Kultura

I zamarł śmiech...

Przedwojenni stand up komedianci

Leon Wyrwicz nie dbał o styl, literacką polszczyznę zastępował często gwarą, mową przedmieść. Leon Wyrwicz nie dbał o styl, literacką polszczyznę zastępował często gwarą, mową przedmieść. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Dużą popularnością cieszą się obecnie satyrycy rozbawiający publiczność „na stojaka”, czyli stand up komedianci. Warto zatem przypomnieć, iż w tej trudnej branży mieliśmy kiedyś osobowości i talenty na miarę gwiazd z obcego nieba.
Jako monologista Leo Fuks stronił od łatwizny szmoncesu. Starał się skupić bardziej na zapętleniach psychiki swoich bohaterów niż na językowych śmiesznostkach.Narodowe Archiwum Cyfrowe Jako monologista Leo Fuks stronił od łatwizny szmoncesu. Starał się skupić bardziej na zapętleniach psychiki swoich bohaterów niż na językowych śmiesznostkach.

Gwarantem nadkompletu na widowni, wszystko jedno, w jakim mieście czy miasteczku, był Leon Wyrwicz. Urodzony w 1883 r. w kolejarskiej rodzinie Haraschinów, mieszkańców Galicji. Wyrwicz to pseudonim, aluzja do siły fizycznej ­Leonka, mistrza zapasów i cyrkowych popisów, zanim zdecydował się na karierę artystyczną – monologowanie, komentarze do rzeczywistości. Nie korzystał z tekstów innych autorów. Sam pisał swoje opowieści. Pisał, przesada – układał je zdanie po zdaniu podczas przechadzek po Plantach. Zostawiał wolne miejsca na improwizację, dodanie aktualnego żartu bądź zasłyszanego zwrotu.

Dopiero w Polsce Ludowej cenzura wymusiła na nim zapis monologów w obawie, że coś palnie i będą kłopoty. To był warunek zgody na występy. Kompletnie dla niego niezrozumiały, gdyż starał się, by każdy jego występ był inny, zależny od publiczności. A zdarzało mu się występować w remizach strażackich, tancbudach, kinoteatrach, a nawet w seminariach duchownych i klasztorach żeńskich, ku radości siostrzyczek. Dodajmy do tej listy wszechobecności wieczór w Zielonym Baloniku w 1915 r., prowadzenie zajęć na prośbę Osterwy w sławnej Reducie w latach 30. i przedłużone o kilka tygodni spotkania z fanami w wiedeńskim kabarecie Zum Post, gdzie oczywiście monologował w języku gospodarzy.

A tam się pali jak cholera

Na czym polegał dar Wyrwicza trafiania do każdej publiczności? Jednym mrugnięciem, ruchem warg, zmianą barwy głosu przywoływał swoich bohaterów – kolejarzy, wojskowych, uciekinierów z linii frontu, c.k. biurokratów, cwaniaków, skłopotanych straganiarzy. Stał nieruchomo, rzadko pozwalając sobie na gestykulację, lecz słuchaczom wydawało się, że stworzone przez niego postacie są obecne na scenie.

Oto zjawia się komendant straży pożarnej. „Podchodzi do mnie i pyta, gdzie się pali? Ja mówię: tu się pali jak cholera! A on się jeszcze raz pyta: gdzie się pali? Łuna jak cholera nad całym miastem, a on się pyta, gdzie się pali? To ja mówię, tu się pali! Tu się pali jak cholera! To dopiero wtedy on mówi: lo-ka-li-zo-wać…”.

Wyrwicz nie dbał o styl, literacką polszczyznę zastępował często gwarą, mową przedmieść. Jego obserwacje pokrywały się z obserwacjami tych, co zmagali się z codziennością. Grał na przykład lekarza Kasy Chorych, oglądającego pacjentów wyłącznie przez lornetkę, wypisującego bez badania każdemu receptę na ziółka i aspirynę. Równie aktualnie brzmi opowieść Leonka o podróży koleją. Monologista jest jednocześnie pasażerem i konduktorem. „Ja mówię, panie konduktorze, nie wie pan, kiedy pojedziemy? – Cholera wi, kiedy pojedziemy. Ja mówię: dziękuję panu bardzo. Dobre pan informacje daje, człowiek wi, czego się trzymać…”.

Ostentacyjnie staroświecki (dystans do współczesności wzmagał ostrość jej widzenia) Wyrwicz doceniał potęgę reklamy w show-biznesie. Zgodził się więc, by wódkę nazwano wyrwiczówką, bibułki do skręcania papierosów zdobiła jego podobizna, krakowski krawiec oferował kołnierze ŕ la Wyrwicz, firma produkująca słodycze zachwalała cukierki i czekoladki nazwane jego imieniem. Pieniądze za reklamy pozwalały stand up komediantowi na profesjonalne przygotowanie tras koncertowych – wynajem sal, druk afiszy, karty z autografami, karykatury i portreciki. Niebanalny życiorys, komplementy, jakich doczekał się od Józefa Piłsudskiego, zero artystycznego bałaganu...

No i co? Ani śladu po Wyr­wiczu. Upominał się o niego Kazimierz Rudzki, wspominał o nim Juliusz Kydryński, usiłował naśladować jego technikę Jerzy Ofierski. Historyk teatru Jan Ciechowicz dotarł do materiałów z rodzinnego archiwum artysty, diagnozując trafnie: „To Wyr­wicz wprowadził teatr jednoosobowy w obszar ­kultury masowej”. W marcowy dzień 1951 r., poszarzały jak świat bez niego, żegnały monologistę nie żałobne mowy, lecz odegrany przez strażaka Hejnał Mariacki. Może nam się przypomni, wróci żartem, powiedzonkiem, ponadczasową obserwacją natury ludzkiej.

To nie był fuks

Czy zdarzyło się tak, że wywodzący się z Polski stand up komediant przebił się ze swoją sztuką do publiczności z trzech obszarów językowych? To przypadek Leo Fuksa (1911–94). Urodził się we Lwowie. Rodzice, aktorzy teatru Gimpla, stale w rozjazdach, stale w podróży, wcześnie wprowadzili go na scenę i za kulisy. Pierwszym językiem, którym Fuks kontaktował się z publicznością, był jidysz. Literatura, na jakiej się wychował, to Szolem Alejchem, Wolf Younin, Lejb Perec, autorzy fars i komedyjek, oklaskiwanych w Brodach, Łucku, Stanisławowie. Ambitniejsze były teksty kabaretów, zapowiedź późniejszych programów Azazela i Araratu, klasyki żydowskiej estrady.

Obcowaniu z ludowym dowcipem zawdzięczał Leo Fuks swą odrębność: komik w jego wydaniu nie był nigdy triumfujący i zwycięski. Dopiero przegrany, przyparty do muru przez okoliczności, śmieszył, zyskiwał kredyt u widzów – współczując biedakowi współczuli sobie. I oddychali z ulgą, kiedy pechowcowi coś nareszcie się udało. „Cebula – monologował Fuks – sprawia, że przy jej obieraniu płaczemy. Nie ma jednak warzywa czy rośliny wywołującej śmiech. O śmiech musimy zadbać już sami…”.

No i rzeczywiście dbał o to, posługując się trikami nigdy dotąd nieoglądanymi: grał wirtuozowsko na skrzypcach trzymanych za plecami, wykorzystywał sprawność ciała, rozciągając je, jakby było z gumy. Pojawiał się na scenie jako niziołek, by po chwili stać się wielkoludem stawiającym siedmiomilowe kroki. Robiąc tzw. luft pauzę na brawa, wyjaśniał, na czym zasadza się sekret komizmu: „humorysta czuje się źle i jest mu z tym dobrze”.

 

Kogoś takiego jak Fuks niepodobna było przegapić. Wypatrzyli go warszawscy macherzy od szołbiz. Przeczuwając, jaką będzie atrakcją dla bywalców kabaretów. Zaproponowali Fuksowi przenosiny do stolicy, granie po polsku. Trochę już znudzony powtarzalnością ról, epizodów i solistycznych popisów Leo przyjął wyzwanie. Zaczął od występów w Ananasie, skąd szybko trafił do najgłośniejszego kabaretu – Qui Pro Quo w Galerii Luksemburga. Na przeprowadzce zyskał autorów: Hemara, Toma, Tuwima. Zrozumiał także, iż pora na poszerzenie repertuaru o parodie.

Nikt tak jak on nie parodiował Chaplina, by za chwilę łkać w miłosnej canzonie jako Hanka Ordonówna. Dla swojej dawnej publiczności przygotowywał montaże żydowskich piosenek, wciągając do zabawy asymilantów, niechętnie wracających do swoich korzeni. Ale z Fuksem śpiewali przekrzykując się: „Kiedy rebe śpi, to z nim śpią chasydzi”.

Jako monologista Fuks stronił od łatwizny szmoncesu. Starał się skupić bardziej na zapętleniach psychiki swoich bohaterów niż na językowych śmiesznostkach. Dowodem wersja „Małego żigolo”, napisana dla niego specjalnie przez Hemara, bliższa dramatowi niż dancingowej komedii. Biedny chłopak tańczy z ukochaną za pieniądze jej rodziców, tylko tyle mu wolno.

„Tańczy w Picadilly – raz dwa trzy.
Co ma robić. Co – w domu kiepsko szło,
Więc go namówili – raz dwa trzy”.

Co można zrobić w Ameryce

Świetne recenzje, wysokie honoraria za występy, uliczna popularność… Ponaglany przez rodziców i źle znoszący klimaty endeckie Leo Fuks zaczął myśleć o kolejnym wyzwaniu, wyjeździe do Ameryki. W monologu tak prorokował swoją przyszłość: „Ameryka, czy to jest kraj dla mnie? Demokracja i demokracja, a ja przywykłem do dyktatury. Ja jestem 20 lat po ślubie. Co można zrobić w Ameryce, kiedy się nie ma dolarów? Wiadomo co: długi…”.

Kiedy jednak nadarzyła się okazja, w 1935 r. wyjechał. Grał (znowu w jidysz) w teatrach na II Alei. Było w czym wybierać: teatrów było aż 12, przyciągały każdego wieczoru 20 tys. widzów. Sprawdzone numery – gra na skrzypcach, człowiek guma, parodie, piosenki wzbudziły zachwyt. Gratulował mu występów Bashevis Singer, zgłosił się z kontraktem Maurycy Schwartz, dyrektor teatru, impresario, tłumacz Szekspira, o czym przypominał z właściwą sobie skromnością na afiszach: „Król Lear – sztuka ­Szekspira poprawiona przez M. Schwartza”.

Spełniły się marzenia: lwowianin Leo znalazł gwiazdorskie miejsce na II Alei. Jeszcze przed jej upadkiem w latach 50., likwidacją scen i nadscenek grających w jidysz, Fuks próbował swoich sił w teatrach i kabaretach anglojęzycznych. Wielość jego dokonań – płyty, filmy, później seriale telewizyjne, gościnne występy w Londynie, wykłady na kursach dla przyszłych aktorów – zdokumentowała Mariola Szydłowska w zbiorze szkiców „Między Broadwayem a Hollywood”, przekopując się przez sterty recenzji, pochwalnych wzmianek, wspomnień przyjaciół.

Ostatnią rolą Fuksa, mieszkającego w Kalifornii w sąsiedztwie swego ucznia Waltera Matthau, był Tewje Mleczarz. Zamknięcie kariery powrotem do źródeł nie zaskakuje. Przeszłość wracała do niego żartami i kalamburami, refrenami szlagierów, głosami z drugiego brzegu lat. O Polsce nigdy nie zapomniał. W końcówce życia spisał dla gości z Warszawy teksty piosenek śpiewanych w Qui Pro Quo: „Czemu ja nie jestem taki bogaty”, „Skąd się bierze ten żal”, „Żigolo” i jeden z wielkich przebojów Hemara – „Jesień”:

„Szepcze liść już czas mi iść,
Pardon – i strąca go rdza.
Jesień kazała – Aha…”.

Ten stand up komediant robił miejsce dla swoich następców, chociaż oni nigdy o nim nie słyszeli. Tak już jest: ludzi śmiechu, nawet tych ze szczytów ­popularności, najszybciej się za­pomina.

Polityka 02.2011 (2841) z dnia 11.01.2012; Kultura; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "I zamarł śmiech..."
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Zapomniana historia Mietka Kosza

Film Macieja Pieprzycy „Ikar. Legenda Mietka Kosza” z brawurową rolą Dawida Ogrodnika przypomina wielką postać tytułowego niewidomego pianisty. To powód, by raz jeszcze zastanowić się nad wciąż nośnym mitem artysty straceńca.

Mirosław Pęczak
19.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną