Mocne polskie graffiti

Kolor na mur i beton
Okazuje się, że w sztuce malowania po murach Polacy mają szczególne zasługi historyczne, niestety, niedoceniane przez świat. Pozostaje więc lokalna świadomość narodowych sukcesów. Też przyjemna.
Słynny krasnal Pomarańczowej Alternatywy namalowany na warszawskim pl. Konstytucji.
Tomasz Sikorski/Archiwum Tomasza Sikorskiego

Słynny krasnal Pomarańczowej Alternatywy namalowany na warszawskim pl. Konstytucji.

Jeden z szablonów Towarzystwa Malarzy Pokojowych z lat 1988-90.
Archiwum WWW.3Fala.Art.PL

Jeden z szablonów Towarzystwa Malarzy Pokojowych z lat 1988-90.

Odmieniona sztuka szablonu - berlińskie dzieło Damiana Terleckiego (Czernobyla), 2009 r.
Archiwum Fundacji Sztuki Zewnętrznej

Odmieniona sztuka szablonu - berlińskie dzieło Damiana Terleckiego (Czernobyla), 2009 r.

Malowidło Szymona Urbańskiego „Rodząca”, 1987 r.
Tomasz Sikorski/Archiwum Tomasza Sikorskiego

Malowidło Szymona Urbańskiego „Rodząca”, 1987 r.

Rok temu ukazała się obszerna publikacja „Polski street art”, dokumentująca bogactwo współczesnej polskiej sztuki ulicy. Sprzedała się tak szybko, że jej pomysłodawca, Fundacja Sztuki Zewnętrznej, postanowił iść za ciosem. I oto trafił do księgarń nowy album Tomasza Sikorskiego i Marcina Rutkiewicza „Graffiti w Polsce 1940–2010” (wydawnictwo carta blanca). O tyle ciekawszy, że nieograniczający się do ostatnich dwóch dekad, lecz przypominający, iż bieganie z pędzlem po ulicach ma u nas dużo większą tradycję, niżby się mogło wydawać.

Albumowa historia graffiti zaczyna się w 1940 r. Oczywiście można by sięgnąć głębiej w przeszłość. Wszak zachowały się historyczne przekazy świadczące, że już od czasów powstania listopadowego Polacy ochoczo, szczególnie w Warszawie, zamieszczali na murach napisy o treści politycznej, obrażające, wykpiwające czy ośmieszające rosyjskiego zaborcę. Owe zazwyczaj spontaniczne działania nasilały się w momentach przełomów – kolejnych narodowych powstań, rewolucji 1905 r. czy w okresie I wojny światowej.

Dlaczego więc cezurę czasową ustawiono na II wojnie światowej? Po pierwsze, z tego okresu pochodzą najstarsze, zachowane do dziś, świadectwa politycznego graffiti. Zazwyczaj na zdjęciach, ale – w nielicznych przypadkach – także na ścianach. Odrestaurowane i osłonięte szybami, są dziś świadectwem czasu, nie mniej hołubionym niż inne pamiątki czasów wojny. Po drugie, to właśnie wówczas, po raz pierwszy w historii, malowanie po murach stało się jednym z narzędzi zorganizowanej akcji przeciw okupantom. I to jak zorganizowanej! Na przykład między 20 marca a 3 kwietnia 1942 r. znak Polski Walczącej malowało na murach stolicy codziennie 400 osób.

Po trzecie wreszcie, w czasach okupacji powstał ikoniczny znak Polski Walczącej, który przez kolejne 40 lat żył na murach polskich domów – prościutkie, acz najsłynniejsze graffiti w historii kraju. A i dziś – w różnych wariacjach – to znak anektowany raz po raz na potrzeby różnych grup.

Miejska legenda

Wraz z umacnianiem się socjalistycznej władzy zanikało wszelkie malowanie po murach – także artystyczne. Książka przytacza zaledwie kilka przykładów niekoncesjonowanego, artystycznego potraktowania murów i chodników w latach 1945–80. Jeden z nich zasługuje jednak na szczególną uwagę. W 1970 r. 18-letni wówczas Włodzimierz Fruczek wykonuje cykl rysunków na murach w rejonie warszawskich ulic: Żelaznej, Grzybowskiej, Waliców. Dzielnica jest zapuszczona, pełna ruin i przestępczych melin, a między nimi wyrastają nagle, szkicowo zarysowane, białą lub czarną farbą, sylwetki ludzkie. Różne: nieruchomo stojące, trzymające się za ręce, samotne, upadające, wyciągające dłonie ku słońcu.

Anonimowe postaci szybko stały się elementem miejskiej legendy, m.in. o Żydzie, któremu w okupację wymordowano całą rodzinę, a on wrócił do Polski i w miejscu tej kaźni malował owe postaci. I choć Fruczek wielkiej kariery malarskiej nie zrobił, to z jednego może być naprawdę dumny: znawcy tematu dość zgodnie przyznają mu nieoficjalny tytuł pierwszego polskiego artystycznego grafficiarza.

Generalnie nie było więc w PRL spontanicznej i nielegalnej twórczości na murach. Za to mieliśmy zorganizowaną i jak najbardziej oficjalną działalność naścienną. Po wojnie pozostało w kraju mnóstwo ogromnych pustych ścian budynków. I tam trafiły socjalistyczne reklamy: dużych państwowych zakładów pracy i niektórych towarów, hasła ideologiczne i akcje społeczne. Bez szaleństw, pod czujnym okiem władzy. Dziś (tam gdzie się zachowały) wywołują raczej rozbawienie anachronicznym przesłaniem, choć z warsztatowego punktu widzenia były to często projekty bardzo udane, o ciekawej typografii i nowoczesnych rozwiązaniach graficznych.

Po wybuchu stanu wojennego gwałtownie powróciło polityczne graffiti. Przeważały pospiesznie malowane i szybko zamalowywane przez stróżów porządku hasła typu: „Wrona skona” (czyli Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego; było to zarazem nawiązanie do niemieckiego orła z czasów II wojny światowej, również nazywanego wroną), „Precz z komuną”, „Solidarność”, „TVałsz”, „Zamiast liści wisieć będą komuniści” itp. Czasami dochodziła do tego nieskomplikowana grafika, głównie z szablonów: podobizna gen. Jaruzelskiego z odpowiednim komentarzem, czarne okulary, wrony itd.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną