Rozmowa z Wimem Wendersem

Rozpoznanie tańcem
"Oglądając po raz pierwszy spektakl Piny, płakałem. Jak to możliwe, dlaczego? Bo rozpoznałem w nim siebie" - mówi reżyser wchodzącego na ekrany naszych kin dokumentu „Pina”.
Wim Wenders to jeden z najbardziej znanych reżyserów niemieckich. Realizuje zarówno filmy fabularne, jak i dokumentalne
Getty Images/Flash Press Media

Wim Wenders to jeden z najbardziej znanych reżyserów niemieckich. Realizuje zarówno filmy fabularne, jak i dokumentalne

Pina Bausch wywróciła taniec światowy do góry nogami, a raczej postawiła go z powrotem na nogach. Na zdj. kadr z filmu
Nowe Horyzonty/materiały prasowe

Pina Bausch wywróciła taniec światowy do góry nogami, a raczej postawiła go z powrotem na nogach. Na zdj. kadr z filmu

Janusz Wróblewski: – W laudacji wygłoszonej z okazji przyznania Pinie Bausch nagrody Goethego powiedział pan, że artystka stworzyła nową dziedzinę sztuki – teatr tańca. Na czym polegała oryginalność tego teatru i czy po jej śmierci przetrwa?
Wim Wenders: – Pina Bausch wywróciła taniec światowy do góry nogami, a raczej postawiła go z powrotem na nogach, tworząc język baletu, którym nie mogli się posługiwać tancerze niebędący jednocześnie aktorami ani aktorzy niebędący jednocześnie tancerzami. Ta sztuka z całą pewnością przetrwa, ponieważ jest bardzo emocjonalna i bardziej zbliżona do ludzi oraz normalnego życia niż taniec klasyczny czy balet.

Co dla pana jest w jej sztuce najważniejsze? Jakie emocje ona w panu budzi?
Oglądając po raz pierwszy spektakl Piny, płakałem. Jak to możliwe, dlaczego? Bo rozpoznałem w nim siebie. A raczej moje ciało rozpoznało w tym samo siebie. Nigdy nie myślałem, że człowiek może zrozumieć taniec. To było wyłącznie doznanie estetyczne. Tymczasem jej spektakl opowiadał o miłości i nienawiści, o bólu i rozkoszy, o stracie i pożądaniu. Pierwszym spektaklem, który zobaczyłem, było „Café Müller”: z niego nauczyłem się więcej o relacjach między kobietami i mężczyznami niż z całej historii kina, poważnie! I to wszystko bez ani jednego słowa!

Przymierzał się pan do nakręcenia dokumentu o Pinie od 20 lat.
Niestety, nie miałem pojęcia, jak się do tego zabrać. Cokolwiek robiłem, zawsze miałem wrażenie, że istnieje niewidzialny mur między akcją na scenie i tym, co mógłbym pokazać na ekranie. Brakowało magii. Byłem zrozpaczony. Tylko dzięki uporowi Piny nie zrezygnowałem. Zachęcała mnie, bym szukał dalej. Była pewna, że pewnego dnia znajdę właściwy sposób.

Czy oprócz problemów technicznych związanych z uchwyceniem ruchu i przestrzeni tańca w 3D były jakieś inne przyczyny odkładania decyzji o powstaniu tego dokumentu?
Bardzo wcześnie, bo już w 2007 r. odkryłem i zachwyciłem się technologią 3D. M.in. z mojej inicjatywy zarejestrowano koncert „U2 w 3D”. Pina i ja zaczęliśmy wtedy aktywnie pracować. Wybraliśmy układy taneczne, ustaliliśmy najwcześniejszy możliwy termin rozpoczęcia zdjęć, czyli jesień 2009 r. Dzięki temu miałem dość czasu, by poznać i wypróbować nowy język kina. Dalszych opóźnień nie było. Przekonałem się, że technika 3D i taniec doskonale do siebie pasują i że w końcu udało nam się uchwycić element, którego zawsze nam brakowało: przestrzeń. Już nie „zaglądałem do środka z zewnątrz”, ale przebywałem razem z artystami w ich świecie.

Przez te lata miał pan okazję poznać bliżej Pinę. Jakim była człowiekiem na co dzień? Czy rzeczywiście tylko praca się dla niej liczyła?
Od siebie wymagała więcej niż od kogokolwiek innego. Czuła, że ma do spełnienia misję: chciała zrewolucjonizować taniec w bardzo osobisty, nieuchwytny sposób. Mimo że była drobna i robiła wrażenie bardzo kruchej, rozsadzała ją energia. Skąd ją czerpała? Była przekonana, że robi coś ważnego, nie dla siebie, ale dla innych, coś pięknego i jednocześnie naprawdę pożytecznego. Z drugiej strony jej pracoholizm nie przeszkadzał w codziennych kontaktach. Wydawała się miłą, nieśmiałą osobą. Bardzo dużo się śmiała.

Gdzie szukała inspiracji?
Przede wszystkim się przyglądała. Była najbardziej cierpliwym i spostrzegawczym obserwatorem, jakiego kiedykolwiek spotkałem. Doprowadziła tę umiejętność do perfekcji. Ciągle pytała, w jaki sposób wyrażamy siebie poprzez ciało? Co takiego przekazujemy innym – świadomie bądź nie – za pomocą drobnych spojrzeń, poruszeń, gestów? Nikt nie umiał rozszyfrować tego przekazu tak jak ona. Obserwowała nie tylko tancerzy, ale także zwykłych ludzi w codziennych sytuacjach.

Jednym z tematów, który obsesyjnie powraca w jej przedstawieniach, jest sytuacja kobiety.
Nie była feministką. Nie znosiła tego rodzaju szufladkowania. Jej bohaterki cieszą się zadziwiającą swobodą, są odmalowane przy użyciu bogatej palety barw, wieloma odcieniami, bardzo różnorodnie.

Aktorzy przyznają, że prawie nie udzielała im wskazówek. Często musiało wystarczyć jedno naprowadzające zdanie.
Jej filozofia wyraża się w jej słynnym zdaniu: „Nie interesuje mnie, jak poruszają się moi tancerze, mnie interesuje to, co ich porusza”. Miała zupełnie wyjątkowy system pracy, docierania do tego, co poruszało jej tancerzy. Zadawała im różne pytania. I to nie kilka, ale setki, tysiące pytań! Zakazywała jednak tancerzom odpowiadać słowami. Mogli odpowiadać tylko ruchami i gestami, językiem ciała. Wymagała, by te odpowiedzi były jak najbardziej szczere i osobiste. To wymagało od nich ogromnej odwagi. Trzeba było chcieć i umieć ujawnić najgłębszą cząstkę samego siebie. A Pina miała zwyczaj powtarzać to samo pytanie następnego dnia i oczekiwała jeszcze dokładniejszej i bardziej szczegółowej odpowiedzi. Potem wspólnie opracowywali je, aż w końcu z materiału trwającego kilkaset godzin Pina wybierała dwie i układała z nich nowy numer.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną