Kultura

Od prawdy pionierskiej do prawdy prawdziwej

Aleksander Galicz - bard zapomniany

Poezja Okudżawy i Wysockiego jest może bardziej uniwersalna. To, co pisał Galicz, mocniej i bardziej bezpośrednio było związane z czasami, w których tworzył. Poezja Okudżawy i Wysockiego jest może bardziej uniwersalna. To, co pisał Galicz, mocniej i bardziej bezpośrednio było związane z czasami, w których tworzył. Mikhail Baranov/Russian Look / Forum
Z wielkiej trójki rosyjskich bardów pamięta się dziś Okudżawę i Wysockiego. O Aleksandrze Galiczu wspomina się rzadko. A kiedyś cieszył się sławą większą od nich obydwu.
Co zostało po Aleksandrze Galiczu? Jewgienij Jewtuszenko napisał o nim: „W piosenkach Galicza rozsypane są aforyzmy, które, jeśli wracają do naszej pamięci, pomagają nam nie stracić do reszty sumienia”.Ullstein/BEW Co zostało po Aleksandrze Galiczu? Jewgienij Jewtuszenko napisał o nim: „W piosenkach Galicza rozsypane są aforyzmy, które, jeśli wracają do naszej pamięci, pomagają nam nie stracić do reszty sumienia”.

O Galiczu, który zmarł w 1977 r. (albo został zamordowany – spory trwają do dziś), ma nam przypomnieć oparty na jego utworach spektakl „Ludzie, nie wolno się bać” w łódzkim Teatrze Nowym. Kiedyś jego piosenki przenikały do Polski, przegrywane z taśmy na taśmę na prywatnych magnetofonach. Tak też rozchodziły się w Związku Radzieckim. Oprócz „samizdatu” równie sprawnie funkcjonował tam „magnizdat”. Rozkwitł szczególnie na początku lat 60., kiedy po politycznej odwilży rozpoczęły się przymrozki.

„Nie ma co porównywać naszych bardów z gwiazdami światowego rocka – pisały „Izwiestia” w 30 rocznicę śmierci Galicza. Tam – połyskliwe marynarki, pyszne fryzury, przepełnione stadiony, milionowe nakłady płyt. A u nas – ciasna kuchnia, sweter albo znoszony garnitur, zamiast fryzury – inteligencka łysinka. No i zdarte taśmy magnetofonowe albo »żebra« – giętkie płyty produkowane chałupniczą metodą z zużytych klisz rentgenowskich. Ale tak jak piosenki Elvisa Presleya wyzwalały Amerykę, tak piosenki Aleksandra Galicza nadkruszały lód zniewolenia w ZSRR. Śpiewał o tym, o czym nawet zabraniano mówić. Galicz jako pierwszy, a na dobrą sprawę w tym czasie jako jedyny, przemówił w imieniu stalinowskich więźniów, którzy wyszli na wolność”.

„Płyną obłoki, płyną – śpiewał w jednej ze swoich najpopularniejszych piosenek. – W miły kraj płyną, i na Kołymę/I nie dla nich adwokat i sąd/Bez amnestii tak płyną, gdzie chcą/A ja siedzę w piwiarni jak lord/Życie mam, powiem wam, prima sort/ Lat 20 minęło jak chwila/Nawet zęby nie wszystkie wybili”.

Łagrowe piosenki musiały wstrząsać sercami i umysłami w czasach, kiedy słowo Kołyma wymawiało się przyciszonym głosem. Ludzie byli przekonani, że on sam wiele lat spędził w łagrze, i to stawało się częścią jego legendy. Tymczasem Galicz ani dnia nie przesiedział w obozie ani w więzieniu. Przeciwnie, aż do czasu, gdy jego piosenki przypadkowo usłyszał na weselu córki jeden z członków Biura Politycznego, robił świetną i zupełnie oficjalną karierę jako scenarzysta teatralny i filmowy. Za scenariusz filmu sensacyjnego „Gosudarstwiennyj priestupnik” otrzymał nawet specjalną nagrodę KGB.

Pod pseudonimem

Galicz to literacki pseudonim, którym zaczął się posługiwać w czasie wojny. Jego oryginalne nazwisko to Aleksander Aronowicz Ginsburg. Urodził się 19 października 1918 r. w Jekaterinosławiu. Ojciec był urzędnikiem, matka pracowała w konserwatorium. To głównie dzięki niej chłopiec wyrastał w artystycznej atmosferze. W wieku pięciu lat zaczął się uczyć gry na fortepianie, jako ośmiolatek (już w Moskwie, dokąd rodzina przeprowadziła się w 1923 r.) brał udział w zajęciach uczniowskiego kółka literackiego, kierowanego przez poetę Eduarda Bagrickiego. Gdy miał lat 14, opublikował – w „Pionierskiej Prawdzie” – pierwszy wiersz.

Nauka w szkole trwała normalnie 10 lat, ale już po ukończeniu dziewiątej klasy złożył dwa podania o przyjęcie do dwóch słynnych uczelni: Instytutu Literatury im. Gorkiego i Studium Operowo-Dramatycznego Konstantego Stanisławskiego. Ku powszechnemu zaskoczeniu, do obydwu został przyjęty. Żadnego jednak nie ukończył. Najpierw zrezygnował z Instytutu Literatury, bo studia w dwóch miejscach okazały się zbyt obciążające. Potem, po trzech latach nauki, również ze studium Stanisławskiego. Podobno dlatego, że w swych uczelnianych papierach odkrył notatkę napisaną ręką jednego z wykładowców: „Tego przyjąć koniecznie. Aktora z niego nie będzie, ale coś będzie na pewno”.

Rzeczywiście, Aleksandra czekała sława inna niż aktorska. Kiedy zaczęła się wojna, stanął przed komisją poborową. Jednak wykryto u niego wadę serca i został zwolniony ze służby. Związał się z teatrem kierowanym przez Aleksieja Arbuzowa, który dawał przedstawienia dla żołnierzy frontowych. Występował w nim jako aktor, ale pisał też teksty i komponował muzykę. Tak się zaczęła kariera Galicza jako dramaturga i autora piosenek.

Już po wojnie odbyła się w Leningradzie premiera spektaklu opartego na jego sztuce „Pochodnyj marsz”. Piosenka z tego spektaklu „Do swidanija, mama, nie goriuj” stała się szlagierem. Dalej był już triumfalny pochód: cieszące się ogromnym powodzeniem sztuki teatralne, filmy z jego scenariuszami. W 1954 r. film „Wiernyje druzja” ze scenariuszem Galicza i K. Isajewa miał prawie 31 mln widzów.

W 1955 r. Galicza przyjmują do Związku Pisarzy ZSRR, a w 1958 – do Związku Filmowców. W 1956 r. Teatr-Studio MChAT (który później przekształcił się w legendarny teatr Sowremiennik) jako jedną z dwóch premier sezonu zapowiada sztukę Aleksandra Galicza „Matrosskaja Tiszina”. W próbach uczestniczą mało znani wówczas aktorzy, których nazwiska z czasem staną się bardzo głośne: Oleg Jefremow, Oleg Tabakow, Igor Kwasza, Jewgienij Jewstigniejew. Do premiery jednak nie dochodzi. Sztuka nie znajduje uznania delegowanych na próbę generalną urzędników ministerstwa kultury.

Ale Galicz nadal święci triumfy, pisząc sztuki teatralne i scenariusze do filmów, o najróżniejszym przy tym charakterze – od dramatu wojennego „Na siemi wietrach”, przez komedię „Dajtie żałobnuju knigu”, po (wspomniany już) obraz sensacyjno-kryminalny „Gosudarstwiennyj priestupnik”, w którym funkcjonariusze KGB ścigają przestępcę z czasów wojny.

Korzysta z przywilejów, którymi władza radziecka hojnie obdarza dobrze przez siebie widzianych artystów. Jeździ za granicę. Zarabia, jak na radzieckie warunki, mnóstwo pieniędzy. Dużo pije i prowadzi bogate życie towarzyskie.

Pijaństwo, śmiech i twórcze początki

To właśnie na takich towarzyskich spotkaniach, ciągnących się długo w noc, gdzie ostro się pije i śmiało rozmawia, Galicz zaczyna śpiewać komponowane przez siebie piosenki. Stylem nawiązują do romansów Wertyńskiego (Galicz zresztą był świetnym wykonawcą starych rosyjskich romansów), a treścią – do radzieckiej rzeczywistości. Jest w nich ten niezwykły splot poetyckiej liryki, politycznej satyry i abstrakcyjnego niekiedy humoru, który pojawi się też u Okudżawy i Wysockiego.

Jedną z pierwszych była „Lenoczka” – o pięknej sierżant milicji, która zatrzymuje ruch, żeby przepuścić limuzyny z zagranicznymi gośćmi, i w której zakochuje się główny gość – piękny książę z dalekiej Etiopii.

„Lecz nagle najważniejszy wóz/Przed Leną zwalnia bieg,/Choć całkiem sprawny, ale cóż –/Naprawdę zwalnia bieg!/I już obstawa z KGB./Na szosy zjeżdża brzeg,/A wóz, niech wierzy w to, kto chce,/Przed Leną zwalnia bieg!

A w środku za pancernym szkłem/Etiopski ważny gość,/A piękny jest jak jeden sen,/Etiopski ważny gość!/Wbił w Lenę swój etiopski wzrok/I patrzył długo dość –/I różę wsunął jej do rąk/Etiopski ważny gość!”. *)

Podwójne życie

I tak toczyło się podwójne życie Galicza – z jednej strony filmy i sztuki tłumnie oglądane przez publiczność i dobrze widziane przez władze, z drugiej – wykonywane prywatnie utwory, łamiące oficjalnie akceptowane konwencje artystyczne i polityczne, odsłaniające śmieszne i straszne strony życia w ZSRR.

Jak godził jedno z drugim? Pewnie tak jak wielu radzieckich artystów, intelektualistów, uczonych. W ogóle życie w ZSRR cechowała podwójność: z jednej strony oficjalna fasada, rzeczywistość poddana potężnemu politycznemu ciśnieniu i formowaniu, z drugiej – prywatność, a w niej – szczerość, szukanie prawdy, gorzka refleksja, ironia i śmiech jako broń przeciw tej rzeczywistości.

Jedyny większy publiczny występ Galicza-barda odbył się w marcu 1968 r. Zaproszono go na festiwal poezji śpiewanej w miasteczku akademickim w Nowosybirsku. To było bardzo szczególne miejsce ze specyficzną atmosferą. Nowosybirskie centrum naukowe zajmowało się ważnymi dla potęgi Związku Radzieckiego dziedzinami, uczeni znali swoją wartość i czuli mocną pozycję. Dawało im to poczucie niezależności, tym silniejsze, że centralne władze partyjne i państwowe były daleko. Wszystko to sprzyjało wyjątkowej, jak na warunki radzieckie, śmiałości i otwartości politycznej i kulturalnej. Tym bardziej że Syberia w ogóle przyciągała ludzi odważnych i szukających swobody. „Na Sybir przecież nie ześlą” – mówili do siebie napływowi mieszkańcy Nowosybirska czy Irkucka.

Festiwal „Bard 68” odbywał się w największej sali Pałacu Fizyków, wypełnionej po brzegi. Galicz najpierw zaśpiewał swoją słynną piosenkę „Milczenie jest złotem”.

„Już jesteśmy dorośli i pora/przestać płacić dzieciństwu daniny/za bajecznym skarbem jeziora/nie pogrążać się w mroczne głębiny/Nie ruszamy już kutrem przez morze/ni na biegun lodołamaczem/ale jeśli milczenie jest złotem/to i my – przecież – poszukiwacze/Milcz, a będziesz bogaty jak król/Tylko milcz, tylko milcz, uszy stul!”. **)

Potem był wiersz „Pamięci Pasternaka”. Borys Pasternak, jeden z największych rosyjskich pisarzy, nie żył od ośmiu lat. Jego najważniejsze dzieło, powieść „Doktor Żywago”, ukończone w 1954 r., nie mogło się ukazać w ZSRR. W 1958 r. Pasternakowi przyznano Nagrodę Nobla, ale pod naciskiem władz odmówił jej przyjęcia. I tak jednak spotkał go los lepszy niż tylu innych pisarzy, artystów, uczonych, którzy zniknęli w łagrowej otchłani. O tym właśnie śpiewał Galicz.

„Podzielili wieńce na miotełki./Na kwadranse dwa posmutnieli/Jakże dumni jesteśmy, współcześni/Że on umarł we własnej pościeli!/Grali marsza w żałobnej posłudze/Uroczyste szło pożegnanie/Nie namydlał pętli w Jełabudze/Nie odchodził od zmysłów w Suczanie!/Osypały się igły z choiny/Poleciały pyłem w zawiei/Jakże dumniśmy, sukinsyny/Że on umarł we własnej pościeli”.

Kiedy skończył, cała sala podniosła się z miejsc i zastygła w milczeniu, a za moment wybuchła oklaskami.

Niedługo potem, po wkroczeniu radzieckich wojsk do Czechosłowacji, Galicz pisze wiersz „Peterburgskij romans” z wyraźnymi aluzjami do słynnej kilkuosobowej demonstracji protestacyjnej, która odbyła się wówczas na placu Czerwonym. Tym razem zostaje wezwany do Związku Pisarzy, gdzie udzielają mu poważnego ostrzeżenia.

Prawdziwe problemy zaczęły się dopiero na początku lat 70. Członek Biura Politycznego Dymitr Polański wydawał córkę za aktora Teatru na Tagance Iwana Dychowicznego. Na weselu po jedzeniu, piciu i tańcach młodzież słuchała z magnetofonu piosenek Galicza i Wysockiego. Posłuchał ich też ojciec panny młodej – po raz pierwszy w życiu. I na najbliższym posiedzeniu Politbiura postawił problem „antyradzieckich piosenek Galicza”. W grudniu 1971 r. artystę usunięto ze Związku Pisarzy, w lutym 1972 – ze Związku Filmowców. Z teatrów usunięto jego spektakle, wstrzymano produkcję filmów według jego scenariuszy. Niemal z dnia na dzień stracił środki do życia. Utrzymywał się pisząc w charakterze murzyna scenariusze dla innych autorów i wyprzedając książki ze swej biblioteki. Dalej śpiewał piosenki na domowych koncertach. Pobierał kilkurublowe opłaty za wstęp, żeby jeszcze trochę zarobić. I jeszcze jedno ważne wydarzenie z życia Galicza tego czasu. W 1972 r. przyjął chrzest z rąk Aleksandra Mienia, dysydenckiego duchownego.

Przymus emigracji

Władze wywierały na Galicza silną presję, by emigrował. Opierał się temu z wielką siłą woli, mimo trudnych warunków życiowych i niszczących go chorób. W 1972 r. przeszedł kolejny zawał serca, przyznano mu drugą grupę inwalidztwa i nędzną rentę w wysokości 60 rubli. Na wyjazd zdecydował się dopiero w 1974 r. Moment odlotu tak wspominała córka: „Zatrzymali go w komorze celnej, gdzie urządzono mu rewizję. W samolocie siedziała już załoga i pasażerowie, a jego ciągle nie puszczali i nie puszczali. Kazali mu zdjąć złoty krzyżyk, który nosił od czasu chrztu, mówili, że złota nie można wywozić. Ojciec odpowiedział, że w takim razie nie jedzie i zostaje. Były długie dysputy, w końcu kazano go wypuścić. Szedł do samolotu zupełnie sam, długim oszklonym korytarzem, z gitarą w wyciągniętej ręce”.

Na emigracji Galicz przez rok mieszkał w Oslo, na tamtejszym uniwersytecie wygłaszał wykłady z historii teatru rosyjskiego. Potem osiadł w Monachium, gdzie w Radiu Swoboda prowadził audycję „Przy mikrofonie Aleksander Galicz”. Wreszcie przeniósł się do Paryża, który okazał się jego ostatnim emigracyjnym przystankiem. W emigracyjnych latach nadal tworzył piosenki, przygotowywał musical ze swoimi utworami, napisał sztukę „Błoszinyj rynok”, wspólnie z Rafaiłem Goldingiem nakręcił 40-minutowy film „Bieżency”.

Zmarł w Paryżu 15 grudnia 1977 r., w dziwnych okolicznościach, porażony prądem przy próbie podłączenia zestawu składającego się z telewizora, radioodbiornika i magnetofonu, który sprowadził z Włoch. Również w podejrzanych okolicznościach życie straciła dziewięć lat później jego żona Angelina – udusiła się w pożarze, który podobno wybuchł, gdy zasnęła z palącym się papierosem w ręku.

Co zostało po Aleksandrze Galiczu? Młodsi od niego Bułat Okudżawa i Władimir Wysocki stali się z czasem bardziej znani niż on, ale kiedyś, zwłaszcza w początkach swej twórczości, Wysocki uważany był za kontynuatora Galicza. Zdarzało się nierzadko, że piosenki Wysockiego uważano za piosenki Galicza. Później było na odwrót, niektóre popularne piosenki Galicza przypisywano Wysockiemu.

Poezja Okudżawy i Wysockiego jest może bardziej uniwersalna – to, co pisał Galicz, mocniej i bardziej bezpośrednio było związane z czasami, w których tworzył. Maniera, w której Galicz śpiewał, też brzmi dość staroświecko.

Co zostało? Jewgienij Jewtuszenko napisał o nim: „W piosenkach Galicza rozsypane są aforyzmy, które, jeśli wracają do naszej pamięci, pomagają nam nie stracić do reszty sumienia”.

Warto posłuchać na YouTube, jak Galicz śpiewa „Milczenie jest złotem”. To piosenka na każde czasy i na każdy ustrój.

*) przekład Michał Jagiełło.
**) przekład Jacek Bieriezin, fragmenty innych utworów podaję w przekładzie własnym.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Miliard ludzi na świecie głoduje. Dlaczego? Bo jest okradanych przez nas – silniejszych i bogatszych

Rozmowa z Martínem Caparrósem, argentyńskim pisarzem, autorem zbioru reportaży „Głód”, o tym, dlaczego prawie miliard ludzi nie ma co jeść – mimo że żywności mamy aż za dużo.

Paulina Wilk
29.03.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną