Rozmowa z Janem Englertem, dyrektorem Teatru Narodowego

Sztuka rezygnacji
Z egoizmem, z egocentryzmem zawsze mieliśmy do czynienia. Ale kiedyś wstydziliśmy się niegodziwości, w tej chwili już się nie wstydzimy. Cel uświęca środki, i to jest uznane za normę - mówi Jan Englert.
Jan Englert jest dyrektorem artystycznym Teatru Narodowego. Wykłada w Akademii Teatralnej w Warszawie.
Leszek Zych/Polityka

Jan Englert jest dyrektorem artystycznym Teatru Narodowego. Wykłada w Akademii Teatralnej w Warszawie.

„Definicja reżyserii od lat jest taka sama, choć o niej się zapomina. To jest sztuka rezygnacji. Nie tylko z powodów artystycznych, również organizacyjnych, finansowych”.
Leszek Zych/Polityka

„Definicja reżyserii od lat jest taka sama, choć o niej się zapomina. To jest sztuka rezygnacji. Nie tylko z powodów artystycznych, również organizacyjnych, finansowych”.

Warszawa, 1961. Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna (PWST), ćwiczenia studentów, Jan Englert (drugi od lewej).
Andrzej Wiernicki/Forum

Warszawa, 1961. Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna (PWST), ćwiczenia studentów, Jan Englert (drugi od lewej).

Zdzisław Pietrasik: – Czy jako dyrektor teatru z państwowej nominacji nie miał pan ofert przed zbliżającymi się wyborami?
Jan Englert: – Nie, chociaż takie próby powołania mnie do jakiejś służby politycznej były podejmowane i pojawiały się jeszcze w czasach, kiedy nie byłem szefem teatru, lecz rektorem szkoły teatralnej. Niezmiennie wyrażam niechęć do czynnego uprawiania polityki, ponieważ jako zwolennik fair play nie umiałbym grać na tym boisku.

Czy napięcia polityczne przenoszą się też do teatru? Aktorka Anna Chodakowska startuje do Senatu z ramienia PiS. Jak to jest traktowane w zespole?
Tak się zabawnie złożyło, że Chodakowska obecnie próbuje w sztuce dwuosobowej z aktorem, który jest zwolennikiem innej partii. Ponoć się wykłócają, ale – co jest fenomenem teatru – konflikty te mogą być wykorzystane do budowania relacji między postaciami. Tymczasem w życiu społecznym nic nie wynika z naszych sprzeczek, nawet tych dotyczących światopoglądu, ponieważ często ludzie nie zgadzają się tylko co do sposobu demonstrowania tego światopoglądu. Mamy syndrom Polaka, który kłóci się z bliźnim, bo ma to samo zdanie.

Rzeczywistość wdziera się do teatru?
Sławomir Sierakowski nie jest królem moich snów, ale pod tym, co powiedział w wywiadzie dla „Wyborczej” o atomizacji społeczeństwa, mogę się podpisać. Dzisiaj jednostka nie chce poświęcać się dla zespołu, i to widać w naszym życiu, w polityce, w sportach zespołowych.

To jest egoizm, granie na siebie?
To jest bezwzględny egoizm. Z egoizmem, z egocentryzmem zawsze mieliśmy do czynienia. Ale kiedyś wstydziliśmy się niegodziwości, w tej chwili już się nie wstydzimy. Cel uświęca środki, i to jest uznane za normę.

W teatrze też to widać?
Zaczyna być widoczne. Niemniej aktorzy ciągle jeszcze trzymają się zespołów teatralnych.

Właściwie dlaczego?
Najważniejszy powód jest niezmienny – teatr to najszlachetniejsze miejsce, gdzie można zbudować rolę, gdzie jest na to czas. Tylko w teatrze mamy namacalny i bezpośredni sprawdzian własnej pracy, kontakt z widzem. Tylko w teatrze ma się to poczucie władania nad duszami ludzkimi. Sukces jest natychmiast, dwa, trzy dni po premierze, weryfikowany, porażka też. I wcale nie dlatego, że przeczytamy dobrą czy złą recenzję. Sami to wiemy, czy to jest dobre, czy niedobre.

Kim jest dzisiaj reżyser w teatrze?
Definicja reżyserii od lat jest taka sama, choć o niej się zapomina. To jest sztuka rezygnacji. Nie tylko z powodów artystycznych, również organizacyjnych, finansowych. Sztuka rezygnowania z własnych pomysłów.

A zarazem mówi się, że reżyserzy dziś rządzą teatrem.
I to jest prawda. Teatry miały różne fazy, był niegdyś dyktat scenografów, aktorów gwiazd, a teraz żyjemy w epoce dyktatu reżyserów.

Zwłaszcza tych młodych zdolnych czy młodszych jeszcze zdolniejszych, jak ich nazywa krytyka.
Powoływanie się na generacje nie ma sensu. Jerzy Jarocki, którego premiera „Sprawy” według „Samuela Zborowskiego” Słowackiego właśnie odbyła się w Narodowym, jest dla mnie młody zdolny. Nic na to nie poradzę. A to, co piszą krytycy o „ojcobójcach” czy „siedmiu wspaniałych” młodych reżyserach? Bardzo się cieszę, że tylu ich jest, ale trzeba przypomnieć, że w filmie, do którego odwołuje się to porównanie, przeżyło tylko dwóch...

I rozjechali się w różne strony.
A we wsi został jeden. Natomiast nie mam nic przeciwko podejmowanym przez krytykę próbom znalezienia jakiejś formacji, która się porozumiała, z tym że ja dostrzegam dzisiaj w obszarze sztuki tylko jedną formację. To jest nurt lewicowy, nie polityczny, tylko światopoglądowy. Nie oceniam, tylko stwierdzam fakt.

Wkrótce zadebiutuje na scenie Narodowego Grzegorz Jarzyna, szef i reżyser TR. Czy to początek jakiejś nowej przyjaźni między pokoleniami?
Nie nowej, ponieważ już parę lat temu Jarzyna zaproponował mi rolę w „Teoremacie” w swoim teatrze. Trochę się bałem, ale bardzo dobrze nam się pracowało. Teraz pomysłem Grzegorza była realizacja „Nosferatu” na dużej scenie Narodowego, na co chętnie się zgodziłem, bo to jest też odpowiedź na pytanie, czy ważne są pokoleniowe podziały.

Na pańskim stoliku leży kartka z planem premier na cały sezon i ja na nią cały czas zerkam jednym okiem. Jest tam jeszcze z młodych Michał Zadara, Agnieszka Glińska, Maja Kleczewska, Grażyna Kania...
Ale jest też wspomniany Jerzy Jarocki, Maciej Prus, ja też tam jestem. Jak pan widzi, nazwiska z różnych pokoleń, ta sama szuflada.

Nie ma teraz w teatrze autorytetów, nie ma misji, etosu, to co właściwie zespala grupy teatralne?
Przyzwoitość, tylko przyzwoitość. Jest coś, co unosi się leciutko jak opar nad moczarami, co przekazali nam nasi mistrzowie i poprzednicy – pewna przyzwoitość wobec instytucji teatru. Nawet nie wobec zespołu, tylko wobec instytucji teatru. Nawet jeżeli nie zawsze jest to respektowane, teatr jest czymś więcej niż tylko miejscem zarabiania pieniędzy. Nawet wśród najbardziej cynicznych aktorów pozostał szacunek dla publiczności.

Widz też się ostatnio zmienił.
Teatr to konwencja, i nie twórcy ją zmieniają, lecz widz. Dlatego to wszystko, co się dzieje w świecie, na ulicy, to powietrze, którym oddychamy, jakość życia politycznego, sposób porozumiewania się, Internet, gry komputerowe, musi wpływać na narrację teatralną. Na metodę porozumiewania się z widzem. To przecież dlatego w tej chwili prawie nie zobaczy pan przedstawienia bez wideoprojekcji.

Twarz aktora widzimy z bliska jak w filmie. Jak to wpływa na grę?
Nie tylko na grę – inaczej, szybciej montuje się sceny, inna jest narracja. A do tego dodajmy jeszcze mikroporty, które pozwalają mówić potocznie, bez akcentowania słów.

Jak się pan do tego odnosi?
Gdyby to miało być powszechne, to pora umierać. Natomiast są przedstawienia, w których człowiek po pięciu minutach przyzwyczaja się do mikroportów i wcale mu one nie przeszkadzają. Ale Czechowa tak mówionego bym nie widział, Szekspira chyba też nie.

Potoczność coraz bardziej zbliża teatr do filmu.
To spowodowało, że reżyserzy uciekają z dużych scen na małe.

To też znak czasów, że teatr schodzi z dużej sceny.
Oczywiście, ponieważ dzisiaj inaczej się ze sobą porozumiewamy, za pomocą kliknięć klawiatury, esemesów, skrótów. Obecnie język mówiony przypomina elektrokardiogram umierającego. Równa linia, a dawniej to skakało.

I jak w tej sytuacji ma się zachować Teatr Narodowy przez duże T i duże N?
Wszyscy żyjemy w tej samej przestrzeni...

Właśnie o tej przestrzeni myślałem, idąc do pana na wywiad. Plac Piłsudskiego, Grób Nieznanego Żołnierza, Pałac Prezydencki, Opera Narodowa...
Ale jest też pięć dyskotek dookoła. Wszystko jest pomieszane, i tak żyjemy w tej chwili. Ważne jest, aby w operze pokazywali dobrą operę, a w Narodowym dobrą literaturę. Dowcip polega tylko na tym, żeby nagle w Narodowym nie otworzyć dyskoteki.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną