Def Jam - hiphopowa wytwórnia płytowa

Skok w hip-hop
Działająca od ćwierć wieku Def Jam to ostatnia taka wytwórnia płytowa: z gwiazdami, legendą, wielkimi pieniędzmi i wpływem społecznym na olbrzymią skalę.
Redman reprezentował drugie pokolenie gwiazd Def Jam już w latach 90.
Nina Schultz/materiały prasowe

Redman reprezentował drugie pokolenie gwiazd Def Jam już w latach 90.

Rick Rubin (siedzi pierwszy z prawej) i Russell Simmons (stoi pośrodku) z członkami Run-D.M.C i Aerosmith w studiu nagraniowym w Nowym Jorku, 1986 r.
Lloyd Nelson/materiały prasowe

Rick Rubin (siedzi pierwszy z prawej) i Russell Simmons (stoi pośrodku) z członkami Run-D.M.C i Aerosmith w studiu nagraniowym w Nowym Jorku, 1986 r.

Beastie Boys świętują na scenie ostatni koncert z Madonną (Madison Square Garden, 1985 r.) - pistolety są na wodę.
Ron Galella/materiały prasowe

Beastie Boys świętują na scenie ostatni koncert z Madonną (Madison Square Garden, 1985 r.) - pistolety są na wodę.

Pierwszy domorosły twórca hiphopowy zagrał w Nowym Jorku w połowie lat 70. na prywatce swojej siostry w bloku na Bronksie. Impreza była biletowana – zbierali w ten sposób pieniądze na ciuchy i książki na nowy rok szkolny. Całe to przedsięwzięcie przyniosło im 300 dol. I przez kilka kolejnych lat – mimo rosnącej popularności gatunku – nikt nie wpadł na pomysł, że można na tym gatunku zarobić więcej. Długo nie udawało się go nawet na dobre wyeksportować poza Bronx. Przyjmijmy, że w jego rozwoju impreza u rodzeństwa Campbellów to punkt A.

30 lat później, w październiku 2003 r., pierwsza dziesiątka listy „Billboardu” – po raz pierwszy w historii – składała się z utworów tylko czarnoskórych wykonawców. W większości hiphopowych. W większości również – dodajmy – kupowanych przez białą publiczność. W samej tylko Ameryce dawało to wtedy wytwórniom wydającym hip-hop przychód rzędu kilkunastu miliardów dolarów rocznie, co stanowiło 13 proc. całej sprzedaży nagrań. Oto punkt B w historii gatunku.

Co takiego się wydarzyło w okresie pomiędzy A i B? Powstała wytwórnia Def Jam.

Na początku przypominała bardziej wariant A. Założyli ją w skromnym pokoju w akademiku punkowiec żydowskiego pochodzenia Rick Rubin (lat 22) i afroamerykański student Russell Simmons (lat 26). Poznał ich aktor i reżyser Vincent Gallo. „Cel tej firmy to nauczenie ludzi, że muzyka ulicy ma sporą wartość” – napisał w oświadczeniu prasowym Simmons. „Celem było oddanie na płytach doświadczeń, które miałem, odwiedzając kluby hip-hopowe” – oznajmił z kolei Rubin.

Świętująca niedawno ćwierćwiecze (z tej okazji wydano imponujący album ze zdjęciami, zatytułowany po prostu „Def Jam Recordings”) wytwórnia zamieniła się w koncern wydawniczy i żadnego z założycieli już w niej nie ma, ale obaj zrealizowali swoje cele. Rubin jest najbardziej rozchwytywanym producentem na świecie i pracuje nad płytami mnóstwa artystów – od Slayera po Adele. A owa wartość, wzmiankowana przez Simmonsa, została wyceniona jeszcze w latach 90., wraz ze sprzedażą jego udziałów w firmie, na 100 mln dol.

Żydowsko-murzyński łącznik

„Oto największe twórcze połączenie w dziejach muzyki XX w. – napisał kiedyś publicysta i kronikarz hip-hopu David Toop. – Niezależne wytwórnie płytowe wydające Afroamerykanów, a kierowane przez Żydów”. Toop nie był gołosłowny – wymieniał kolejno firmę Savoy Records, znaną z nagrań Charliego Parkera i innych gwiazd jazzu, wydającą (poza country) wykonawców rhythm’n’bluesowych oficynę King, czy zasłużoną dla bluesa Chess Records, prowadzoną przez dwóch braci – polskich Żydów. A także Philles publikującą płyty Ike’a i Tiny Turnerów. Można by do jego listy dołożyć jeszcze Atlantic Records słynącą choćby z nagrań Raya Charlesa.

Z Def Jam było z grubsza podobnie, choć – to znak czasów – dwaj założyciele firmy wnieśli kapitał początkowy solidarnie – po 4 tys. dol. Know-how też wnieśli obaj. Rubin pracował w studiu, Simmons – w terenie, służąc wiedzą menedżera kilku hiphopowym wykonawcom i promując swego młodszego brata, rapera grupy Run-D.M.C., która zresztą – jak się okazało – zainteresowała całym gatunkiem Rubina.

Ten zespół okazał się od razu jednym z pierwszych sukcesów wytwórni, która szybko dostrzegła, że brylujący dotąd w całym gatunku didżeje (ci, którzy miksują płyty, tworzą podkłady) nie mają takiego potencjału jak raperzy (ci odpowiedzialni za warstwę wokalną hip-hopu). Run-D.M.C. zostali więc gwiazdami ze względu na charakterystyczny image (szybko wykorzystany przez firmę Adidas, która zatrudniła ich do reklamowania swoich wyrobów), minimalizm świetnie brzmiących nagrań, opartych na prostych rytmach z automatu perkusyjnego, ale przede wszystkim na to, że miała dwóch świetnych raperów na froncie i schowanego z tyłu akompaniatora.

To w barwach Def Jam debiutowali pierwsi wielcy raperzy-soliści – LL Cool J („charyzma młodego Muhammada Ali” – pisał o nim „New York Times”) i Slick Rick. LL Cool J wydanym dla firmy singlem spłacił od razu kapitał wniesiony przez założycieli – nagrane za 700 dol. „I Need a Beat” sprzedało się w 100 tys. sztuk.

Perfekcyjnie działał przez pierwsze lata czarno-biały sojusz twórców Def Jam. Gdy wychowani w tradycji czarnej muzyki Run-D.M.C. wykorzystali w pewnym momencie fragment rockowego utworu z płyty „Toys in the Attic”, nie mieli nawet pojęcia, że to tytuł, a nie nazwa zespołu. Bo też nazwa Aerosmith nic im nie mówiła. Dopiero Rick Rubin wytłumaczył, że to grupa bardzo popularna w latach 70., po czym zaprosił jej członków na wspólne nagranie piosenki „Walk This Way” w nowej wersji.

Mariaż gitar i hip-hopu okazał się sukcesem, a zawierający utwór album „Raising Hell” sprzedał się w nakładzie ponad 3 mln egzemplarzy, zdobywając tytuł pierwszej platynowej płyty w historii gatunku. Połączenie rockowej, białej estetyki z hip-hopem okazało się przepustką na listy przebojów.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną