Kultura

Obok i między

Obok. Polska-Niemcy, czyli wystawa integracyjna

Uklańskiego Solidarności ciąg dalszy, czyli jedno z symbolicznych zwieńczeń wystawy Uklańskiego Solidarności ciąg dalszy, czyli jedno z symbolicznych zwieńczeń wystawy Piotr Uklański / materiały prasowe
Czy sztuka może sprawić, że wizerunek Polaków w oczach Niemców ulegnie pozytywnej zmianie? Służyć temu ma otwarta właśnie wystawa w Berlinie.
Stanisław Dróżdż, „między”, 1977/2004 – instalacja, wewnątrz której dobrze jest się zadumać, co właściwie jest „między”Galeria Starmach, Kraków/materiały prasowe Stanisław Dróżdż, „między”, 1977/2004 – instalacja, wewnątrz której dobrze jest się zadumać, co właściwie jest „między”
Wilhelm Sasnal, „Luter”, 2003 r. Portret słynnego reformatora, inspirowany obrazem Lucasa CranachaWilhelm Sasnal, Courtesy Johnen Galerie, Berlin/materiały prasowe Wilhelm Sasnal, „Luter”, 2003 r. Portret słynnego reformatora, inspirowany obrazem Lucasa Cranacha
Jacek Malczewski, „Nike Legionów Polskich”, 1916 r.Reprodukcja FoKa/Forum Jacek Malczewski, „Nike Legionów Polskich”, 1916 r.
Haftowana „Bitwa pod Grunwaldem” w „Klatce krzyżackiej”. Rozwiązanie scenograficzne fragmentu wystawy, przygotowane przez Jarosława KozakiewiczaChristian Behring / Martin Gropius Bau/materiały prasowe Haftowana „Bitwa pod Grunwaldem” w „Klatce krzyżackiej”. Rozwiązanie scenograficzne fragmentu wystawy, przygotowane przez Jarosława Kozakiewicza
Piotr Uklański, bez tytułu (Solidarność), 2007 r.Piotr Uklański/materiały prasowe Piotr Uklański, bez tytułu (Solidarność), 2007 r.

Anda Rottenberg, kuratorka wystawy „Obok. Polska-Niemcy. 1000 lat historii w sztuce”, znana dotychczas jako miłośniczka i specjalistka sztuki współczesnej, postawiła sobie zadanie karkołomne: opowiedzieć za pomocą ośmiuset eksponatów całe dzieje naszych powikłanych stosunków. To obraz wspólnej historii stworzony z myślą o niemieckim widzu, ale w większości budowany z naszej perspektywy. Czy Niemcy zechcą tę wizję poznać i przyjąć?

Wystawa na pierwszy rzut oka przypomina klasyczny historyczno-dydaktyczny wykład. Wsparty autorytetem poważnej, profesorskiej Rady Programowo-Naukowej i opasłym, pełnym mądrych esejów katalogiem. Z chronologiczną, linearną narracją, zaczynającą się od św. Wojciecha, a kończącą Solidarnością i upadkiem muru berlińskiego. Z niezwykłym bogactwem eksponatów, wśród których przeważają wprawdzie dzieła sztuki, ale nie brakuje także niezwykłych dokumentów, świadectw kultury materialnej, ksiąg, rzemiosła artystycznego, a nawet fragmentów filmów fabularnych i rejestracji spektakli teatralnych. Ale pod tą gładką powierzchnią kryje się kilka pułapek, które kuratorka zastawiła na zwiedzających.

Pierwsza, kto wie, czy nie najważniejsza, pułapka to sposób patrzenia na dzieje stosunków polsko-niemieckich. Niewiele w nim miejsca na szczęk bitewnego oręża, na ekonomiczne czy geopolityczne uwarunkowania, na procesy dziejowe czy tzw. narodowe interesy.

Po pierwsze: człowiek

Na tej wystawie najważniejsi są ludzie. Wędrujemy więc przez wieki z królową Rychezą, św. Jadwigą Śląską, Witem Stwoszem, Mikołajem Kopernikiem, Janem III Sobieskim. Śledzimy rozliczne koligacje dynastyczne, krzyżujące się na terenie Polski losy Hohenzollernów, Habsburgów, Jagiellonów, Wettinów, Sasów.

Ze ścian, z portretów patrzą na nas setki możnych i wpływowych. Tylko czasami kontekst staje się szerszy (sale poświęcone Gdańskowi i Hanzie czy reformacji). Prowadzi to czasem do dość nieoczekiwanych sytuacji. Oto niemal każdy Polak wyrwany nawet z najgłębszego snu wyrecytuje, że zabór pruski kojarzy mu się ze strajkiem dzieci we Wrześni i wozem Drzymały. Ale ech tych wydarzeń daremnie szukać na wystawie. Jest za to opowieść o tragicznym romansie Elizy Radziwiłł z następcą tronu księciem Wilhelmem czy też mały ołtarzyk wystawiony rodzinie Raczyńskich.

Taka spersonalizowana opowieść o historii zdecydowanie bardziej wciąga i trafia do wyobraźni. Obserwując ogromne skupienie, z jakim zwiedzający oglądają wystawę, można powiedzieć, iż owa salonowa perspektywa okazała się słuszna z marketingowego punktu widzenia. Choć dla zwolenników sumiennej wersji pokazywania historii, wychowanych na polskich podręcznikach, okazać się może sporym szokiem.

Kuratorka przełamuje tradycyjną narrację na dwa sposoby. Po pierwsze, wplatając w historyczną opowieść współczesne artystyczne komentarze. I tak np. w sali poświęconej kultowi św. Wojciecha nagle pojawia się współczesna wizja jego męczeństwa autorstwa Mirosława Bałki, zaś w sali mówiącej o reformacji – portrety Wilhelma Sasnala przedstawiające Marcina Lutra oraz jego rodziców.

Jednak najbardziej spektakularnym załamaniem historycznej narracji wystawy okazuje się wydzielenie z niej wątku dziejów Zakonu Krzyżackiego. W obszernym foyer muzeum została ustawiona wielka druciana klatka, a w niej znalazło się wszystko to, co opowiada o krzyżakach i ich relacjach z państwem polskim. Można do niej wejść w każdej chwili: na początku zwiedzania, na jego końcu, ale i w trakcie – opuszczając na chwilę tok dziejów. To wypreparowanie interpretować można różnie. Raz: jako pewien ukłon w stronę niemieckiej widowni, której losy zakonu raczej nie kojarzą się z losami niemieckiej państwowości. Dwa: dla podkreślenia, że dla Polaków – wręcz przeciwnie – krzyżacy stali się wręcz emanacją najmroczniejszej niemieckiej duszy, synonimem wielowiekowych kłopotów z zachodnim sąsiadem.

Ten niezwykle silny mit, tak skutecznie utrwalony przez Jana Matejkę, Henryka Sienkiewicza i film Aleksandra Forda, zamyka kuratorka w klatce. Zbyt niebezpieczny to stereotyp, by pozwalać mu nadal hasać na wolności? A może wręcz przeciwnie – przestarzały i zasługujący na muzealny magazyn, a nie wystawowe sale? Zastąpiony przez popkulturową, płytką zabawę – coroczne odgrywanie bitwy pod Grunwaldem. Za drucianą siatką zamknięto więc „Hołd pruski” Jana Matejki (wraz ze znaną wariacją na jego temat Tadeusza Kantora), rozliczne pamiątki po krzyżakach, ale też wiele świadectw zmagania się różnych artystów z legendą – a więc własne wersje „Bitwy pod Grunwaldem” Stanisława Wyspiańskiego, Edwarda Krasińskiego czy Edwarda Dwurnika.

Jest też obiekt symboliczny – XIV-wieczna gigantyczna figura Chrystusa z zamku w Malborku. Niegdyś motywowała krzyżaków do walki, dziś tak zniszczona, że przypomina raczej współczesne dzieło na poły abstrakcyjnej sztuki. I jest jeden niezwykły dokument filmowy z 1927 r. przedstawiający uroczystości poświęcenia gigantycznego pomnika postawionego na cześć zwycięskiej dla Niemców bitwy pod Tannenbergiem stoczonej w 1914 r. Pompa z udziałem prezydenta Paula von Hindenburga dowodzi, że wbrew temu, o czym zapewniają Niemcy, bitwa pod Grunwaldem jednak stała im kością w narodowym gardle i nie była li tylko sprawą jakiegoś tam chrześcijańskiego zakonu.

 

 

Ich własna wersja zdarzeń

Kolejna pułapka czeka na widza, gdy dociera do eksponatów z początków XX w. To moment, w którym kuratorka zmienia sposób opowiadania o polsko-niemieckich dziejach. Dzieła sztuki, które dotychczas stanowiły obiektywną egzemplifikację poprzednich 900 lat, nagle zaczynają opowiadać swoją własną wersję zdarzeń. Historyka zastępuje artysta, a świadectwo – wizja. Sygnałem do tej zmiany jest pojawienie się modernistycznej awangardy i słynna kolekcja tworzona przed wojną w Łodzi.

Subiektywnym wzrokiem twórców patrzymy więc na I wojnę światową („Wielopole, Wielopole” Tadeusza Kantora), kształtowanie się odrodzonej polskiej państwowości, plebiscyt śląski, port w Gdyni. Praktycznie cała II wojna światowa jest na wystawie upamiętniana jedynie artystycznymi świadectwami pamięci: Andrzeja Wróblewskiego, Aliny Szapocznikow, Józefa Szajny, Władysława Strzemińskiego, ale też tych, którzy wojny nie pamiętają: Artura Żmijewskiego, Mirosława Bałki, Luca Tuymansa.

Na wystawie nie ma oskarżeń, zawstydzających faktów, drażliwych tematów. Widać częściej to, co łączy, niż to, co dzieli, szczególnie w sposobie pokazywania czasów po II wojnie światowej. Nie ma tu NATO i Układu Warszawskiego, związków wypędzonych, polskich złodziei samochodów, neofaszystów, gastarbeiterów, wzajemnych roszczeń (np. dotyczących zrabowanych z jednej, a przejętych z drugiej strony dzieł sztuki). Jest Willy Brandt klęczący przed pomnikiem Getta w Warszawie, liczne przykłady współpracy artystów z obu stron granicy, gesty solidarności na wieść o stanie wojennym, słynny list biskupów polskich do biskupów niemieckich (oryginał!).

Ciekawe, że właśnie ostatnie kilkadziesiąt lat przynosi liczne prace, z których każda mogłaby stać się symbolem wzajemnych stosunków i relacji. Jak zderzenie dwóch obrazów. Na pierwszym Włodzimierza Pawlaka „Polacy formują narodową flagę”: biało-czerwone barwy tworzone są z drobnych kresek, takich, jakimi odznacza się na ścianie kolejne dni spędzone w więzieniu. Tuż obok praca Gerharda Richtera, gdzie niemiecka flaga wykształca się z cyklu zdjęć ofiar Holocaustu. Symboliczna jest „Chłodziarka” Gregora Schneidera, w której każdy widz może odsapnąć i oziębić nazbyt rozgrzany wystawowymi emocjami umysł.

Za symbol mogłaby uchodzić także praca Stanisława Dróżdża „między”. Jego bezładnie rozsypane litery otaczają nas ze wszystkich stron w niedużym, nieco klaustrofobicznym pomieszczeniu. Między jest wszędzie dookoła, ale nigdzie wyrażone wprost. To byłby zresztą chyba dużo lepszy tytuł wystawy od przyjętego w polskiej wersji i zakładającego jednak obok bliskości fizycznej, wzajemną obcość mentalną. Po niemiecku poradzono sobie dużo lepiej. „Tur an Tur”, czyli „drzwi w drzwi”, zakłada kontakt znacznie bardziej bezpośredni.

Bez specjalnego nacisku

Po wystawie tworzonej przez rasową historyczkę sztuki można było oczekiwać dużo większego nacisku na wzajemne relacje kulturowe i artystyczne. Niemieckie prawo decydowało przez długi czas o lokowaniu i funkcjonowaniu polskich miast.

A jak niemiecka kultura, muzyka, a szczególnie sztuka kształtowała nasze gusty i nasz dorobek? Wszyscy potrafimy wymienić Wita Stwosza. Niektórzy dorzucą do tego uczelnię monachijską, która w XIX w. stała się wręcz masową wylęgarnią polskich malarzy. Wystarczy przypomnieć, że przez jedną tylko pracownię profesora Alexandra von Wagnera przewinęło się aż 67 twórców z Polski. A niemiecki romantyzm, ekspresjonizm, sztuka ostatnich dziesięcioleci?

O wpływach włoskich czy francuskich pisało się dużo, uczymy się o nich w szkołach. O niemieckich wiemy dużo mniej, a wystawa niestety traktuje ów wątek zdawkowo. Za to możemy się dowiedzieć, iż typowo polski portret trumienny przyjął się też w niektórych przygranicznych regionach Niemiec. Czyżby to było wszystko, co przejęli Niemcy z naszej sztuki przez tysiąc lat? Jakoś mało.

Niemniej berlińska wystawa ma wszelkie walory, by zaciekawić. Jednych może prowokować ujęciem problemów, innych odurzać rozmachem i mnogością eksponatów. A są wśród nich prawdziwe perełki, jak mało znane obrazy, fantastyczne prace na papierze Wita Stwosza, niezwykłe dokumenty (rękopisy Kopernika, pochodzący z watykańskich zbiorów pierwszy dokument o polskiej państwowości, czyli Dagome Iudex, i wiele innych). W jednej z sal umieszczono blisko siebie dwa wizerunki. Pierwszy to naga „Nike Legionów” (1916 r.) Jacka Malczewskiego, symbolizująca też Polonię, której za jedyną broń służy zapał. I „Germania” (1914 r.) Friedricha Augusta von Kaulbacha: nieustraszona, z tarczą i mieczem, za którą postępuje ogień. Ciekawe, co z tego spotkania wyniknie?

***

Obok. Polska-Niemcy. 1000 lat historii w sztuce, Martin Gropius Bau, Berlin, wystawa zorganizowana w ramach Zagranicznego Programu Kulturalnego Polskiej Prezydencji 2011 – czynna do 9 stycznia 2012 r.

Polityka 40.2011 (2827) z dnia 27.09.2011; Kultura; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "Obok i między"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną