Rozmowa z Dorotą Masłowską

Nikt nie chce być pisarzem, każdy chce być gwiazdą
O pisaniu nowej książki, zmęczeniu sprawą polską, apokaliptycznej wizji świata, zdolności czytania i zbawiennych kompleksach.
Dorota Masłowska (ur. w 1983 r.) – enfant terrible polskiej literatury.
Mieczysław Włodarski/Reporter

Dorota Masłowska (ur. w 1983 r.) – enfant terrible polskiej literatury.

Jej debiutancka powieść to „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” o charakterze dresiarskim.
Maciej Andrzejewski/BEW

Jej debiutancka powieść to „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” o charakterze dresiarskim.

„Pisanie to ciężka praca, wyniszczająca, okradająca. Siedzisz przy komputerze w przykurczu, w fizycznym napięciu, po wiele godzin w maksymalnym skupieniu” - mówi Dorota Masłowska.
Marcin Nowak

„Pisanie to ciężka praca, wyniszczająca, okradająca. Siedzisz przy komputerze w przykurczu, w fizycznym napięciu, po wiele godzin w maksymalnym skupieniu” - mówi Dorota Masłowska.

Jacek Kołodziejski/mat. pr.

Justyna Sobolewska: – Skończyła pani pisać powieść dla wydawnictwa Noir sur Blanc. Podobno do tej pory wszystkie początki powieści lądowały w koszu.
Dorota Masłowska: – Bo dotychczas pracowałam tą metodą: zaczynania i wyrzucania. I tę powieść też pewnie wyrzuciłabym tysiąc razy, ale nie mogłam ze względu na umowę z wydawnictwem. Tylko dzięki temu się udało, chociaż rwałam włosy z głowy. Mozół wynikł z tego, że po raz pierwszy stworzyłam książkę, która nie dzieje się w Polsce. Dopóki pisałam o tak zwanym tu i teraz, wystarczyło wyjść przed dom i wszystko do mnie mówiło, a teraz pracowałam ze światem skonstruowanym misternie z odłamków jakiejś innej rzeczywistości. Wszystko musiałam wymyślić, dosztukowywać kawałek po kawałku. Ambitne, ale bardzo pracochłonne. Ale to właśnie ze zmęczenia sprawą polską wziął mi się temat kompletnie wyabstrahowany; potrzebowałam wycieczki, wyprawy. To luksusowa sytuacja, że można sobie za pomocą wyobraźni spędzić polską zimę we własnoręcznie skonstruowanych światach.

A język? Skoro to nie o Polsce?
Tak jak wcześniej – był podstawowym budulcem. Przyniósł świat i bohaterów. Ale może będę mówić o tym jesienią, kiedy wyjdzie książka. Powiem tylko, że zainspirowały mnie moje różne doświadczenia z tłumaczeniami, z nieprzekładalnością mojej prozy. Ona cała polega na języku i zawsze zastanawiam się, co właściwie udaje się z niej ocalić tłumaczom, może humor?

Czasem myślę, że ten egzotyczny język polski w ogóle może zniknąć.
Jako język efemeryczny, giętki może być bardziej podatny na odkształcenia niż taki na przykład niemiecki, bardzo ścisły i uporządkowany. I może w konfrontacji z kulturą zachodnią wyjść w niespodziewanej odsłonie. Już jest tak, że dzwoni pani z Orange i mówi: „Czy rozmawiam z panią Dorota Masłowska?”. Kiedy zaczęła prześladować mnie w przestrzeni publicznej piosenka „Koko Euro spoko”, miałam apokaliptyczne myśli na temat przyszłości języka. Myślałam: co jest dalej? Jaka jest przyszłość porozumienia między ludźmi? Wracamy do sylab? YYYYEEE??? OOOO???

Wcześniej przez kilka lat nie pisała pani. Wszyscy pytali wydawcę Pawła Dunina-Wąsowicza, kiedy nowa powieść Masłowskiej. A on rozkładał ręce.
Wykreowałam sobie taką sytuację życiową, żeby móc nie pisać. Pisanie to masa pracy, a potem przykrości, konfrontacje, problemy. Poza tym z Pawłem byliśmy trochę w klinczu. Czułam taki bunt, że jedyny powód, dla którego powinnam pisać, to ratowanie jego Lampy. Z drugiej strony Paweł po tylu latach swojej bardzo ważnej dla kultury polskiej pracy zawodowej był ciągle nazywany „odkrywcą Doroty Masłowskiej”. To było niesprawiedliwe wobec nas obojga, że on musi zajmować się biadoleniem u mnie o książkę, a ja muszę zajmować się jej niepisaniem. Moglibyśmy spędzać czas bardziej twórczo. Nasze zainteresowania literackie też trochę się rozjechały i w zeszłym roku powiedziałam, że odchodzę z Lampy. Przy tej okazji myślałam sobie, jaka ta Dorota Masłowska jako zjawisko jest frustrująca dla wszystkich, łącznie ze mną. Dunin jest odkrywcą Doroty Masłowskiej, mój chłopak jest chłopakiem Doroty Masłowskiej, moje przyjaciółki są przyjaciółkami Doroty Masłowskiej. Ludzie potrafią łasić się zupełnie bezwstydnie tylko dlatego, że jest głośne nazwisko, które można sobie wpisać do CV. Ostatnio Dunin opowiadał, że wśród tekstów przysyłanych do druku w Lampie coraz mniej jest rzeczy do czytania, za to przysyłane są całe tomy autoprezentacji. To już nie są propozycje wydawnicze, ale podania o bycie gwiazdą, kandydatury na gwiazdę. Nikt nie chce być pisarzem, każdy chce być po prostu sławny.

Świat gwiazd od samego początku, od sukcesu „Wojny” w 2002 r., chciał panią wciągnąć, ale pani odmówiła udziału. Wiedziała pani, że trzeba od tego uciekać, chronić siebie, bo za to się płaci wysoką cenę?
Szkoda nawet o tym mówić. Po prostu organicznie mnie od tego odrzuca. Wywiad do pisma kolorowego ma być opowieścią o tym, jaka jesteś NAPRAWDĘ. Ale żeby go zrobić, idziesz na sesję do hotelu, ubrana w nie swoje ubrania wybrane przez stylistkę, historia musi być przeprowadzona według schematu: kiedyś było gorzej, były trudności, ale teraz jest wspaniale, zdania muszą być pojedyncze, a wyrazy dwusylabowe. Nie wiem, co ludzi pcha w te szpony, przecież dalej jest „Fakt” i „Super Express” i zdjęcie, jak kupujesz cebulę w warzywniaku. Na przestrzeni 10 lat miałam sporo korupcyjnych propozycji, również reklam za demoralizująco duże pieniądze. Nie robię tego, bo chcę robić rzeczy ważne. To jest niesamowite, że na przykład aktorzy dzisiaj nie grają w filmach, tylko używają całego swojego zawodowego dorobku i autorytetu, żeby zachwalać kredyt z ukrytymi odsetkami.

Można łatwo stracić poczucie rzeczywistości.
Od pewnego czasu głoszę pochwałę kompleksów i cierpienia jako wartości w życiu człowieka. Żyjemy w zalewie New Age’u, taniej amerykańskiej psychologii, w ramach której mamy obowiązek zapomnieć o kompleksach, bólu, winie, a inwestować w autopromocję i zakrzykiwanie swoich słabości. Jaka jest właściwie wartość w wypieraniu swojej winy, bólu, bezradności? Niestety, prawdopodobnie jako istoty zaprogramowane na szczęście, haj i bezbolesność za wszelką cenę, po prostu więcej kupujemy, generujemy większe zyski. Interesuje mnie też to, jak komputery, Internet zmieniają rzeczywistość. Najpierw był Photoshop, a teraz ludzie ciężko pracują na siłowniach i płacą dietetykom, by przekształcić swoje ciała na podobieństwo wygenerowanych komputerowo obrazków. Wydaje mi się więc, że kompleksy i cierpienie mogą się okazać niedługo wspaniałym potencjałem – takim przetrwalnikiem człowieczeństwa.

Powiedziała pani gdzieś, że czytanie coraz bardziej staje się ekstrawagancją, przynależnością do elitarnego klubu.
No tak. Książek się już nie czyta – kupuje się je i stawia na półkę. Pozornie mają naprawić to elektroniczne książki, ale je też przecież kupuje się albo ściąga, ale nie czyta. Wrzuca się do telefonu i tak tworzy się swój przenośny, zewnętrzny mózg. Niesłychane jest to przesuwanie się środka ciężkości wszystkiego w kierunku posiadania, gromadzenia. Dużym przeżyciem była dla mnie ostatnio taka stara książka „Delicje ciotki Dee” Teresy Hołówki, która pojechała do Stanów w latach 80. i opisała ówcześnie szokującą amerykańską cywilizację, której wartości teraz już zostały hurtem zaimportowane do naszego folderu z wartościami. Kiedy sprzedawałam prawa do „Wojny” na Amerykę, wydawnictwo zażądało ode mnie oświadczenia, że napisałam „Wojnę”, kiedy miałam 16 lat, co dałoby książce większy potencjał komercyjny. I wtedy się na to nie zgodziłam, mimo że jestem z pokolenia, które już w Polsce książki sprzedawało, a nie tylko publikowało.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną