Rozmowa z Benem Kingsleyem

Aktorstwo to zwykła praca
Pamiętam, jak po studiach aktorskich jeden z ważnych profesorów powiedział mi, że powinienem grać wyłącznie służących. Gdybym się z nim zgodził, pewnie bym w życiu niewiele osiągnął - mówi Ben Kingsley.
„Melies, pionier kina niemego, w przeciwieństwie do braci Lumière, zafascynowany był magią. Dopiero w wieku 34 lat obejrzał pierwszy film”.
GK FILMS

„Melies, pionier kina niemego, w przeciwieństwie do braci Lumière, zafascynowany był magią. Dopiero w wieku 34 lat obejrzał pierwszy film”.

Ben Kingsley w 1983 r. otrzymał Oscara za rolę Gandhiego w epickim widowisku Richarda Attenborough.
materiały prasowe

Ben Kingsley w 1983 r. otrzymał Oscara za rolę Gandhiego w epickim widowisku Richarda Attenborough.

Janusz Wróblewski: – Znał pan wcześniej historię Georges’a Mélièsa?
Ben Kingsley: – Nie, dowiedziałem się o niej z czarno-białej książki graficznej Briana Selznika, na podstawie której powstał scenariusz „Hugo i jego wynalazek”. Bardzo mnie poruszyła.

Co konkretnie?
Nieszczęście, pech, a może siła i pasja, sam nie wiem, jak to nazwać. Méliès, pionier kina niemego, w przeciwieństwie do braci Lumière, zafascynowany był magią. Dopiero w wieku 34 lat obejrzał pierwszy film. Z miłości do ruchomych obrazów sprzedał swój teatr i fabrykę butów odziedziczoną po ojcu. Cały rodzinny majątek zainwestował w niedużą wytwórnię filmową. Zbudował ją z ogromnej liczby szyb i luster, służących mu do robienia tricków. Teleportacje, przepoławianie ludzkich ciał, lewitacje – takie rzeczy go interesowały. Przed I wojną światową nakręcił ponad 500 filmów, a potem wszystko stracił. Dekoracje i kostiumy spłonęły. Celuloidowe rolki z taśmą zaginęły albo przerobiono je na chemikalia. O reżyserze-cudotwórcy widownia szybko zapomniała. Żeby się utrzymać, przez 16 lat siedem dni w tygodniu sprzedawał na dworcu Montparnasse zabawki dla dzieci.

To prawda, że zrobienie 14-minutowej „Podróży na Księżyc” zajęło Mélièsowi tylko kilka dni?
On w ciągu tygodnia produkował średnio trzy filmy. Czyste szaleństwo! Był geniuszem opętanym na punkcie kinematografu. Jako jeden z pierwszych eksperymentował z techniką nakładanych i zwolnionych zdjęć, wymyślił poklatkową fotografię, wpadł na pomysł ręcznego malowania kadrów. Wszyscy klasycy kina science fiction korzystali potem z jego odkryć, od Horryhausena po Spielberga, Lucasa i Jamesa Camerona. Ale odkryli go na nowo i przywrócili zbiorowej pamięci francuscy surrealiści, zachwyceni jego naiwnymi, sennymi wizjami.

Przygotowując się do roli Mélièsa, korzystał pan z jakichś nieznanych, dodatkowych źródeł?
Przesiedziałem w paryskiej filmotece sporo godzin, zapoznając się z dorobkiem wspaniałego artysty. Zbiór odrestaurowanych cyfrowo filmów podarował mi Scorsese. Jednak niewiele to dało. Nie dowiedziałem się, jakim był człowiekiem. Kiedy obserwowałem pracę innego geniusza, nagle mnie olśniło. Mój Méliès będzie Martinem Scorsese! Podziwiałem jego kreatywność, bezgraniczne oddanie pracy, wielką radość, jaką czerpie z filmowania. Ta sama energia musiała napędzać sztukmistrza Mélièsa.

Jak zareagował Scorsese na ten pomysł?
Roześmiał się, ale dostrzegł w tym coś więcej niż zwykły dowcip i moją wygodę. On żyje kinem. To jego świat, który zna lepiej od niejednego erudyty. Prowadzi fundację zajmującą się ratowaniem starych taśm. W historii Mélièsa, pochłoniętego pasją wynajdowania coraz to bardziej szalonych i niemożliwych do opowiedzenia przygód, zobaczył siebie.

Po „Wyspie tajemnic” to pańskie drugie spotkanie z Martinem Scorsese. Tym razem w 3D. Czy ta technologia zmienia coś w sposobie przygotowań i pracy aktora?
Przy 3D trzeba się liczyć z obecnością dodatkowych kamer. Trudno wyczuć, co i w którym dokładnie momencie jest rejestrowane. Zwłaszcza przy takich produkcjach jak ta, gdzie nie chodzi o mnożenie efektów specjalnych, które brak subtelności psychologicznych przykryją wybuchami i operatorskimi sztuczkami. Scorsese posłużył się nową techniką w celach artystycznych. Stosował zbliżenia, najazdy w kameralnych scenach, wymagających od aktorów szczególnej wrażliwości i skupienia. Na przykład w rozmowach Mélièsa z małym chłopcem – bez ciągłej uwagi, precyzji oraz głębszej empatii nie udałoby się osiągnąć właściwego efektu w 3D.

Mówi się, że praca z dziećmi na planie należy do najtrudniejszych zadań aktorskich…
Kto mówi? Jacy oni to powtarzają? Nie zgadzam się na powtarzanie takich bzdur. Uwielbiam występować z dziećmi. Nie tylko ja, ale każdy rozsądnie myślący aktor, bez względu na styl i technikę gry, potwierdzi, że prostota, jasność intencji płynąca prosto z ich serca jest darem, ułatwia i pomaga grać.

Powiedział pan, że „Hugo” jest filmem nietypowym. Ciekawi mnie, co odpowiadał reżyser pytany, jaki to gatunek?
Że to jego film autorski. Nie kino dla dzieci ani film familijny czy przygodowy. „Hugo” jest dla wszystkich. Szufladki są zbędne.

Zarazem jest to strasznie smutny film, w którym każdy z bohaterów coś stracił i czuje się nieszczęśliwy.
Mélièsowi odebrano przeszłość, cały jego ukochany świat. Jego żona cierpi, bo nie jest już gwiazdą filmową. Hugo stracił rodziców, dlatego uważa, że szczęśliwe zakończenia zdarzają się tylko w kinie. Przyszywana córka Mélièsa też jest samotna, bez bliskich. Robotowi, mechanicznemu człowiekowi, brakuje najważniejszej części – żelaznego serca. Nawet czarny charakter – inspektor kolejowy, grany przez Sachę Barona Cohena, niesie w sobie smutek i tragizm.

Każdą wolną chwilę mały Hugo przesiaduje w kinie. Na końcu sam staje się częścią filmowego biznesu. Pan też marzył o zostaniu filmowcem w jego wieku?
Chyba nawet wcześniej. Stało się to pod wpływem dramatu „Peppino i Violetta” z 1953 r., wyprodukowanego przez Anthony’ego Havelock-Allana we Włoszech. Film opowiadał o sierocie, którego jedynym przyjacielem był osiołek wykorzystywany do wszystkiego. M.in. jako środek transportu przez mieszkańców bombardowanej przez aliantów wioski. Osiołek został zamęczony, prawie umierał i tylko chłopiec walczył o jego życie. Potwornie rozpaczając, bardzo się z nim identyfikowałem. To był film o odkupieniu. Wcale nie dla dzieci, jak „Oliver Twist” nie jest książką dla najmłodszych. Właściciel kina widząc, co się ze mną dzieje, ucharakteryzował mnie na bohatera, wypchnął przed gapiów przy kasach i krzyknął: „To jest mały Peppino, to jest mały Peppino”.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną