„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Kultura

Młotkiem i pędzlem

Aukcje – najdroższe dzieła sztuki światowej

„Crouching Nude” Francisa Bacona - 13 milionów dolarów „Crouching Nude” Francisa Bacona - 13 milionów dolarów Rex Features / EAST NEWS
Polski rynek sztuki ma się mniej więcej tak do światowego, jak schronisko młodzieżowe do hotelu Ritz. Ale przecież i w jednym, i w drugim mogą dziać się ciekawe rzeczy. No i się dzieją.
„Taniec wśród mieczów” Henryka Siemiradzkiego - 2 miliony dolarówBEW „Taniec wśród mieczów” Henryka Siemiradzkiego - 2 miliony dolarów
„Bez tytułu” Agaty Kleczkowskiej - 160 tys. złAgata Kleczkowska/Abbey House/materiały prasowe „Bez tytułu” Agaty Kleczkowskiej - 160 tys. zł

Na świecie padł niedawno absolutny cenowy rekord. Za jeden z najbardziej znanych obrazów Paula Cezanne’a „Gracze w karty” katarska rodzina królewska zapłaciła dotychczasowemu właścicielowi, greckiemu armatorowi Georgeowi Embiricosowi, 250 mln dol. Podobno do transakcji doszło pod koniec ubiegłego roku, ale świat dowiedział się o niej dopiero w połowie marca. To kwota zawrotna nawet dla przyzwyczajonego do oszałamiających cen rynku sztuki, wyższa od dotychczasowego rekordu o ponad 100 mln dol.

To nie koniec atrakcji, jako że znany dom aukcyjny Sotheby’s zapowiedział, że już w maju pójdzie pod młotek jeden z najbardziej rozpoznawalnych obrazów świata – „Krzyk” Edwarda Muncha. To wprawdzie jedna z czterech wersji, jakie namalował artysta, ale trzy pozostałe znajdują się w norweskich muzeach i trudno przypuszczać, by kiedykolwiek były na sprzedaż. Eksperci szacują jego cenę na 80 mln dol., ale może się okazać, że będzie to dużo więcej. Przypuszcza się też, że w niedługim czasie może powrócić na rynek „Portret dr. Gachet” van Gogha. Japoński miliarder Ryoei Saito, który nabył go w 1990 r. za 82,5 mln dol., zmarł sześć lat później, a dalsze losy obrazu nie są znane.

Co ciekawe, na międzynarodowym rynku malarstwa najmniej cenowych rekordów odnotowuje się tam, gdzie na zdrowy rozsądek powinno być ich najwięcej – w obszarze sztuki dawnej. To jednak łatwo wyjaśnić: po prostu bardzo rzadko trafiają pod młotek arcydzieła wielkich mistrzów, takich jak Rubens, Rembrandt, Tycjan czy Rafael. Te prace zapadły już w muzeach na wieczność i tylko kataklizm mógłby je stamtąd wydostać. W tej sytuacji nawet dzieła malarzy spoza ścisłej czołówki potrafią poruszyć kolekcjonerów. Tak się stało w ubiegłym roku z widokiem weneckiego Canale Grande pędzla Francesco Guardiego, malarza technicznie perfekcyjnego, ale przecież niewybitnego, który sprzedano za niebagatelne 43 mln dol.

Prawdziwa zabawa w licytowanie zaczyna się dopiero przy pracach powstałych w okresie impresjonizmu i późniejszych. Sporo dobrych obrazów z ostatnich dwóch stuleci pozostaje w prywatnych rękach i gdy tylko trafiają na rynek, zaczyna się cenowe szaleństwo.

Starcie tytanów

Przez ostatnie dekady był to przede wszystkim pojedynek dwóch tytanów malarstwa: van Gogha i Picassa. Śrubowanie cen zaczął Holender od „Irysów” sprzedanych w 1987 r. za 54 mln dol. Później był „Portret Josepha Roulina” (1989 r. – 58 mln), wspomniany już „Portret dr. Gachet” (1990 r. – 82,5 mln), „Pole pszenicy z cyprysami” (1993 r. – 57 mln), a w końcu „Autoportret bez brody” (1998 r. – 72 mln). Po nim, już w XXI w., palmę pierwszeństwa przejął Hiszpan, a ceny za takie prace jak „Dora Maar z kotem” czy „Chłopiec z fajką” wywindowano już w okolice 100 mln dol. Jedynymi, którzy jako tako włączyli się do tej pośmiertnej rywalizacji, byli Renoir („Bal au Moulin de la Galette” – 78 mln dol. w 1990 r.) oraz Rubens („Rzeź niewiniątek” – 77 mln w 2002 r.).

Przełomowy dla rynku sztuki okazał się rok 2006. Po pierwsze dlatego, że ceny za najlepsze prace znowu ochoczo poszybowały w górę, a po drugie, ponieważ do dwuosobowej grupki liderów dołączyli kolejni artyści. Bo oto znaleźli się kupcy gotowi zapłacić za chlapane płótno Pollocka 140 mln dol., za straszącą dzieci „Kobietę III” de Kooninga – 137,5 mln, za słynny zaś „Portret Adele Bloch-Bauer” Klimta – 135 mln. W tej sytuacji osiągnięte dwa lata później 100 mln za „Ośmiu Elvisów” Warhola i 86 mln za „Tryptyk” Bacona uznane zostało za naturalną kolej rzeczy. Najwięksi gracze na rynku przyzwyczaili się już, że za wybitne prace znanych malarzy trzeba płacić po kilkadziesiąt milionów dolarów, za prace tych najsłynniejszych – ponad sto.

Podczas gdy najwięksi zachodni kolekcjonerzy przechadzali się po salach aukcyjnych nowojorskich i londyńskich siedzib Sotheby’s oraz Christie’s, dość nieoczekiwanie i gwałtownie wyrósł im pod bokiem rynek alternatywny – Chiny. O ile niegdyś, w okresie boomu gospodarczego Kraju Kwitnącej Wiśni, najbogatsi Japończycy, lecząc kompleksy, pragnęli gromadzić głównie sztukę europejską i amerykańską, o tyle Chińczycy najlepiej czują się we własnym artystycznym sosie. Czy nazwiska Qi Baishi, Wang Meng, Beihong Xu czy Wou-ki Zeng mówią coś czytelnikom POLITYKI (oczywiście nie tym, którzy są historykami sztuki specjalizującymi się w Dalekim Wschodzie)? A teraz już powinny, tak jak mówią nazwiska Tycjan, Monet czy Dali. Bo na przykład praca rzeczonego Qi Baishi „Anioł stojący na sośnie” sprzedana została w 2011 r. za 55 mln dol. Łączny dochód ze sprzedaży obrazów innego malarza Chang Dai-chiena wyniósł w ubiegłym roku 500 mln dol.!

Dziś już 51 proc. obrotów światowego rynku sztuki przypada na Chiny i aż strach pomyśleć, co się stanie, gdy swoich Zengów, Mengów i Wangów postanowią tam zastąpić Degasami lub Pollockami.

W październiku 2011 r. praca Gerharda Richtera „Świeca” została sprzedana za 12 mln dol. Poproszony o skomentowanie tego faktu artysta niezwykle przytomnie zauważył: „Jest to tak samo, jak światowy kryzys bankowy: absurdalne, niezrozumiałe, groteskowe i nieprzyjemne”. Miesiąc później inna jego praca „Obraz abstrakcyjny” osiągnęła cenę 20 mln. Co wówczas pomyślał artysta – strach się nawet domyślać.

Polska, cenowa prowincja

Na tle tych wielkich światowych licytacji nasz rynek aukcyjny prezentuje się skromniutko, a nawet – bądźmy szczerzy – prowincjonalnie. Jego roczne obroty wahają się pomiędzy 300 a 500 mln zł; na świecie ledwie by starczyło na jedną porządną pracę. W samych tylko Chinach w ubiegłym roku sprzedano blisko 700 dzieł w cenie powyżej miliona dolarów. U nas, w całej historii rynku sztuki – ani jednego, a transakcja za równowartość 100 tys. dol. jest już dużym środowiskowym wydarzeniem.

Nic więc dziwnego, że najbardziej ekscytują nas gościnne występy polskich artystów na aukcjach w wielkich metropoliach świata. W kwietniu 2011 r. obraz „Taniec wśród mieczów” Henryka Siemiradzkiego sprzedany został na aukcji w Nowym Jorku za ponad 2 mln dol. Ten akademik lubiany jest przez rosyjskich kolekcjonerów, można więc przypuszczać, że obraz zawiśnie na ścianie którejś z podmoskiewskiej rezydencji. To jednak chlubny wyjątek. Generalnie bowiem nikt tam nie widział, nie słyszał i słyszeć nie chce o żadnym Matejce, Malczewskim czy Wyspiańskim, a jedynymi, którzy ocierają się o aukcyjne salony, są twórcy współcześni. Kwoty, jakie uzyskują, rzeczywiście mogą u nas budzić respekt: 713 tys. funtów (ok. 1,13 mln dol.) za „Tryptyk liczony” Romana Opałki (2010 r.), 568 tys. funtów (blisko 900 tys. dol.) za „Nazistów” Piotra Uklańskiego czy 465 tys. dol. za tryptyk „Palące dziewczyny” Wilhelma Sasnala. Trzeba jednak pamiętać, że najsłynniejsi żyjący twórcy sprzedają prace za kwoty o jeden, a nawet dwa rzędy wielkości wyższe.

 

 

W tej sytuacji tym trudniej oczekiwać, by nasz krajowy rynek sztuki nagle oszołomił jakimiś szalonymi licytacjami i bogactwem zdarzeń. I to z dwóch, dość zasadniczych powodów: brakuje klientów i brakuje dzieł. Tych pierwszych nigdy nie było zbyt wielu, a gdy się pojawił na rynku nowy poważniejszy kolekcjoner, mówiło się o nim miesiącami. Grupa inwestująca w sztukę naprawdę spore (jak na nasze warunki) pieniądze liczy sobie może kilkanaście osób i nie zmienia się praktycznie od lat. Rzeczy tańsze są z kolei kupowane często jako uzupełnienie dla meblowanego właśnie apartamentu czy rezydencji. Najchętniej rozpoznawalne nazwiska i najlepiej niedrogo. Jakiś Kossak, Axentowicz, Witkacy. Trzy, pięć, dziesięć zakupów i taki klient znika tak nagle, jak nagle się pojawił.

Jeszcze gorzej jest – mówiąc nieelegancko – z towarem. W pierwszej dekadzie III RP nastąpił proces masowej wymiany artystycznych dóbr: z rąk zubożałej starej inteligencji w ręce nowej klasy kapitalistów przeszło większość wartościowych dzieł. Ozdobiły wspaniałe rezydencje, stały się elementem kilku znaczących kolekcji i nic nie wskazuje na to, by w najbliższych dekadach miały masowo na rynek sztuki powrócić. W tej sytuacji rynek chwytał się różnych sposobów, by przetrwać.

Głód mód

Najbardziej skuteczne okazało się lansowanie kolejnych mód. I tak przetoczyła się przez Polskę moda na „Ecole de Paris”, o tyle wygodna, że niosąca ze sobą duży strumień dzieł grupy takich malarzy jak Mela Muter, Zygmunt Menkes, Eugeniusz Zak, Henryk Epstein, Jan Zawadowski, Władysław Terlikowski.

Później odkryciem stała się tzw. szkoła monachijska, z malarstwem akademickim, do bólu zachowawczym, poznawczo pustym, ale efektownym i warsztatowo nienagannym. W górę wystrzeliły więc ceny na Alfreda Wierusza-Kowalskiego (specjalność: wilki na śniegu), Józefa Brandta (specjalność: wschodnie stepy i ich mieszkańcy), Władysława Czachórskiego (specjalność: luksusowe damy w buduarach).

Gdy i to źródełko zaczęło wysychać, przekonano klientów, że warto inwestować w obrazy powojennych mistrzów nowoczesności: Kantora, Lenicę, Nowosielskiego, Gierowskiego czy Lebensteina. Nagle najbardziej pożądanym obiektem w kraju stały się „Koła” Fangora, a ich ceny ochoczo przebiły nawet granicę 200 tys. zł. Sam autor tak komentował w jednym z wywiadów ów fenomen: „Ja w ogóle nie rozumiem, skąd wzięło się to powodzenie. »Koła« zacząłem malować w 1958 r. Dużą produkcję tych obrazów miałem w latach 60. Wtedy nie budziły ani zainteresowania, ani uznania. Później przyszedł okres, gdy w ogóle nikt nie chciał na nie patrzeć. Kiedy starałem się wstawić je do jakiejś galerii, słyszałem krótkie: Nie! I nagle, po latach, ta rzecz zakwitła tu, w Polsce”. To się nazywa siła promocji!

Ale i te dobre obrazy z lat 60. i 70. ubiegłego stulecia powoli się kończą, trzeba więc lansować coś nowego. Ciekawym fenomenem ostatnich lat na polskim rynku sztuki jest właśnie próba przekonywania kupujących do tego, by kolekcjonowali nie to, na co mają ochotę, ale to, co mogą im w obfitości zaproponować domy aukcyjne. Stąd oferty fotografii, dizajnu czy street artu. Ale najciekawszym i zaskakująco dynamicznym efektem polityki „ucieczki do przodu” wydają się aukcje tzw. Młodej Sztuki.

Oferowane są na nich prace artystów najmłodszych – ledwie absolwentów lub jeszcze studentów ASP. Ceny niewysokie: cena wywoławcza wynosi zazwyczaj kilkaset złotych. Motywacje domów aukcyjnych są oczywiste: mały zysk jednostkowy plus duży przerób to w efekcie przyzwoite przychody. A towaru jest pod dostatkiem. Wierzą też, iż w ten sposób wychowują sobie przyszłą wierną klientelę, która złapawszy bakcyla kolekcjonerskiego, będzie kupowała coraz więcej i coraz droższe rzeczy. Kuszą więc opowieściami o potencjalnych wielkich wzrostach wartości w przyszłości, za wzór nieodmiennie stawiając – co robi spore wrażenie – Wilhelma Sasnala.

Prawda jest taka, że na dużą karierę może liczyć jeden na stu wystawianych na takich aukcjach artystów. Co ciekawe, owo totolotkowe prawdopodobieństwo wcale nie przeszkadza w dynamicznym wzroście tego segmentu rynku. Agnieszka Gniotek, która na łamach „Arteonu” przeprowadziła szczegółową analizę zjawiska, uważa, że sukces okazał się możliwy, bo takie kupowanie stało się popularne w pokoleniu młodej, dobrze wykształconej i nieźle zarabiającej inteligencji: bankowców, prawników, doradców. I choć obroty na tych aukcjach nie rzucają na kolana (11 proc.), to liczba transakcji może już imponować – stanowią już 40 proc. wszystkich transakcji aukcyjnych w Polsce.

Art banking

Co ciekawe, rośnie zainteresowanie rynkiem sztuki ze strony profesjonalnych instytucji finansowych. Coraz więcej banków tworzy „Art banking”, czyli specjalne fundusze inwestujące pieniądze klientów w dzieła sztuki. Do Noble Banku i BZ WBK dołączył ostatnio BOŚ, a własne oferty przygotowuje PKO BP i Raiffeisen Bank. Najbardziej kontrowersyjnym finansowym przedsięwzięciem okazała się nowa firma Abbey House, która z niespotykanym dotychczas impetem weszła na rynek sztuki. Wykupiła zasłużony branżowy miesięcznik „Art&Business”, weszła na giełdę, otworzyła fundusz sztuki, artlokaty, zajęła się leasingiem obrazów, a przede wszystkim założyła dom aukcyjny organizujący zamknięte aukcje dla swych klientów.

Na jednej z nich praca praktycznie nieznanej i niemającej żadnych wystawienniczych osiągnięć studentki ASP Agaty Kleczkowskiej została sprzedana za 160 tys. zł. Wielu obserwatorów uznało, że jest to próba manipulowania rynkiem i sztucznego podkręcania koniunktury. Czy Abbey House uda się wprowadzić do niezwykle tradycyjnego i delikatnego rynku sztuki nowe reguły zimnej, biznesowej gry?

Ale polski rynek sztuki ma także swoje rzadkie i krótkie chwile triumfu. Jak choćby przed paru tygodniami, kiedy to w domu aukcyjnym Agra Art wylicytowano cykl trzech pasteli Stanisława Wyspiańskiego „Prof. Sternbach z rodziną” za 1,85 mln zł. Obrazy tej artystycznej klasy trafiają jednak na aukcje już bardzo rzadko i rekordowa cena dziwić nie powinna. Z drugiej strony pamiętajmy, że za granicą zapłacono przecież dużo więcej za tryptyk Wilhelma Sasnala „Palące dziewczyny”. Obrazy średniej klasy, artysty żyjącego i nadto bardzo płodnego. Dobrze, że nie ma możliwości wystawienia na aukcji „Bitwy pod Grunwaldem” Jana Matejki czy „Błędnego koła” Jacka Malczewskiego. Bo nagle okazałoby się, że zapłacono za nie tyle, ile za jakiś szkic wyrysowany przez Picassa na kartce wyrwanej z zeszytu. I byłby wstyd.

Polityka 14.2012 (2853) z dnia 04.04.2012; Kultura; s. 97
Oryginalny tytuł tekstu: "Młotkiem i pędzlem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Arabowie szukają mistrzów

Siła nauki arabskiej w okresie klasycznym to otwartość na zmiany, ale też zwykła ciekawość świata.

Mateusz Wilk
06.05.2014
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną