Kultura

Ten rytm, ten rytm

Wybitny kompozytor: Steve Reich

Choć Reich idzie własną drogą, potrafi też ukazać swoją więź z muzyczną tradycją. Choć Reich idzie własną drogą, potrafi też ukazać swoją więź z muzyczną tradycją. BEW
Steve Reich, legenda muzyki amerykańskiej, kończy w tym roku 75 lat. Jego dzieła rozbrzmiały właśnie w Polsce.
Kompozytor podczas wykonania „Music for 18 Musicians” w Kolonii, styczen 2009 r.DPA/PAP Kompozytor podczas wykonania „Music for 18 Musicians” w Kolonii, styczen 2009 r.

Największym żyjącym kompozytorem amerykańskim nazwały go „New York Times” i „Village Voice”. „Guardian” zaliczył do garstki artystów, którzy zmienili bieg historii muzyki. Jest laureatem chyba wszystkich ważnych nagród w swojej dziedzinie, łącznie z Polar Music Prize, Grammy i Pulitzerem. Jego strona internetowa podaje na ten rok prawie 300 wykonań jego muzyki, w formie koncertów czy spektakli baletowych z choreografiami takich tuzów jak Jiří Kylián czy Anne Teresa de Keersmaeker.

O tym, że staje się już pomnikiem swojej epoki, świadczy fakt, że jego rękopisy kupiła odeń Fundacja Paula Sachera w Bazylei, która przechowuje też autografy Strawińskiego, Bartóka, Ligetiego czy Lutosławskiego. Sam – wysoki, szczupły, w nieodłącznej czapce z daszkiem – bynajmniej na pomnik nie wygląda.

Choć jego muzykę wrzuca się do przegródki z napisem „minimalizm”, on sam tego nie lubi. Mawia, że to tak, jakby pytać o impresjonizm Debussy’ego, który zapewne odpowiedziałby „merde”. Różni się od swoich kolegów minimalistów (z którymi jest w przyjaźni): nie pisze oper w tradycyjnym sensie ani muzyki orkiestrowej jak John Adams, nie tworzy muzyki do filmów jak Philip Glass, nie fascynował się Indiami jak Terry Riley, autor słynnego utworu „In C”, który uznaje się za początek minimalizmu (Reich brał udział w jego prawykonaniu). I o ile sam minimalizm, obecnie nazywany raczej muzyką repetycyjną, wydaje się dziś przebrzmiały, twórczość Reicha jest ceniona wśród młodszych pokoleń: w 1999 r. ukazała się płyta „Reich Remixed”, gdzie swoje wersje jego utworów przygotowali m.in. Coldcut, DJ Spooky, Ken Ishii.

W Krakowie w ramach Sacrum Profanum zaplanowano wykonania kilkunastu dzieł Reicha, a także utworów jego przyjaciół: Adamsa, Rileya („In C”) oraz, z młodszego pokolenia, Davida Langa, Julii Wolfe i Michaela Gordona, twórców awangardowego zespołu Bang on a Can.

Życie w pociągu

To z Krakowa wyjechał niegdyś Ignacy Reich, dziadek kompozytora. W Stanach Zjednoczonych, jak wielu emigrantów, przestał używać języków ze starego kraju – polskiego, jidysz, rosyjskiego i niemieckiego – i mówił już wyłącznie po angielsku. Steve miał pięć lat, gdy dziadek zmarł, pamięta go jak przez mgłę.

Reich jest nowojorczykiem, ale rodzice rozwiedli się po jego urodzeniu, a matka przeniosła się do Los Angeles. I ona, i ojciec weszli w nowe związki, chłopiec więc miał odtąd dwie pary rodziców i z każdą z nich spędzał po pół roku. Wiele godzin w pociągu (podróż w jedną stronę trwała cztery dni!) naznaczyło jego wrażliwość muzyczną. To dlatego wciąż towarzyszy mu rytm, a jednocześnie zmienność, podobnie jak obserwowane w podróży pejzaże, które przesuwają się za oknem na tle stukotu kół i rozmów współpasażerów.

Po latach na kanwie tych podróży powstanie jeden z najbardziej poruszających utworów Reicha: „Different Trains” na kwartet i taśmę dla Kronos Quartet. W warstwie taśmy można usłyszeć, poza dźwiękami kwartetu smyczkowego i odgłosami dawnych pociągów, głosy dawnej niańki Steve’a, Virginii, emerytowanego bagażowego z tej trasy, a także osób ocalałych z Zagłady, po latach bowiem Steve zdał sobie sprawę, że w tym samym czasie (na przełomie lat 30. i 40.) na kontynencie rodzinnym przodków pojechałby całkiem innym pociągiem. Może byłby owym chłopcem ze słynnego zdjęcia z warszawskiego getta, który także nosił czapkę z daszkiem.

W dzieciństwie Steve uczył się gry na fortepianie i słuchał tego, czego słuchały kręgi inteligencko-mieszczańskie, z których się wywodził: z jednej strony Beethovena czy Schuberta, z drugiej – musicali. Wszystko się zmieniło, gdy w wieku 14 lat usłyszał „Święto wiosny” Strawińskiego, „V Koncert brandenburski” Bacha oraz jazz (była to epoka bebopu): Charliego Parkera, Milesa Davisa, Kenny’ego Clarka, a później zwłaszcza Johna Coltrane’a, na którego koncertach, jak twierdzi, był chyba z 50 razy. Wspólnym elementem był tu wyrazisty rytm, puls.

Steve zamienił wówczas fortepian na perkusję, a jednocześnie rozpoczął prywatną naukę kompozycji u Halla Overtona, muzyka współpracującego z jazzmanami. Studia wyższe zaczął jednak od filozofii; przedmiotem jego pracy licencjackiej był Ludwig Wittgenstein (do którego myśli powrócił po latach w utworze „Proverb”).

Kompozycję studiował później w Juilliard School of Music i w Mills College w Auckland, m.in. u Luciano Berio. W tym akademickim świecie panowała wówczas technika serialna, która w ogóle Reicha nie interesowała. Dopiero po studiach zajął się tym, co pociągało go naprawdę.

Radość bębnienia

Pierwszy znany i wciąż ceniony (kultowy dla pokolenia didżejów) jego utwór „It’s Gonna Rain” (1965) oparty jest na głosie ulicznego kaznodziei, ostrzegającego przed potopem. Reich nagrał go na ulicy w San Francisco. Krótki motyw muzyczny powstały z tego okrzyku jest powtarzany, zapętlony, zdeformowany, ale z zachowaniem katastroficznego wydźwięku. W tym utworze jest już zalążek niemal wszystkiego, co Reich będzie robił w przyszłości: powtarzalność, zainteresowanie treściami ostatecznymi, a także tworzenie melodii z dźwięków wypowiadanych zdań – do tej techniki powróci po 20 latach właśnie w „Different Trains”.

Po „It’s Gonna Rain” powstał drugi utwór wykorzystujący podobną technikę, „Come Out”, stworzony z głosu chłopca aresztowanego podczas zamieszek w Harlemie. Potem jednak Reich zwrócił się w kierunku muzyki instrumentalnej. Oparł swoją muzykę na krótkich frazach, powtarzanych z przesunięciem fazy. Powstał cały cykl: „Piano Phase”, „Violin Phase”, „Phase Patterns”, z udziałem jednego instrumentu lub grupy instrumentów o tym samym brzmieniu.

 

Aby pogłębić swoją wiedzę o rytmie i, jak mówi, powrócić do „radości bębnienia” (podczas studiów nie grał już na perkusji), pojechał do Ghany, by zgłębiać wiedzę o rytmach afrykańskich w Instytucie Studiów Afrykańskich w Akrze. Efektem kompozytorskim był półtoragodzinny utwór „Drumming”, dziś jeden z najsłynniejszych. Potem studiował jeszcze gamelan (tradycyjną muzykę indonezyjską) u muzyków z Bali w Seattle i Berkeley. Te studia otworzyły go na współbrzmienia i jeszcze większe komplikacje rytmów, powstające z nałożenia na siebie różnych pulsów.

W „Music for 18 Musicians”, napisanej dla założonego w 1996 r. zespołu Steve Reich and Musicians (istniał do 2006 r.), rozbrzmiewają melodie i harmonie, powstaje kontrapunkt. Z czasem powstanie więcej utworów z cyklu „kontrapunktów”, opartych na zasadzie kanonu: „Vermont Counterpoint”, „New York Counterpoint”, wreszcie „Electric Counterpoint” napisany dla Pata Metheny’ego, w Krakowie wykonany przez Jonny’ego Greenwooda, gitarzystę zespołu Radiohead.

Powrót do słowa

Studia muzyki tradycyjnej przywiodły też Reicha do innej refleksji: „Jeszcze w Ghanie zafascynował mnie proces ustnego przekazywania tradycji. I wtedy pomyślałem, że przecież należę do jednej z najstarszych grup etnicznych na świecie i nie mam o jej tradycjach zielonego pojęcia”.

W latach 1976–77 zaczął więc uczyć się podstaw języka hebrajskiego, Pisma Świętego i zasad śpiewu synagogalnego u rabina w Nowym Jorku, a później, w Jerozolimie, zapoznał się ze śpiewami Żydów z Jemenu, Maroka, Algierii. W tym samym czasie poznał i poślubił artystkę wideo Beryl Korot, która z czasem stała się jego współpracowniczką.

Pierwszy efekt tego powrotu do korzeni to „Tehillim” (Psalmy) na głosy i zespół instrumentalny z 1981 r. Po latach kompozytor powrócił więc do słowa. Melodie nie nawiązują jednak do muzyki synagogalnej; to radosne pieśni, których rytm został wywiedziony z melodii języka hebrajskiego. Więcej refleksji pojawia się w pierwszym dziele stworzonym wspólnie z Beryl Korot w 1993 r.: „The Cave”. Tytułowa jaskinia to Machpela, czyli Grota Patriarchów pod Hebronem, wspólne święte miejsce dla Żydów i Arabów.

Wedle tradycji pochowani są tam Abraham z żoną Sarą i ich syn Izaak z żoną Rebeką. Ale Abraham, ojciec narodu żydowskiego, jest dla Arabów Ibrahimem, ojcem Izmaela, spłodzonego ze służącą Hagar. „Wszystkie kłopoty między Żydami i Arabami to kłopoty bliskich krewnych – jako syn rozwiedzionych rodziców znam ten problem zbyt dobrze” – powiada Reich.

Utwór trzyaktowy, audiowizualny, z projekcjami wideo na pięciu ekranach, zawiera nagrania 53 głosów – Żydów, Palestyńczyków, Amerykanów – opowiadających o Abrahamie, Sarze, Izaaku, Hagar i Izmaelu. Pojawiają się one na tle instrumentów i głosów wokalnych, także przekształconych elektronicznie. „To jest jedyny rodzaj opery mojego autorstwa, jaki sobie wyobrażam” – twierdzi kompozytor.

Jak dotąd stworzył (również z Beryl Korot) jeszcze jedną. Na przełomie wieków powstały „Three Tales”, trzy opowieści poświęcone wydarzeniom i wynalazkom o szczególnym znaczeniu dla losu świata. Pierwsza dotyczy budowanego przez nazistów sterowca „Hindenburg” i jego katastrofy (w ramach bojkotu nikt nie chciał dostarczyć Niemcom helu, ci użyli więc wodoru i zeppelin spłonął). W drugiej mowa jest o amerykańskich atomowych próbach na atolu Bikini, w trzeciej – o sklonowanej owieczce Dolly.

W tej wielopłaszczyznowej, multimedialnej opowieści można usłyszeć nagrania głosów naukowców. „Używanie czyichś wypowiedzi to nie to samo co włączenie tekstu do utworu – to włączenie człowieka uosobionego przez swój głos” – podkreśla kompozytor. Utwory te mają więc walor dokumentu, z jednoczesnym artystycznym komentarzem.

Choć Reich idzie własną drogą, potrafi też ukazać swoją więź z muzyczną tradycją. W „Three Tales” fragment mówiący o budowie „Hindenburga” to aluzja do sceny wykuwania pierścienia w „Złocie Renu” (twórca Tetralogii okazuje się tu prekursorem minimalizmu). W „Proverb” Reich nawiązuje do muzyki średniowiecznego twórcy Perotinusa. Z drugiej strony, w utworze „2 x 5” sprzed trzech lat, stworzonym dla młodszych przyjaciół z Bang on a Can, silnie widoczne są związki z muzyką rockową. To też jego background.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak Jarosław Kaczyński zbudował sobie sektę?

Dlaczego tak wiele osób tak bardzo wierzy w talenty, umiejętności, wiedzę, siłę moralną i osobiste przymioty, słowem – w nadzwyczajność Jarosława Kaczyńskiego?

Ewa Wilk
05.04.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną