Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Muzyka świata B

Muzyka świata B. U nas alternatywa, u nich zwykły pop

Uczestnicy Off Festivalu w Katowicach owacyjnie przyjęli Omara Souleymana Uczestnicy Off Festivalu w Katowicach owacyjnie przyjęli Omara Souleymana Piotr Lewandowski/Popup Music
Muzyka popularna w jednym miejscu na świecie, może być alternatywna kilka tysięcy kilometrów dalej. Przekonali się o tym uczestnicy Off Festivalu w Katowicach, owacyjnie przyjmując Omara Souleymana i Konono No. 1.
Kongijska grupa Konono No. 1 – zespół od lat grający na ulicach w KinszasieBEW Kongijska grupa Konono No. 1 – zespół od lat grający na ulicach w Kinszasie
Nowojorczyk Brian Schimkovitz to domorosły etnomuzykolog i didżej, prezentujący na żywo kasety z afrykańską muzyką popularnąPiotr Lewandowski/Popup Music Nowojorczyk Brian Schimkovitz to domorosły etnomuzykolog i didżej, prezentujący na żywo kasety z afrykańską muzyką popularną

Panie i panowie, za chwilę przed państwem wielka postać! – krzyczy wodzirej w przydługim i nieco zbyt pompatycznym wstępie. – Mówi tak, jak gdyby chodziło o Jamesa Browna – komentuje stojący obok mnie szef niezależnej wytwórni z Zachodu. I za chwilę publiczność reaguje, jak gdyby na scenę wyszła jakaś supergwiazda naszego świata muzyki pop. Tymczasem pojawia się filigranowy Syryjczyk, w ciemnych okularach jak ze starych filmów kryminalnych, luźnej diszdaszy i arafatce na głowie. Wydaje się lekko kiczowaty, podobnie jak sama muzyka. Ale to niespecjalnie razi – tak to już bywa z kiczem bardzo od nas odległym kulturowo.

Syryjczyk sezonu

Nazywa się Omar Souleyman i nie mówi po angielsku ani w żadnym innym zachodnim języku, więc dyryguje publicznością za pomocą prostych gestów. Towarzyszy mu Rizan Sai’d, kurdyjski klawiszowiec, który do mocnych rytmów wschodniej dyskoteki dogrywa nieco natarczywe, utrzymane w obłąkańczym tempie melodie – syntetyczne, ale kojarzące się z tradycyjnymi brzmieniami instrumentów z Azji. Na tegorocznym Off Festivalu oklaskuje ich kilka tysięcy słuchaczy – w nabitym po brzegi namiocie i obok, bo nie wszyscy zmieścili się do środka. Muzykę Souleymana większość zna z setek filmów umieszczonych na YouTube, a jego sylwetkę – z zaledwie paru powtarzających się zdjęć. Na wszystkich wygląda zresztą dokładnie tak samo, co powoduje, że w naturalny sposób nadaje się na ikonę współczesnej muzyki. Już dziś do współpracy przy najnowszej płycie zaprosiła go Björk. Jutro być może przyjdzie czas na Madonnę – i idol gotowy.

U siebie Omar Souleyman należy do zwyczajnego krajobrazu arabskiej muzyki pop. Gra od połowy lat 90. dabke – typowy w Syrii taneczny gatunek, przy którym miejscowi bawią się na weselach i tańczą, trzymając się za ręce. Tyle że w obrębie tej muzyki udało mu się stworzyć coś wyjątkowego. Przynajmniej w opinii Marka Gergisa, pracującego dla niewielkiej amerykańskiej firmy płytowej Sublime Frequencies. Gergis długo jeździł po Bliskim Wschodzie i znał dabke, ale dopiero muzyka Souleymana okazała się dla niego olśnieniem. „Nie sądziłem, że dabke może być tak surowe, frenetyczne, bezpośrednie” – pisał.

Souleyman był wcześniej w swoim kraju rozpoznawalny tylko lokalnie – jego kasety (łącznie ponad 500 tytułów – w większości nagrania z wesel, tradycyjnie robione dla pary młodej, jak u nas filmy czy zdjęcia) sprzedawały się głównie w leżącym na północnym wschodzie regionie Dżezira. Sami mieszkańcy trochę się jej wstydzili. „To muzyka dla taksówkarzy” – mówili Gergisowi. Tylko jeden z miejscowych, który sprzedawał nagrania Souleymana, szepnął mu: „Dokładnie wiem, dlaczego podoba wam się dabke. Ta muzyka ma tę samą energię co heavy metal!”.

Dziś syryjski wokalista, już po czterdziestce, przeżywa późny wybuch sławy: śpiewa na imprezach w Dubaju i na wielkich festiwalach letnich w Europie – Glastonbury, All Tomorrow’s Parties, Bestival czy właśnie katowickim Off Festivalu. To dla niego nowe doświadczenie. W końcu na weselnych występach w Syrii ludzie rozumieją słowa piosenek, a on sam może nawiązać kontakt z widownią, zwraca się do słuchaczy po imieniu, zagrzewa do tańca. To także nowe doświadczenie dla publiczności – a o takie dziś coraz trudniej.

Kto dziś chce być modny w świecie Zachodu, próbuje naśladować hipsterów, zaś ci stawiają sprawę ekstremalnie: najlepiej słuchać muzyki z wytwórni, których nikt nie zna, nagranej przez wykonawców, o których nikt nie słyszał. A gdy zaczynają być sławni, uciekać w inne rejony. Souleyman to właśnie taki „inny rejon”. Podobnie jak inni wykonawcy, których nagrania publikuje Sublime Frequencies – choćby turecka grupa Hayvanlar Alemi albo Tuaregowie z Sahary tworzący jako Group Inerane. Płytę tych ostatnich najlepiej podsumowuje komentarz, jaki pojawił się na jednym z serwisów społecznościowych: „To świetny album, poza tym, że pozwolił mi zarobić jakieś 5000 hipsterskich punktów, gdy zapytany o to, czego słuchałem, mogłem o nim opowiedzieć”.

Obieg krytyki muzycznej, festiwali, blogów i niezależnych wytwórni co chwila zaskakuje podobnymi odkryciami – często dotyczą one muzyki minionych dekad, takich jak znakomita perska piosenka pop odkrywana w Anglii przez oficynę Finders Keepers czy niepełnosprawni muzycy z Konga z grupy Staff Benda Bilili, pokazani światu przez belgijską Crammed Discs (o nich pisaliśmy w POLITYCE 24/10).

Sensacją ostatniego roku była odkryta na nowo płyta „Ten Ragas to a Disco Beat” Charanjita Singha, drugorzędnego hinduskiego kompozytora filmowego, któremu zdarzyło się w latach 80. wydać album tak nowoczesny brzmieniowo jak zachodnia muzyka taneczna z tamtego okresu. Z miejsca więc zaczęto mówić o „ojcu chrzestnym” albo „brakującym ogniwie” techno, a dziennikarzom udało się go odnaleźć – żył spokojnie w Bombaju, kompletnie nieświadom tego, co się o nim pisze na Zachodzie.

Podobnie niespodziewane drugie życie otrzymała kongijska grupa Konono No. 1 – zespół od lat grający na ulicach w Kinszasie, którego członkowie znani byli z tego, że sami konstruowali swój system nagłośnieniowy i instrumenty, zbierając części na śmietniku i uzyskując charakterystyczne, hałaśliwe brzmienie. Gdyby nie zainteresowanie na Zachodzie, w ogóle by już nie istniał. Kontrakt z belgijską Crammed doprowadził do reaktywacji grupy, która dziś ma na koncie współpracę z Björk oraz z Herbiem Hancockiem – przy jego wersji „Imagine” Lennona, która zdobyła w tym roku nagrodę Grammy.

Konono No. 1 stale występują na festiwalach muzyki alternatywnej – na tegorocznym Off Festivalu zagrali jeden z najlepszych koncertów. Oprócz nich pojawił się w Katowicach jeszcze nowojorczyk Brian Schimkovitz, domorosły etnomuzykolog, a przy tym didżej prezentujący na żywo – jako Awesome Tapes From Africa – muzykę z kaset z afrykańską muzyką popularną.

Podróż po jedną płytę

Współczesna kultura gnije. Niemal dosłownie – Alan Bishop, założyciel Sublime Frequencies, wielokrotnie zwracał uwagę na to, że w miejscach, do których podróżuje, takich jak Afryka czy Azja Południowo-Wschodnia, mało kto uznaje muzykę popularną za część kultury. Nikt więc o nią nie dba, nie próbuje archiwizować, katalogować.

„Stare płyty leżą w skwarze, roztapiając się, okładki zjadają insekty. Zdarzało mi się przewozić je w bagażu lotniczym do Ameryki i jeszcze na miejscu odnajdywać biegające po nich stonogi” – opowiadał w niedawnym wywiadzie dla pisma „Believer”.

Na brak ochrony dziedzictwa nakłada się ogólny brak zainteresowania starociami w niektórych krajach. „W Tajlandii na przykład wszystko, co stare, jest niechciane. Tu nie kupuje się ubrań w komisach, liczy się to, co nowe” – tłumaczy Bishop. Potwierdza to zdanie Rizana Sai’da (klawiszowiec Souleymana) na temat własnej metody twórczej: „Lubię klawisze firmy Korg i co roku kupuję najnowszy, bo nowe zawsze lepiej brzmią”. Jest więc w tych podróżach po muzykę coś więcej niż tylko pogoń za modą.

Dość typowym przykładem niech będzie właśnie historia Alana Bishopa. Razem z bratem Richardem, na co dzień gitarzystą w ich wspólnej grupie Sun City Girls, dotarł w latach 80. do Maroka. Zakochał się w miejscowej muzyce – przesiedział tam dwa miesiące, nawiązał kontakty muzyczne i wrócił z misją promowania tamtejszych nagrań. Do dziś wydał kilkadziesiąt płyt z utworami zespołów afrykańskich, a także muzyką choubi z Iraku, tajskim ludowym nurtem molam oraz syryjskim dabke. Souleyman okazał się największym jak dotąd sukcesem. Bishop zbiera tony materiału i miesiącami je przesłuchuje – żeby wydać dwie składanki molam, musiał się przedrzeć przez, jak twierdzi, dwa tysiące nagrań z tą muzyką.

Współczesna sieć najbardziej wpływowych zbieraczy egzotycznych tradycji to kilkanaście osób z Ameryki i Europy, które śladami słynnego etnomuzykologa Alana Lomaxa podróżują po świecie, nagrywają na miejscu ulicznych artystów i skupują kasety, bo te są wciąż najpopularniejszą formą dystrybucji muzyki, szczególnie w Trzecim Świecie. Choć we wschodniej Azji przebijają je płyty VCD przygotowane pod kątem karaoke. W barach miejscowego popu się nie słucha, tylko od razu śpiewa samemu.

„Jesteśmy grupą znajomych, którzy lubią się dzielić muzyką i filmami ze wspólnych podróży. Większość z tej muzyki to był zwykły, uliczny folk-pop z krajów, które odwiedzaliśmy. I zaczęliśmy sobie zadawać pytanie: dlaczego tego typu muzyka nie była wcześniej dostępna?” – mówił w jednym z wywiadów Mark Gregis, opisując grono twórców Sublime Frequencies. Wydawana przez nich muzyka jest prawie zawsze pamiątką z podróży. Usłyszawszy na przykład w jednym z marokańskich hoteli oryginalne brzmienie Group Doueh, tamtejszej gitarowej grupy pod silnym wpływem Hendrixa, musieli przejechać cały kraj, zanim ktokolwiek był w stanie zidentyfikować nagranie. Aż dotarli na Saharę, do miasteczka zwanego Dakhla, gdzie trafili do miejscowego sklepiku (a zarazem studia nagraniowego). Puścili utwór, a właściciel, rozpromieniony i zaskoczony, zakrzyknął: „To ja!”.

Gdy Briana Schimkovitza pytają, dlaczego w swoich setach didżejskich odgrywa kiepskiej jakości taśmy, odpowiada: „Bo tak właśnie brzmi miejscowa muzyka, gdy usłyszysz ją w autobusie komunikacji miejskiej, w taksówce czy w postaci dźwięków dochodzących z restauracji”. I jemu chodzi o obrazki z podróży. Schimkovitz muzykę udostępnia za darmo na swoim blogu, ale tej jesieni chce wydać pierwszą płytę. To uczyni z niego wydawcę i – co za tym idzie – obiekt ataków części krytyki. Bo choć nakłady w tym środowisku nie są potężne, wydawców egzotycznego folku i popu oskarżano już o swoisty kolonializm, czerpanie zysków z publikowania nagrań biednych wykonawców.

Większości z nich trudno wypłacić pieniądze, bo pozostają anonimowi. Dlatego wydawcy odkładają pieniądze w oczekiwaniu, że właściciele praw kiedyś się do nich zgłoszą. Jack Carneal, założyciel firmy Yaala Yaala wydającej reedycje malijskich kaset, założył specjalny fundusz Rural Musicians Collective, na który wpłaca dochody. Czeka – jak inni – na kontakt z twórcami, którzy jednak nieprędko się zgłoszą, bo przyzwyczajeni są do piractwa panującego na rodzimym rynku.

Nowa kultura ze starej kultury

Wyrobiona publiczność słucha muzyki z Syrii czy saharyjskiego rocka z jeszcze jednego powodu – bo jest to świetna alternatywa dla uładzonej world music. Ludzie z Sublime Frequencies buntują się przeciwko niej, bo – jak mówią – gdy wielkie wytwórnie zatrudniają głośnych producentów, by pracowali z afrykańskimi czy azjatyckimi zespołami w profesjonalnych studiach nagraniowych, oznacza to śmierć prawdziwej, rdzennej muzyki.

Popularne w Polsce i wydawane na składankach utwory Angelique Kidjo czy Youssou N’Doura byłyby więc ich zdaniem konfekcją obliczoną na potrzeby masowego zachodniego odbiorcy. „To tak jakbyś jechał do Niemiec zjeść hinduskie jedzenie. Wiadomo, że zabraknie w nim jakiegoś ważnego składnika – mówi o world music Gregis. – Takie etykietki mają sens tylko na Zachodzie. Kiedy przyjedziesz do Bangkoku, Damaszku, Kairu czy Mandalaj, przestają istnieć, nic nikomu nie mówią”.

O dziwo, wtóruje mu David Byrne, znany z sympatii dla muzyki spoza zachodniego świata, który w eseju dla „New York Timesa” ogłosił kiedyś, że „nienawidzi world music”. Chodziło mu o to, że ten sztucznie wypromowany gatunek wyrywa z naturalnego kontekstu żywą muzykę z dalekich krajów. Daje pierwszeństwo temu, co w niej staroświeckie, archaiczne. Tymczasem od połowy XX w., odkąd szeroko dostępne stały się instrumenty elektryczne, a potem elektroniczne, razem z rozwojem kultury popularnej na Zachodzie zmieniały się też mody muzyczne w innych miejscach na świecie. Melodie ludowe w naturalny sposób łączyły się z aranżacjami charakterystycznymi dla popu i pojawiały się nowe gatunki. To wszystko dokumentują nagrania Konono No. 1, Group Inerane czy Omara Souleymana – choćby czasem wydawały nam się naiwne czy kiczowate.

A co do obecności egzotycznych gości na młodzieżowych festiwalach – ma ona przecież całkiem sporą tradycję. Od momentu, gdy hinduski kompozytor Ravi Shankar, odkrycie hipisów, grał na wielkim Monterey Pop Festival, a potem na jeszcze słynniejszym Woodstocku. Czy od czasów, kiedy Brian Jones z The Rolling Stones w trakcie pobytu w Maroku odkrył suficką transową muzykę Master Musicians of Joujouka, a Timothy Leary napisał o tej wielopokoleniowej grupie: „oto zespół rock’n’rollowy istniejący od czterech tysięcy lat”!

Dlatego warto spojrzeć na dzisiejsze odkrycia z Sublime Frequencies czy Awesome Tapes From Africa jako naturalną kontynuację tego, co było: muzyka z daleka, sama często naśladując zachodnie trendy, wpływa z kolei na to, co dzieje się u nas. „Mamy po prostu takie czasy – tłumaczy Schimkovitz. – Wszędzie zakładają zespoły alternatywne, które brzmią jak Ramones czy Sucide. A potem pytają: Jaką nowość mamy jeszcze do odkrycia? Tymczasem Afryka to 57 krajów [już 58, po utworzeniu Sudanu Południowego – przyp. red.] i tysiące stylów muzycznych. Czemu więc nie nauczyć się czegoś od nich?”.

Polityka 34.2011 (2821) z dnia 16.08.2011; Kultura; s. 70
Oryginalny tytuł tekstu: "Muzyka świata B"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Historia

Przebudzenie na Majdanie. 10 lat temu nikt nie postawiłby hrywny na to, że dojdzie do rewolucji

Ucieczka prezydenta Wiktora Janukowycza 22 lutego 2014 r. stała się symbolem zwycięstwa ukraińskiej Rewolucji Godności. Dała także pretekst do aneksji Krymu i rosyjskiej wojny przeciwko Ukrainie.

Edwin Bendyk
20.02.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną