Rabat na prenumeratę cyfrową Polityki

kup taniej do 50%

Subskrybuj
Kultura

Przeszłość mistrzów przyszłości

Dwaj kultowi amerykańscy pisarze s-f

Fascynująca, fantastycznie (nomen omen) złożona historia pod tytułem Kurt Vonnegut Jr. wciąż jeszcze się pisze. Fascynująca, fantastycznie (nomen omen) złożona historia pod tytułem Kurt Vonnegut Jr. wciąż jeszcze się pisze. Miserlou Behind The Aperture / Flickr CC by SA
Za oceanem ukazały się właśnie biografie Raya Bradbury’ego i Kurta Vonneguta Jr. Jedną z nich czytać można tylko na własne ryzyko. Drugą – obowiązkowo.
Ray Bradbury. Z najnowszej biografii wyłania się obraz pisarza o wielkim ego, obsesyjnie dążącego do doskonałości.Mark Savage/Corbis Ray Bradbury. Z najnowszej biografii wyłania się obraz pisarza o wielkim ego, obsesyjnie dążącego do doskonałości.
Kurt Vonnegut. Stał się wytworem własnej fikcji literackiej, zginął w sposób typowy dla swoich bohaterów.WpN/Photoshot/PAP Kurt Vonnegut. Stał się wytworem własnej fikcji literackiej, zginął w sposób typowy dla swoich bohaterów.

Dwóch pionierów, a właściwie guru literatury fantastyczno-naukowej, Ray Bradbury i Kurt Vonnegut Jr. doczekało się – nareszcie! – porządnych biografii.

Choć może nie wypada mówić tego o żyjącym pisarzu, dotychczas wydane biografie Raya Bradbury’ego budują obraz tyleż bogaty w szczegóły, co nudny. Jeśli dawać im wiarę, autor niezliczonych, rewolucjonizujących gatunek opowiadań, zebranych m.in. w tomach „K jak kosmos”, „Kroniki marsjańskie” i „Człowiek ilustrowany”, autor słynnej dystopijnej powieści „Fahrenheit 451”, prowadził życie, które biograf opisać może tylko z akademickiego obowiązku.

Bradbury urodził się w 1920 r., w niewielkim wówczas miasteczku Waukegan. Ponieważ młodszy brat zmarł przed narodzinami Raya, nad nowym dzieckiem roztoczono opiekę nad wyraz troskliwą. Karmiono go z butelki do wieku lat sześciu, a łyżeczką jeszcze kiedy był nastolatkiem. Mimo Wielkiego Kryzysu, na który przypadł czas jego dorastania, był dzieckiem pulchnym, kochanym i szczęśliwym. Uwielbiał kino, komiksy, fantastyczne opowieści Edgara Allana Poego, Lewisa Carrolla, Edgara Rice Burroughsa, Franka Bauma i Verne’a. Spędzał całe dnie w lokalnych bibliotekach, które odegrały rolę szkół, na które nie było stać rodziców.

Nieprzesadnie interesował się polityką. Nie jeździł po świecie. Do dziś nie ma prawa jazdy. Do 62 roku życia nie latał samolotami. Boi się komputerów i „innych Internetów”. Ożenił się szybko (ze zmarłą parę lat temu Marguerite McClure) i został uwielbianym ojcem czterech córek. Nie licząc dość niezdarnego epizodu zdrady i późnego, umiarkowanie poważnego kryzysu, małżeństwo Bradbury’ego było udane – i jedyne.

Pisał, bywał, ostrzegał

Już będąc młodzieńcem postanowił, że zostanie „najwybitniejszym pisarzem, jaki kiedykolwiek żył na świecie”, do czego uparcie dążył, pisząc co najmniej jedno opowiadanie tygodniowo. Metodycznie poszerzał swoją znajomość literatury, poezji, a także znajomość synonimów i antonimów. Publikował początkowo w magazynach dla młodzieży, powoli wychodząc z getta pulp fiction. Sukcesywnie poszerzał grono wpływowych w świecie literatury i filmu znajomych, spędzając niezliczone wieczory na rautach, zjazdach, konferencjach, kolacjach i rozmowach, socjalizując się niezwykle intensywnie. I dopiął swego. Tak spektakularnie, że Arthur C. Clarke powiedział o nim potem: „Myślę, że Ray jest jednym z najważniejszych amerykańskich pisarzy XX w., bo jego książki poszerzyły horyzonty milionów ludzi, którzy nie zdawali sobie wcześniej sprawy z tego, że Wszechświat to coś więcej niż jedna mała planeta krążąca wokół drugorzędnej gwiazdy”. Popłakał się, kiedy Neil Armstrong stanął na Księżycu, bo to człowiek wrażliwy i ze wszech miar porządny (np. bronił kolegów gnębionych przez McCarthy’ego).

Bradbury rozszerzył konwencję fantastyki naukowej. Technikę (rakiety itd.) wrzucił nawet nie na drugi, lecz na trzeci plan. Na pierwszym zaś budował zawsze kształtną, zmysłową metaforę. Bieżące problemy społeczne (rasizm, wyścig zbrojeń, konsumpcjonizm, totalitaryzm i inne izmy) przenosił na przykład na Marsa, gdzie wydawały się razić czytelników ostrzej niż na Ziemi. Bradbury nie przewidywał przyszłości. On przed nią ostrzegał.

W najnowszej biografii „Becoming Ray Bradbury” Jonathan Eller przedstawia go jako pisarza obsesyjnie wręcz dążącego do doskonałości, poddającego teksty niekończącym się poprawkom. To człowiek żądny miłości czytelników, szacunku krytyków, i dążący do celu w sposób wykoncypowany i dalece niepoetycki. „Już w wieku lat 12 chciałem być inny, inny od wszystkich. Tylko to twarde jądro, chęć odróżnienia się, oddziela, jak sądzę, prawdziwego artystę od kogoś, kto pisaniem po prostu zarabia na chleb”, opowiadał Bradbury, ujawniając jeszcze jedną cechę charakteru: wielkie ego... Doprawdy czasem lepiej nie czytać biografii ulubionych pisarzy.

Jak owady w bursztynie

Kurt Vonnegut był niemalże rówieśnikiem Bradbury’ego. Jego „Rzeźnia numer pięć, czyli Krucjata dziecięca, czyli Obowiązkowy taniec ze śmiercią” z 1969 r. narobiła podobnego zamieszania w systematyce gatunków literackich co „Fahrenheit 451”, powieść mówiąca o świecie przyszłości, w którym czytanie książek jest przestępstwem. Obaj pisarze zyskali wstępną popularność dzięki niezwykle poczytnym niegdyś fanzinom i magazynom literackim. Obaj mogli oddać się pracy twórczej, bo wiedzieli, że kochająca żona zadba o resztę rzeczywistości. Obaj gorąco wierzyli, że literatura powinna spełniać funkcję „kanarka w kopalni” (słowa Vonneguta) – ostrzegać przed konsekwencjami zbrojeń, wpływem odmóżdżających mediów, utopijnych ideologii.

Na tym kończą się podobieństwa. W przeciwieństwie do biografii Bradbury’ego, dzieje tak niejednoznacznej, pełnej wewnętrznych sprzeczności osoby, jaką był Vonnegut, można czytać bez znużenia – i tylko prosić o więcej. Charles J. Shields po raz pierwszy dogłębnie przebadał Vonnegutowe „losy gorsze od śmierci” i spisał je w książce „And So It Goes: Kurt Vonnegut: A Life”.

Kiedy Bradbury zdążył już zdobyć upragnioną sławę, Vonnegut wciąż pozostawał niedocenianym, sfrustrowanym autorem opowiadań oraz kilku świetnych, ale szerzej nieznanych i trudnych do sklasyfikowania powieści („Pianola”, „Syreny z Tytana”, „Matka noc”, „Kocia kołyska”). Potem miało się okazać, że wraz z innymi partyzantami literatury amerykańskiej, m.in. Thomasem Pynchonem, Johnem Barthem, Robertem Cooverem, Donaldem Bartheleme, dał w USA początek czemuś, co nazwano postmodernizmem. W połowie lat 60. stan posiadania 42-letniego Vonneguta przedstawiał się jednak następująco: 20-letnie małżeństwo, trójka własnych dzieci, czwórka przygarniętych po śmierci siostry Alice, zrujnowany dom, nieudany epizod w roli dilera samochodów, problem z alkoholem i ogólne poczucie przegranej. W przeciwieństwie do Bradbury’ego, miał też dość parszywe dzieciństwo oraz psychikę spapraną przez II wojnę światową.

Ojciec Vonneguta, ceniony architekt, nigdy w pełni nie zaakceptował, że junior bardziej niż chemią (którą zaczął studiować) zainteresowany był pisywaniem do gazet. Matka, Edith Lieber, była osobą chłodną i zdystansowaną wobec trójki swoich dzieci. „Nikt nigdy nie nauczył mnie niczego, jak jeździć na łyżwach czy jeździć na rowerze”, mówił potem Vonnegut, wychowany bardziej przez gosposię Idę Young niż własnych rodziców (choć nie do końca, bo wolnomyślicielski klimat w domu sprawił, że stosunek Vonneguta do Boga czy religii miał się okazać jednoznacznie sceptyczny).

Kurt senior i Edith nie zapoznali syna z kulturą niemieckich przodków, uznając, że lepiej utrzymać go „w stanie nieświadomości i braku korzeni”. Wydawało im się, mawiał Vonnegut, że dają tym samym „dowód własnego patriotyzmu”. Matka była uzależniona od luksusu, służby, przyjęć – i to do tego stopnia, że kiedy Wielki Kryzys wszystko to jej odebrał, popadła w obłęd, aż w końcu, kiedy Kurt miał 21 lat, popełniła samobójstwo. Powieściowe matki Vonneguta zwykle będą do niej podobne.

W 1943 r. Vonnegut zaciągnął się do piechoty, by wkrótce potem, podczas ofensywy w Ardenach, dostać się do niewoli (amerykańskie bagnety przeciw niemieckim czołgom). Przeżył tygodnie morderczego zimowego marszu od jednego przepełnionego obozu do następnego i trafił do Drezna – tuż przed alianckim nalotem w lutym 1945 r. Kiedy dzień po bombardowaniu Vonnegut wyszedł z rzeźni (gdzie wraz z innymi jeńcami znalazł schronienie) na powierzchnię, zastał tam ludzi żywcem ugotowanych w miejskich fontannach, tysiące Niemców zwęglonych na ulicach i uduszonych w piwnicach. Zadaniem jeńców było zebranie ciał i ich spalenie. Minęło ponad 20 lat, zanim Vonnegut znalazł sposób na opisanie tego delirium. Udało się to dopiero wtedy, gdy utwierdził się w przekonaniu, że w tej historii nie ma bohaterów – są tylko ofiary. Na przykładzie zabłąkanego w czasie Billy’ego Pilgrima przekonywał, że świat jest absurdalnie okrutny, deterministyczny, a my jesteśmy jak owady zatopione w bursztynie, tylko łudzące się posiadaniem wolnej woli.

Ratunek przed samotnością

Kiedy Vonnegut wrócił po wojnie do domu, ożenił się ze szkolną miłością Jane Marie Cox. Studiował antropologię. Odkrył, że kultura to tylko gadżet i jedynym ratunkiem przed samotnością jest dla człowieka rozszerzona rodzina – po czym zatrudnił się jako specjalista od public relations w działającej właśnie jak jedna wielka familia firmie General Electric. Osobowość Vonneguta, przedziwna konstrukcja złożona – jak pisze Shields – z „tęsknego humanizmu i cynicznego egzystencjalizmu” oraz wisielcze poczucie humoru nie zjednały mu jednak przyjaciół wśród kadry GE. Odszedł z firmy, żeby pisać. Rozwijał lakoniczny, czarująco-sarkastyczny styl, którego używał jako reporter.

Dom Kurta i Jenny był biedny, stary, artystycznie zaniedbany, zamieszkany przez dzieci, których liczba uniemożliwiała kontrolę czy równy podział uczuć – i nieco straszny, zdaniem dzieci sąsiadów. Jak wspominała Nanny, najmłodsza córka Vonneguta, to ojciec ze swoimi zmiennymi humorami nadawał domostwu mroczny ton. Wychodził ze swojego pokoju po kanapkę, wykrzykując przy okazji słowa tak dobrze znane dzieciom wszystkich pracujących w domu: „Zamknijcie się, do diabła!”.

„Rzeźnię numer pięć” napisał dopiero, gdy University of Iowa zaproponował mu posadę nauczyciela pisarskiego fachu. Z dala od rodziny znalazł właściwą formę dla wspomnień z Drezna – i przyjemność w nieskrępowanym konwenansami seksie z Lorą Lee Wilson, piękną i wrażliwą trzydziestolatką. Vonnegut odżył. Jego niesztampowe, skoncentrowane na praktycznych aspektach budowania wciągających historii, metody nauczania zyskiwały uznanie studentów. Nawet brak akademickiego wykształcenia Vonneguta w tej dziedzinie (słynne „A kto to jest Keats?”) okazał się atutem. Pacyfistyczna „Krucjata dziecięca” wyszła drukiem w marcu 1969 r., gdy wojska amerykańskie ponosiły w Wietnamie największe straty od roku. 10 tys. egzemplarzy książki rozeszło się błyskawicznie, a 57-letni Vonnegut stał się nagle duchowym przewodnikiem ludzi w wieku jego własnych dzieci.

Po co są ludzie

Paradoksalnie, pisarz stał się guru kontrkultury w istocie będąc częścią establishmentu. Najbliższe były mu idee dobrej, staromodnej (choć nie dewocyjnej) Ameryki z lat dzieciństwa. Ten lewicujący pacyfista inwestował w akcje Dow Chemical, producenta napalmu zrzucanego w delcie Mekongu. Drwiąc z konsumpcjonizmu, stał się akcjonariuszem funduszu stawiającego centra handlowe. Wierzył w wolną inicjatywę i kapitalizm, pod warunkiem, że nie wykorzystywały chrześcijańskiej ideologii do usprawiedliwiania dominacji bogatych nad biednymi. Vonnegut zyskał sławę i chętnie z niej korzystał, oddalając się jednocześnie od domu i żony, coraz więcej czasu poświęcając kolejnej kobiecie, fotograf Jill Krementz, z którą w końcu wziął ślub.

Pisarz pozwolił tej wyrachowanej, apodyktycznej, snobującej się na kontakty z nowojorskim hajlajfem heterze przejąć niemal całkowitą kontrolę nad życiem osobistym, kontaktami z dziećmi, a nawet nad przebiegiem kariery. Parokrotnie uciekał od Krementz, mówił o rozwodzie, by w końcu stać się obiektem postępującego ubezwłasnowolnienia. Szukając spokoju wyjeżdżał na wieś, gdzie jednak natychmiast niecierpliwił się brakiem czegoś, co mogło go wprowadzić w stan twórczej wściekłości. Wiódł życie solipsysty celebryty, pisze Shields, człowieka uwielbianego przez czytelników, ale obcego swoim dzieciom – żywot kapryśnego chłopca. Syn Mark tak pisał w jednym z listów do ojca: „Będąc dzieckiem, zawsze miałem wrażenie, jakbyś puszczał do mnie oko. Tak jakbyś musiał udawać, że jesteś dorosły”.

Po pięćdziesiątce Vonnegut zaczął się czuć tak, „jakby wspiął się na szczyt dachu i zaczął zjeżdżać po przeciwnej stronie”. Pisał – ale inaczej niż wcześniej. Począwszy od „Śniadania mistrzów” granica między bohaterami literackimi Vonneguta a nim samym zaczęła się zacierać. Wyeliminował dystans między nim samym a czytelnikiem, w konflikty powieściowych postaci wplatając wątki osobiste. Coraz częściej poruszał tematy polityczne. Późne powieści („Galapagos”, „Sinobrody”, „Hokus pokus” czy „Trzęsienie czasu”) zostały chłodno przyjęte przez krytyków – za (rzekomą) naiwność, brak artystycznej dbałości o formę, za prosty humor, za nadbagaż problematyki naukowej.

Vonnegut stawał się wytworem własnej fikcji literackiej. W „Rysiu snajperze” (1982) zanotował: „Wszyscy postrzegamy swoje życia jako historie. Jeśli komuś uda się przeżyć typowe 60 lub więcej lat, to najpewniej jego historia już się zakończyła, i wszystko, co zostało do doświadczenia, to epilog. Życie się jeszcze nie skończyło, ale historia już tak”. Na starość Vonnegut przestał w ogóle pisać, twierdząc, że powiedział już wszystko, co miał do powiedzenia. W końcu, w kwietniu 2007 r., zginął w sposób typowy dla swoich bohaterów – absurdalnie idiotyczny (upadając ze schodów na głowę). Zostały po nim książki, jedne z najbardziej przejmujących opisów ludzkiej kondycji we Wszechświecie, symbolizowanej przez pytanie z „Pianoli”: Po co są ludzie? Dobrze, że powstają biografie. Fascynująca, fantastycznie (nomen omen) złożona historia pod tytułem Kurt Vonnegut Jr. wciąż jeszcze się pisze.

Polityka 08.2012 (2847) z dnia 22.02.2012; Kultura; s. 73
Oryginalny tytuł tekstu: "Przeszłość mistrzów przyszłości"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Czarodziejskie mury Sokołowska. Ludzie przyjeżdżają tu i zostają. Łatwo wsiąknąć

Tutaj rozgrywała się akcja ostatniej powieści Olgi Tokarczuk „Empuzjon”. Empuzy, żeńskie zjawy, czasem krwiożercze, odegrały w niej istotną rolę. Ale to tylko literacka fantazja. W realu Sokołowsko zamieszkuje coraz więcej dobrych duchów. Ich główne zajęcie – przywracanie ducha uzdrowisku.

Joanna Podgórska
15.11.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną