Nowe kino azjatyckie w rozliczeniu z brutalną historią

Sztuka wojny
Wojenne okrucieństwo w azjatyckim kinie ma niewyobrażalną siłę wyrazu i piękną plastyczną oprawę. Ale przy okazji czemuś służy – nowe kino z Azji zaczyna udzielać głosu historycznie upośledzonym, prześladowanym.
„Seediq Bale”, 4,5 - godzinne widowisko kostiumowe Wei Te-Shenga (tegoroczny tajwański kandydat do Oscara).
materiały prasowe

„Seediq Bale”, 4,5 - godzinne widowisko kostiumowe Wei Te-Shenga (tegoroczny tajwański kandydat do Oscara).

Dramat polityczny Luca Bessona „The Lady”. Michelle Yeoh w roli birmańskiej opozycjonistki Aung San Suu Kyi.
materiały prasowe

Dramat polityczny Luca Bessona „The Lady”. Michelle Yeoh w roli birmańskiej opozycjonistki Aung San Suu Kyi.

Dramat „The King of Pigs”, debiut fabularny Koreańczyka Yeun Sang-ho. Fabuła dotyczy problemów społecznego wykluczenia i szkolnej przemocy.
materiały prasowe

Dramat „The King of Pigs”, debiut fabularny Koreańczyka Yeun Sang-ho. Fabuła dotyczy problemów społecznego wykluczenia i szkolnej przemocy.

W najnowszym kinie azjatyckim widać chęć rozliczenia się z historią, którą w tamtym regionie cechowało wyjątkowe bestialstwo i zakłamanie. W programie największego azjatyckiego festiwalu filmowego w południowokoreańskim porcie Busan przemoc występowała w każdej możliwej postaci.

Kino Dalekiego Wschodu zawsze kojarzono z agresją, czego jaskrawym przykładem filmy sztuk walki. W rozliczeniach z historią, dominującym aktualnie nurcie, najłagodniejszą formą ekranowej przemocy było pokazywanie na rozmaite sposoby uśmiercania jednostki. Najbardziej ekstremalną – eksterminacji całego narodu. Ale nawet przy tak bolesnych tematach jak bratobójcza wojna domowa w Korei („The Front Line”) czy inwazja Mandżurów w XVII stuleciu na Półwysep Koreański, która pochłonęła pół miliona ofiar („War of the Arrows”), krew i zabijanie zostały podniesione do rangi poezji. Brutalne zachowania, wojenne okrucieństwo mają niewyobrażalną siłę wyrazu i tak piękną plastyczną oprawę, że nawet kontemplowanie odcinanych głów i rozpruwanych brzuchów graniczy z perwersyjną przyjemnością.

W sztuce Azji poszukujemy odmienności, „innego”, inspirujących tematów i stylów, które z europejskiej perspektywy wyglądają na trudne do wyobrażenia. Ta pogoń trwa już 60 lat. Pierwsze filmy z Japonii, kiedy zaczynały docierać do Europy, budziły wielkie zdumienie. Wszystko w nich było inne, szokujące, niespotykane w naszej kulturze. Oglądanie „Rashomona” przypominało chodzenie po obcej, nieznanej planecie. A jednak wstrząs wywołany ich pojawieniem się doprowadził do narodzin francuskiej nowej fali. Jak jest dzisiaj?

Besson w Busan

Globalizacja zmieniła nasze rozumienie innego. Trudniej już zdefiniować, co w przeciwieństwie do tamtej sztuki uchodzi za „nasze”. Belgijscy bracia Dardenne, Austriak Michael Haneke czy rumuńscy reżyserzy posługują się zbliżonym lub tym samym kodem estetycznym (minimalizm) co ambitni filmowcy z Chin czy Tajlandii. Kto kogo teraz inspiruje? Bezpośredni kontakt z dowolnym uczestnikiem sieci internetowej, telewizja informująca na żywo o wydarzeniach dziejących się w najodleglejszych zakątkach Ziemi, masowa turystyka, łatwy dostęp do różnorodnych wytworów obcych kultur, napływ imigrantów, mieszane małżeństwa – to wszystko oswoiło nas z orientalną egzotyką i mocno skomplikowało pojęcie narodowości, etnicznej tożsamości, także w sztuce, w której proces wymiany idei znacznie przyspieszył.

Na festiwalu w Busan, będącym swego rodzaju platformą komunikacyjną między Europą i Azją, można było odnaleźć wiele przykładów zacierania tych właśnie różnic. Po raz pierwszy w 16-letniej historii imprezy nagrodę za całokształt twórczości „dla najlepszego twórcy azjatyckiego” odebrał Europejczyk Krzysztof Zanussi. Pojawiła się znacząca grupa filmów kręconych przez Azjatów na naszym kontynencie. Najciekawszy z nich, dramat poetycki Koreańczyka Kim Ki Duka „Amen”, rozgrywa się w Paryżu, Wenecji i Awinionie. A lakoniczna fabuła, równie zagmatwana i niejasna jak jego poprzednie dzieła („Pusty dom”, „Oddech”), układa się w zadziwiający splot abstrakcyjnych rozważań na temat śmierci, pokuty i działania Ducha Świętego.

Przyzwyczailiśmy się już, że od czasu do czasu wielkie aktorskie sławy występują u azjatyckich mistrzów. Ale i tu nastąpił jakościowy skok, czego wyrazem obecność brytyjskiego gwiazdora Christiana Bale’a w wojennym superwidowisku Zhanga Yimou „The Flowers of War” o masakrze w Nankinie. Zaskoczeniem była natomiast inicjatywa Luca Bessona, który wyprodukował swój najnowszy film w Tajlandii, czego nawet on sam – ostatnio twórca „Artura i Minimków” – się nie spodziewał. Dramat polityczny „The Lady” (z wielką kreacją Michelle Yeoh) Besson poświęcił birmańskiej opozycjonistce i laureatce pokojowej Nagrody Nobla Aung San Suu Kyi, która heroicznie zrezygnowała z życia rodzinnego, wychowania dwójki ukochanych synów, opieki nad umierającym na raka mężem w imię ratowania demokracji w ojczyźnie rządzonej przez wojskową dyktaturę. „To moja prywatna lekcja praw człowieka udzielona nieustannie targanym konfliktami, zamachami stanu i krwawymi wojnami domowymi krajom Azji” – tłumaczył swoją decyzję, dodając, że po przeczytaniu scenariusza rozpłakał się i nie mógł przestać o nim myśleć.

We wcześniejszych podróżach na Wschód podejmowanych przez Antonioniego („Chung Kuo, Cina”), Bertolucciego („Ostatni cesarz”), Annauda („Kochanek”) czy Wargniera („Indochiny”) dawały o sobie znać egzaltacja, przesądy i wyidealizowane wyobrażenia na temat słabo znanej cywilizacji. Europejscy twórcy w oczywisty sposób manifestowali zewnętrzny punkt widzenia, co spotkało się z zarzutami, że przywozili stamtąd propagandowe, podszyte sentymentalizmem pocztówki, zamiast bardziej autentycznego świadectwa. Współczesne spojrzenie Europejczyków na Azję – w tym również to Bessona – pozbawione jest już naiwności.

Stało się jasne, że nic takiego jak mityczna wspólnota azjatycka nie istnieje. Azja została wymyślona w XVIII w. przez zachodnich kolonizatorów jako pewien obszar (południowy wschód od Uralu), który starali się podbić. Nikt już nie kwestionuje, że rosnąca potęga Kraju Środka została okupiona niewyobrażalną zbrodnią rewolucji kulturalnej, prześladowań i ludobójstwa. To, co niegdyś kusiło religijną tajemnicą owianą bajecznym krajobrazem albo wydawało się dziwactwem czy nierozumnym zachowaniem, teraz objawia swoją prawdziwą, nierzadko gorzką i bardzo smutną twarz, bo możemy już przyjrzeć się temu z bliska. Ludzie stali się bardziej świadomi. Odległości, granice państw przestały definitywnie dzielić. Geograficzne podziały – co w kinie również ma swoje konsekwencje – nie tyle zostały zredukowane, ile stały się po prostu mniej wyczuwalne.

Niewygodna historia

Co w tej sytuacji przyspieszenia, miksowania wpływów, ułatwionej komunikacji może jeszcze zaskakiwać? Busan stwarza niepowtarzalną okazję, aby wyłapywać takie nowinki, przyglądać się ewolucji azjatyckich kinematografii. W renesansie problematyki historycznej, mimo uporczywych zabiegów twórców, aby narzucić jej niesłychanie atrakcyjną, wręcz bajkową konwencję, w dążeniu do jej mitologizacji, przebija jednak nowy ton. Polega on na zmianie optyki. Na oddaniu głosu tym, których się nigdy do tej pory nie słuchało.

Weźmy czteroipółgodzinne widowisko kostiumowe „Seediq Bale” Wei Te-Shenga (tegoroczny tajwański kandydat do Oscara), gdzie w formie ludowej ballady zostaje przypomniany nieznany fragment dziejów Tajwanu. Leżąca u południowo-wschodniego wybrzeża Chin górzysta wyspa od stuleci była przedmiotem niekończącego się krwawego sporu między Pekinem, Tokio oraz francuskimi, portugalskimi i amerykańskimi kolonizatorami. Pod koniec XIX w. po zakończeniu wojny chińsko-japońskiej władzę przejęła i utrzymała do końca drugiej wojny światowej Japonia. Kręcony przez 12 lat film (najdroższa superprodukcja w dziejach tajwańskiej kinematografii) opisuje ten właśnie epizod, ale przyjmuje punkt widzenia autochtonów, rdzennych mieszkańców kraju, plemienia Seediq, jednej z 14 aborygeńskich grup zamieszkujących dzikie, niedostępne tereny Nantou. Wojownicy tego plemienia są łowcami głów, piją krew i zjadają serca upolowanej zwierzyny, zabijają z zemsty po to, by przywrócić kosmiczną równowagę. Wierzą, że dusze zabitych wrogów w zaświatach przechodzą na ich stronę, dlatego nie okazują litości nikomu, nawet dzieciom czy kobietom. Japończycy widzą w nich głupich, prymitywnych dzikusów, których należy na siłę ucywilizować. Przez 30 lat eksploatują ich jak niewolników, upokarzają, mordują.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną