Era multifestiwali

Festiwal jak serek homogenizowany
Koniec z polskimi festiwalami muzycznymi, teatralnymi, filmowymi. Nie dlatego, że mają się źle – przeciwnie, dlatego że się rozwijają i przyciągają inne dziedziny sztuki. Nadchodzi era multifestiwali.
Nick Cave (z grupą Grinderman) podczas ubiegłorocznego festiwalu Nowe Horyzonty.
Sławomir Bernaś/EAST NEWS

Nick Cave (z grupą Grinderman) podczas ubiegłorocznego festiwalu Nowe Horyzonty.

Silent Disco, czyli impreza w bezprzewodowych słuchawkach.
Jacek Trublojewicz/Reporter

Silent Disco, czyli impreza w bezprzewodowych słuchawkach.

„Anioły w Ameryce”, spektakl w reż. Krzysztofa Warlikowskiego.
Stefan Okołowicz/Polityka

„Anioły w Ameryce”, spektakl w reż. Krzysztofa Warlikowskiego.

Mural Wilhelma Sasnala.
Jacek Poremba/Fotonova

Mural Wilhelma Sasnala.

Co może duży festiwal, gdy już zdobędzie publiczność? – Drogi w takiej sytuacji są dwie: walczyć o coraz większą publiczność, sięgając po masowo słuchane gwiazdy, albo pójść w stronę festiwalu o bardziej rozbudowanych ambicjach kulturotwórczych – mówi dyrektor artystyczny gdyńskiego Open’era (ponad 60 tys. widzów) Mikołaj Ziółkowski. Z tegorocznego programu można odczytać, co wybrał. Błąkające się bez stałej siedziby Muzeum Sztuki Nowoczesnej przygotuje specjalny cykl prezentacji wideo. Kolejna nierozpieszczana przez warszawski Ratusz instytucja, Nowy Teatr Krzysztofa Warlikowskiego, pokaże sztukę „Anioły w Ameryce” Tony’ego Kushnera. Zaprzyjaźniony festiwal Planete+ Doc Film – serię dokumentów, Maurycy Gomulicki – instalację w przestrzeni Open’era, a Krzysztof Penderecki i Jonny Greenwood zaprezentują swoje utwory orkiestrowe na dużej scenie. – Ludzie żartują, że to jedyne miejsce na świecie, w którym prosto z pola namiotowego można przyjść na koncert Pendereckiego – mówi Ziółkowski. – I jest w tym sporo prawdy.

Open’er jako impreza w ostatnich latach bardzo wpływowa daje innym ważny sygnał, a sam podejmuje się nowego otwarcia.

Muzeum Sztuki Nowoczesnej pokaże w Gdyni teledyski, kręcone przez artystów sztuk wizualnych dla zaprzyjaźnionych muzyków i zespołów (Kim Gordon, Harmony Korine czy Richard Kern dla Sonic Youth, Charles Atlas dla Antony and the Johnsons, Jeremy Deller dla Manic Street Preachers oraz bracia Chapman dla PJ Harvey), ale też prace wykorzystujące medium wideoklipu do zupełnie niekomercyjnych, autorskich celów oraz analizujące temat muzyki od strony antropologicznej – m.in. Marka Leckeya, Rineke Dijkstry, Anriego Sali, Jonathana Horowitza czy Wilhelma Sasnala.

Aby wystawiać codziennie spektakl wyreżyserowany przez Krzysztofa Warlikowskiego, Open’er stworzy oddzielny namiot z 500-osobową widownią. – Idea, z którą przyszedł do nas Mikołaj Ziółkowski, była taka, żeby festiwal muzyczny zamienić w festiwal muzyki i sztuki. Powiedział, że zależy mu na tym, żeby nie tylko powiększać liczbę widzów, ale też poszerzać jakość oferty programowej, a tym samym także poszerzać widownię – mówi Piotr Gruszczyński, dramaturg Nowego Teatru w Warszawie. – Ujęło nas to, że w czasach, gdy wszyscy myślą jedynie o cięciu kosztów i/lub jak największym zysku, znalazł się ktoś, kto ma na uwadze jakość, ma wizję rozwoju i ją realizuje. No i spodobał nam się pomysł konfrontacji teatru, który jest jednak bardzo niszową działalnością, z tak wielką widownią.

Interdyscyplinarny moloch

Pomysł może być szokujący – przynajmniej dla tych, którzy nie znają historii letnich festiwali młodzieżowych. Owszem, nawet ci wiedzą, że zaczęła się w 1969 r. w Woodstock, ale czy pamiętają pełną nazwę tamtej imprezy, kojarzonej dziś przede wszystkim z muzyką? Otóż tamten oryginalny Woodstock miał podtytuł Music and Arts Fair – dosłownie: Jarmark Muzyki i Sztuki. Rzecz w tym, że organizatorzy, szukając farmy, której właściciel wynająłby im pole, i zabiegając o aprobatę miejscowych władz, nie chcieli straszyć hipisami i muzyką rockową, nazwiskami Janis Joplin czy Jimiego Hendrixa. Przegląd różnych form działalności artystycznej, wzbogacony – jak zapowiadali – pojedynczymi występami składów folkowych i jazzowych, robił więc za kit wciskany mieszkańcom okolicy, którzy byli w stanie go przełknąć tym chętniej, że wpisywał się w miejscową tradycję. Woodstock był od XIX w. kolonią malarzy i rzeźbiarzy.

W 1969 r. sztuki plastyczne były więc w Woodstock listkiem figowym. Co nie znaczy, że grało się tu tylko muzykę. We wspomnieniach festiwalowych pojawia się na przykład objazdowa hipisowska trupa teatralna The Earthlight Players. W filmie Anga Lee „Zdobyć Woodstock” odmalowani zostali w sposób jaskrawy, ale zaskakująco współczesny: są tu grupą zwolenników nowych form teatralnych, która nie ma pieniędzy na opłacenie czynszu za wynajem stodoły w Woodstock, a zarazem jest zbyt bezkompromisowa i uduchowiona, żeby zająć się ich zarabianiem. Zamiast tego aktorzy biegają po okolicy na golasa, wprawiając w popłoch konserwatywnych mieszkańców.

Swoją trupę teatralną – zazwyczaj w typie plenerowych widowisk ulicznych – ma prawie każdy liczący się letni festiwal nawiązujący do Woodstock. Czy to na duńskim Roskilde, czy na belgijskim Pukkelpopie akcje teatralne na terenie festiwalu urozmaicają ofertę, pomagają odbiorcom odetchnąć między koncertami.

Czołowa europejska impreza letnia, kojarzona przede wszystkim z muzyką, popularne brytyjskie Glasto (z tradycją sięgającą 1970 r.), całą różnorodność oferty sugeruje już w nazwie: Glastonbury Festival of Contemporary Performing Arts. Już w latach 90. grały tu teatry, występowali tancerze, popisywali się cyrkowcy, a poeci recytowali własne wiersze – korzystając z ponadstutysięcznej widowni i infrastruktury festiwalowej. Dziś to interdyscyplinarny moloch, ale nawet w wersji najdawniejszej nazywało się to Glastonbury Fayre, czyli miało w nazwie archaiczną odmianę tego samego słowa, które pojawiło się w Woodstock – opisującego bardziej jarmark czy festyn niż święto sztuki. Obowiązywał tu bowiem wzorzec wzięty ze średniowiecza, gdy trupy teatralne swobodnie łączyły żonglerkę i muzykę, taniec i poezję.

W najnowszej historii polskich festiwali muzycznych też sporo się ostatnio mieszało. Na wskrzeszonym festiwalu w Jarocinie występował Teatr Polonia Krystyny Jandy, a rozpoznawalną i chwaloną częścią katowickiego Off Festivalu jest od lat Kawiarnia Literacka – występy i spotkania pod kuratorską opieką Wojciecha Kuczoka (w roku ubiegłym m.in. Michał Witkowski, Janusz Rudnicki, Bohdan Zadura). Pojawi się ona w programie imprezy również w tym roku. Jeszcze w Mysłowicach, swojej poprzedniej lokalizacji, Off zaskoczył wielką akcją prezentującą sztukę ulicy, w której wzięli udział m.in. Edward Dwurnik, Wilhelm Sasnal i Agata Bogacka. Do dziś można zobaczyć jej ślady w mieście w postaci artystycznych murali.

Zdaniem Artura Rojka, pomysłodawcy i organizatora imprezy, to zupełnie naturalne połączenie w świecie, gdzie wszystkie dziedziny swobodnie się ze sobą mieszają. – Dostęp do informacji nie jest niczym ograniczony, a muzyka, sztuka czy literatura w wielu zakresach przemawiają tym samym językiem – uważa. Dla niego liczy się przy pracy nad niemuzycznymi projektami Off Festivalu jego osobiste zainteresowanie światem sztuk wizualnych i stwarzanie zaskakujących sytuacji. – Trzeba było zobaczyć ludzkie miny, kiedy Joanna Rajkowska rozdawała ostrygi na rynku w Mysłowicach – wspomina. – Albo kiedy zaczynaliśmy wystawę „Something Must Break”, wypuszczając w górę, bez żadnej zapowiedzi, w milczeniu, napis „The End” na kolorowych balonach, tuż przed osiedlem bloków mieszkalnych.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną