejzaże nie są tylko tłem. Stanowią część historii. A dlaczego nie skupiam się na każdym drobiazgu osobno? Dlaczego piętrzę materialne przeszkody i przeładowuję przestrzeń dziwnymi przedmiotami? Takie wrażenie powstaje, ponieważ rzadko używam długich obiektywów. Zamiast eksponować jakieś efektowne detaliki, staram się panować nad całością. Nie po to, aby zadziwiać czy szokować, tylko żeby alternatywne światy na swój sposób przypominały ten, w którym żyjemy.

Rzeczywistość pana nudzi?
Nudzi mnie monotonia, brak uwagi i wrażliwości. Realność pełna jest rzeczy, które rozpraszają, dezorientują. Oglądamy wiele obrazów, które sobie przeczą. Rozmaite idee oraz koncepcje wzajemnie się wykluczają. Poznajemy historie, religie, mity zupełnie do siebie niepasujące. Wszystko się miesza, wywołując wrażenie absurdu. W wielu filmach, które dziś powstają, artyści starają się nazwać ten chaos, niestety przeważnie w uproszczony sposób. Ja przewrotnie zmierzam w odwrotnym kierunku.

Dlaczego pańscy bohaterowie – mimo że ogromnie tego pragną – mają problemy z wyrwaniem się z piekielnego labiryntu? A część marzy, żeby w nim pozostać?
Sam też się tak zachowuję. Ciągle za czymś gonię, lecz nie jestem w stanie nigdzie uciec. Myślę, że jest to uczciwe przedstawienie sytuacji człowieka, który się po prostu gubi. I żyje w kilku wymiarach jednocześnie. Sny wydają się wtedy intensywniejsze niż inne doznania. Twory wyobraźni biorą górę nad medialnym przekazem. Równolegle, gdzieś w głębi duszy, rozlega się dzwonek alarmowy, że jest się zwierzyną łowną na polowaniu. Tylko w „Brazil” wyjątkowo pojawia się happy end.

W „Parnassusie” również.
Tu z pułapki, jaką życie zastawia na każdego, udaje się wyrwać szesnastoletniej córce doktora Parnassusa i uratowanemu z rąk rosyjskiej mafii Tony’emu. Są to jednak postaci drugoplanowe, mieszczuchy nieuwikłane w grę wyobraźni. Natomiast starzec Parnassus, który zawarł pakt z diabłem, pozostaje uwięziony w świecie magii. Jest niewolnikiem gabinetu osobliwości i wyczarowywanych tam historii. Nie ma chyba drugiego bohatera bardziej przypominającego mnie. Naszym wspólnym przekleństwem jest niemożność wyrwania się z kręgu własnych urojeń i obsesji. To mój najbardziej osobisty film. Nawiasem mówiąc, niezależnie, czy pisywałem scenariusze sam, czy nie, wszystkie są autobiograficzne.

„Las Vegas Parano” też mówi o panu? Sądziłem, że to opowieść o przygodach Huntera S. Thompsona, legendarnego reportera, prekursora stylu gonzo, który inspiracji poszukiwał w narkotykowych zwidach.
No tak, to jego biografia. A co jest ze mnie? Depresja, której się nabawiłem, tracąc resztki wiary w American Dream. Rozczarowanie mitem zachodniej cywilizacji stanowi ważne doświadczenie mojego pokolenia. Mieliśmy zmieniać świat. Trochę nam się udało. Nigdy jednak nasza utopia się nie spełniła. Ameryka nie stała się ziemią obiecaną. Książka Thompsona pojawiła się w momencie, kiedy ten mit się walił. Do władzy doszedł Nixon, wojna w Wietnamie nabierała rumieńców, traciliśmy naszą niewinność. Wyjechałem w proteście do Anglii, żeby od tego koszmaru uciec.

Był pan idealistą, wierzył w pokój, miłość i rock and rolla. A kiedy okazało się, że marzenia łatwo podlegają manipulacji i prowadzą do przemocy, poświęcił się pan tworzeniu różnych wersji dystopii, czyli czarnych wizji przyszłości.
Niezupełnie, nie tak prosto. Moi amerykańscy koledzy buntownicy wierzyli w teorię domina. Trzeba przenieść ognisko rewolucji do Stanów, a momentalnie cała struktura znienawidzonego kapitalizmu się rozpadnie. Wietnam zostanie uratowany, władzę przejmą dobrzy ludzie, USA zamieni się w raj. Mnie trudniej było w to uwierzyć. Nie byłem tak naiwny. Studiowałem politologię. Przeczuwałem, czym się to może skończyć. Kto wie jednak, czy gdybym nie potrafił wyrazić swojego gniewu w sztuce, nie walczyłbym z policją na ulicach.

W pana filmach często pojawiają się smoki, zamki, zbroje, rycerze okrągłego stołu. Dlaczego, tworząc alternatywne światy, tak chętnie korzysta pan z symboliki średniowiecza?
Tamta ikonografia przypomina pod wieloma względami western. Jest król, czyli szeryf, są dobrzy i źli rycerze, czyli kowboje. Mamy wyrazistą hierarchię, rozumiemy sytuację i postaci. Zaczynałem od rysowania karykatur politycznych. W satyrze obowiązują podobne reguły. Odwołanie do archetypów wzmacnia uniwersalizm. Na przykład w „Fisher King”, filmie rozgrywającym się współcześnie w Nowym Jorku, od początku kładłem nacisk na postać Perry’ego, bezdomnego szaleńca owładniętego pragnieniem odnalezienia świętego Graala. Wprowadziłem postać Jacka Lucasa, tajemniczego mieszkańca bezdusznego wieżowca ze stali i szkła. Dla kontrastu dodałem wideotekę. Wszystkie elementy musiały nieść szersze znaczenie. Nie chciałem kręcić bezpiecznej, obyczajowej komedii w stylu Woody’ego Allena, do czego mnie namawiano.

Wielu pańskich bohaterów zachowuje się jak Don Kichot. Co pana pociąga w tej postaci?
Don Kichot próbuje naprawić świat. Nie daje się ograniczać rzeczywistości. Wierzy w swoją magiczną moc. Postrzega świat w odmienny sposób niż otoczenie. Cudowniejszy, tragiczniejszy. Jest milion rzeczy, które definiują czyjś świat. Ostatecznie sprowadza się to do pytania, co jest realne lub co się za takie uznaje. Istnieje wiele sposobów definiowania rzeczywistości. Niektórzy dążą do prawdy, inni do tego, żeby było ciekawiej, jeszcze inni po prostu błądzą. O tym właśnie staram się opowiadać. Chodzi o to, by sztuka skłaniała ludzi do myślenia i żeby pobudzała wyobraźnię. Współczesne kino nie zostawia przestrzeni dla wyobraźni, wszystko jest z góry określone, dopowiedziane do końca. Mnie interesują filmy, które pozwalają widzom interpretować po swojemu, co zobaczyli. Dobrze, jeśli każdy zachowa własny obraz w głowie.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną