Zaginiony Bard z Mielca: gdzie był, jak go nie było?

Cudowne odnalezienie Krzysztofa Krzaka
Krzak, poeta śpiewający, ale pijący, pojechał z Mielca do Madrytu na trzy miesiące zarobić na gitarę i nauczyć się grać flamenco, a 20 lat nie było od niego wiadomości; wszyscy myśleli, że już umarł.
Krzysztof podczas występu w sali kominkowej restauracji Melodia w Mielcu, koniec lat 80.
Materiały prywatne

Krzysztof podczas występu w sali kominkowej restauracji Melodia w Mielcu, koniec lat 80.

Bard w Madrycie w 2011 r.
Materiały prywatne

Bard w Madrycie w 2011 r.

Przyjaciele Krzysztofa Krzaka: Andrzej Szęszoł, Andrzej Ciach i Robert Kaczmarek. Po 20 latach dostali wiadomość, że Krzysztof żyje.
Stanisław Ciok/Polityka

Przyjaciele Krzysztofa Krzaka: Andrzej Szęszoł, Andrzej Ciach i Robert Kaczmarek. Po 20 latach dostali wiadomość, że Krzysztof żyje.

audio

Krzysztof Krzak - Bezpańska ballada o niczym

Krzysztof Krzak - Oda do niej

Krzysztof Krzak - W obronie własnej

Saksy, 1990

W 1990 r. Krzak pojechał zarobić na życie. Żona pracowała w mieleckim biurze turystycznym – załatwiła mu saksy w Hiszpanii. Zapisali się na domek z Drewbudu. On śpiewał poezję, ale z tego nie żył, chociaż bardzo chciał. Był mechanikiem na wydziale statecznika poziomego do radzieckiego samolotu Ił-86 w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego. Zbyt często prosili rodziców o pomoc, niehonorowo.

Krzysiek z przygnębienia znikał pić z ludźmi z miasta i spoza. Także z sukcesu pić, lirycznie. Bywało, że szukali go po Mielcu utytułowani koledzy poeci z propozycjami koncertów. A on, łeb niepokonany, sam jeden z prawdziwą piłkarską reprezentacją mierzył się wtedy w kilkudniowej symultanie wódczanej. Zawodnicy padali pod stół, wstawali pić dalej, a Krzysiek nie przerywał akompaniamentu. Ciągle przechylony między swoją wielkością a marnością. W lodówce pustością. To metoda twórcza, która się sprawdzała poetom do pewnego wieku. Potem żyłka pękała, ryby im tonęły.

Saksy – goła proza, rzecz należało upoetyzować. Krzysiek Krzak miał 27 lat. Andrzej Ciach, jego mentor, kompan i wspólnik w poezji – 10 lat więcej. Ciachnąć krzakiem – mówiło się w mieście i na festiwalach piosenki literackiej. Czyli Ciach słowa, Krzak nuty. Zdobywali Złote Sęki, Szczeble do Kariery, trofea na Piosence Studenckiej w Krakowie, Amatorskiej w Myśliborzu, na Debiutach opolskich. Krzyśka nagrywało radio i telewizja, dostał stypendium kompozytorów. Potem rajzowali po kraju taksówkami, wódka nad morzem, szampan w górach, same najlepsze hotele, a co! Byli wielcy w gronie.

Nocą, przed wyjazdem Krzaka, było pożegnanie u Ciacha. Poeci śpiewający pili, bo oto kolega jechał budować Hiszpanię. Kurważ, nawywijałem głupot, muszę sobie pozapierdalać fizycznie, mówił Krzak. Remedium, przyznawał Ciach, ja też od ciebie odpocznę. Wrócisz, zrobimy nowe pieśni.

Rano Krzysztof Krzak wsiadł do autobusu Mielec–Paryż. Przez zieloną granicę Hiszpania, Madryt. Szarak jechał się odkuć. Kac go dopadał ze smutkiem. Ale pan poeta wybierał się po głębszą puentę, po gitarę i flamenco. Żegnany przez przyjaciół, którzy będą pamiętać.

Flamenco, 2010

No kurważ, szczury łażą. Niuchają, czy już można jeść człowieka. Krzysiek wygląda spod szmat i kartonów. Ręce pianisty, same mu latają prestissimo (bardzo szybko). Nad głową, na estakadzie szum i trąbienie. Katalończycy się obudzili, jadą pracować. Był już ten stary? Wyprowadzał psa? Obok, na trawie, Iwan, Brazylijczyk. Ej, był? Iwan kręci głową, że nie. Leżą na plecach, wpatrzeni w estakadę. Szum narasta. Może on umarł w nocy i nie przyjdzie?, przeraża się Krzysiek. Ale już pysk psa wystaje przez barierki wiaduktu. Stary człowiek, nieznajomy, puszcza papierowy samolocik. Iwan i Krzysiek zrywają się łapać. W samolociku, jak codziennie, banknot 5 euro. Jedna butelka berbeluchy z supermarketu, a drugą się schowa za pazuchę, patrząc wyzywająco w oczy ochroniarzowi. To też są ludzie i rozumieją wolę życia. Lato 2010 r., słońce wschodzi nad blokami Barcelony.

Cantabile, 1980

W 1980 r. Andrzej Ciach, poeta, poszedł na występ grupy Cantabile w domu kultury w Mielcu. Na scenie kilku chłopaków z technikum mechanicznego. Frontman, taki szczypior, gitarzysta, puch pod nosem. Patrzył butnie na salę. Od jego najpierwszego akordu zapadła cisza wśród publiki. Paru smyków grało polskie pieśni, zero pokory, wspomina Ciach, wiatr wykurwisty poszedł po sali. Ten główny, Krzysio, to był mistrz klimatu. Mówił, że zakochany jest w gitarze. To znaczy oczywiście najpierw w żonie, później w gitarze. Tylko tekstów własnych nie miał, bo co można przeżyć w wieku 17 lat? To ja ci napiszę, obiecał Ciach.

Tej nocy bania się otworzyła – to musiało być między mną a Bogiem, mówił Ciach. Jedna noc, 3 paczki fajek, 10 dobrych wierszy o życiu. Maleńkie mieszkanie, żona i dwoje dzieci, spali, a Andrzej pytał w trudzie pisania, który tym razem okazał się błogi: Boże, szefie, o co chodzi, że tak mi przypakowało do łba? Rano telefon do Krzaka, żeby wpadał. Był natychmiast, nic nie pytał, wziął słowa i musiał pójść z Bogiem. Bo następnego dnia już dzwonił, że ma nuty gotowe.

Krzysztof Krzak zagrał i zaśpiewał wszystkie 10 pieśni, wszystkie trafione. Andrzej się rozpłakał. Ten mały mechanik samolotowy miał żyłkę – Boże, za to trzeba było wypić.

Skup i sprzedaż złomu, 2011

Krzysiek był duży i silny, ale w środku jednak dziecko, mówi Andrzej Ciach. Psychika gołąbka, uzupełnia Andrzej Szęszoł, przyszedł sukces, sodówa uderzyła i Krzysiek popłynął trochę. Ale jak grał, to ciary szły po plecach.

W 2011 r. przyjaciele Krzysztofa Krzaka spotykają się w biurze firmy złomiarskiej w Mielcu. Firma należy do Andrzeja Szęszoła – poety, pieśniarza, kompozytora. Jest jeszcze Robert Kaczmarek – menedżer mieleckich poetów. Mówi się od lat: Mieleckie Zagłębie Piosenki, tyle stąd talentów płynie w Polskę zwyciężać festiwale piosenki literackiej, studenckiej i aktorskopochodnej. Krzak się nad nimi unosi, inni grają jego i Ciacha pieśni, ciachają krzakiem. Ale mija 21 lat, od kiedy zniknął z miasta i świata, młodzi zastanawiają się, jak Krzychu sam by zagrał siebie.

Lata 80. spłynęły dla poetów wódką. Gdzie się człowiek ruszył śpiewać, setka była jak uścisk ręki, a litr jak cała rozmowa. Zwłaszcza w małych ośrodkach kultury witały spragnione serca. W grę wchodziły szklanki i wiadra, nie naparstki, bo po męsku.

W 1992 r. Andrzej Ciach pojechał na saksy do Paryża, spali z czterema kolegami w aucie, które ktoś obrobił – oprócz żebraczego dobytku gastarbeiterów ukradł nagrania pieśni Krzysztofa Krzaka w wersji kanonicznej. Nie było już ani człowieka, ani dźwięku po nim.

Matka Krzyśka ciągle ma pretensje do Andrzeja Ciacha, że nauczył go pić. Chociaż trzeba powiedzieć, że on już wcześniej umiał pić, mówi Ciach w biurze złomowiska. Ale zintensyfikował, dopowiada Szęszoł. I dodaje mocnym pieśniarskim głosem: nie mogę uwierzyć, że człowiek tak wrażliwy jebnął drzwiami, wyrzucił kluczyk, zostawił rodzinę i przyjaciół!

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną