Kultura

Narodziny generacji buntowników

Legenda bitników na ekranie

Kadr z filmu Waltera Sallesa „W drodze” Kadr z filmu Waltera Sallesa „W drodze” Gutek Film / materiały prasowe
Ekranizacja słynnej książki Jacka Kerouaca „W drodze” wystawia pomnik barwnej legendzie bitników. To piękna wizualnie podróż w poszukiwaniu kresu młodości amerykańskiego straconego pokolenia.
Kristen Stewart jako MarylonGutek Film/materiały prasowe Kristen Stewart jako Marylon
Jazzowy klub bitników w 1960 r., Ft Worth, TeksasGetty Images/FPM Jazzowy klub bitników w 1960 r., Ft Worth, Teksas

Karkołomnego zadania sfilmowania świętej księgi outsiderów, wyrzutków i rebeliantów podjął się 55 lat po jej publikacji cudzoziemiec, brazylijski erudyta, mistrz nostalgicznej odmiany kina drogi Walter Salles. Po siedmiu latach bezustannego krążenia szlakami bohaterów książki i nakręceniu dokumentu o ich niespokojnym, szaleńczym życiu, w końcu właśnie jemu udało się okiełznać rozwibrowany, nielinearny, improwizowany styl prozy Kerouaca, pogardliwie nazywany przez Trumana Capote’a nie pisarstwem, tylko stukaniem w klawiaturę. Przed Sallesem nie sprostali wyzwaniu nawet tak doświadczeni twórcy jak Francis Ford Coppola czy Gus Van Sant, którzy nawet dłużej niż on bezskutecznie zmagali się z oporną materią językową nowatorskiej powieści.

Salles odrzucił oczywistą pokusę uwspółcześnienia książki, wszedł w tamten świat zawierzając ulotnej naiwności, bezrozumnemu szaleństwu, a niekiedy wręcz śmieszności poczynań pionierów pokolenia „buntowników bez powodu”. Oparł się na kanonicznej, najbardziej zagmatwanej, ale i najbardziej szczerej wersji książki, powstałej pod wpływem traumy pisarza, wywołanej śmiercią ojca (oficjalnie wydano ją na Zachodzie dopiero pięć lat temu). Uprościł i skondensował wątki, akcentując pełną gamę pokrewnych problemów odciskających dotkliwe piętno na psychice nadwrażliwych bohaterów, np. rozpaczliwe poszukiwanie ojcowskiego autorytetu przy jednoczesnej absolutnej negacji patriarchalnego systemu wartości; silna fascynacja męskością, skrywająca niepewność co do własnej orientacji seksualnej, czy wreszcie apoteoza nieodpowiedzialności i bezkarności, w której istotną rolę odgrywa tęsknota za tradycyjną, rodzinną, mieszczańską stabilizacją.

Całą resztę Salles zepchnął na margines, co dla fanów książki opisującej gniew i niezadowolenie z zakłamanej Ameryki lat 50., utożsamianej z nowoczesnym Babilonem kontrolowanym przez opresyjną władzę, może okazać się trudne do przełknięcia.

Głównym tematem filmu nie jest bunt, lecz zagubienie, dramat przyjaźni i dojrzewania pokolenia 16-, 17-latków, którzy w sytej i zadowolonej z siebie Ameryce lat 50. nie potrafili znaleźć sobie miejsca.

Pokazuję ludzi, którzy chcieli poczuć smak prawdziwej rzeczywistości nie poprzez ekran telewizora, tylko na własnej skórze – mówi POLITYCE Walter Salles. – Stawiając swoje pierwsze kroki, nie wiedzieli, kim się potem staną. W tym sensie nie jest to film o ruchu bitników, lecz o jego prapoczątkach zapisanych na kartach niezwykłej powieści.

Powieść na rolce papieru kuchennego

Ten potok słów (z jednym tylko akapitem) na długiej, liczącej 76,2 m rolce papieru kuchennego musiał działać na pierwszych czytelników wybuchowo, skoro autor dopiero po pięciu latach od zakończenia dzieła znalazł wydawcę. Powieść – albo, jak wolą niektórzy, antypowieść – Kerouaca powstała w 1951 r., a ukazała się (po licznych narzuconych przez edytora ingerencjach) w 1957 r.

Jak pisał Jerzy Jarniewicz w eseju poświęconym książce Kerouaca, „mimo starań autora i jego przyjaciół żaden z wydawców nie odważył się jej opublikować, przerażony zapewne nowatorską, pozornie chaotyczną formą, a jeszcze bardziej szokującym immoralizmem, widocznym zwłaszcza w stosunku autora do zakazanych używek i wolnego seksu”.

Brazylijczyk Walter Salles, autor uduchowionego melodramatu „Dworzec nadziei” oraz „Dzienników motocyklowych”, natchnionej adaptacji kultowego pamiętnika Che Guevary, ukazującego młodego rewolucjonistę jako świętego, przygląda się temu wszystkiemu z proustowskim dystansem.

Tak jak Kerouaca fascynuje go szał życia, podpatrywanie nieukształtowanych jeszcze postaw, obserwacja ludzi, którzy płoną, płoną, płoną i nie wiedzą, w którą stronę pójść, kim się staną ani jaką cenę przyjdzie im za to zapłacić. Jednocześnie ciągnie go w stronę moralitetu, pokazywania wyraźnej granicy między dobrem a złem, co stoi w sprzeczności z bezkompromisową, obrazoburczą wymową książki. Do przeklętej, rozwichrzonej przypowieści o samozatraceniu brakuje filmowi dzikości, niekonwencjonalnego spojrzenia. A może reżyser okazał się zbyt rozważny, bo efekt jest taki, że powstała dość klasycznie skonstruowana, w sumie mocno zachowawcza historia o wykluwaniu się duszy artysty, autoterapii poprzez pisanie.

Jeżeli jednak spojrzy się na film jak na dramat rekonstruujący okoliczności powstania książki Kerouaca, można uznać, że reżyserowi udało się stworzyć coś interesującego. A od strony zdjęciowej i aktorskiej (na wyróżnienie zasługuje zwłaszcza Kristen Stewart w roli muzy nimfomanki) film jest po prostu znakomity.

Ze wschodu na zachód i z powrotem

U Kerouaca nie ma ani tradycyjnej fabuły, ani przejrzystej konstrukcji, która ułatwiałaby lekturę czytelnikowi nawykłemu do odbioru romansów, sensacji w miękkich okładkach czy thrillerów tak popularnych w Ameryce w czasach powojennej prosperity, kiedy to najbogatsze państwo świata wchodziło w epokę zaawansowanej technologicznie kultury masowej.

Upraszczając można powiedzieć, że zgodnie z tytułem narrator i inni bohaterowie zajmują się głównie przemieszczaniem się ze wschodu na zachód Ameryki i odwrotnie, doświadczając przy okazji rozmaitych doznań erotycznych, psychodelicznych, alkoholowych oraz oddając się długim rozmowom o życiu i sztuce. W nielicznych przerwach w owej nieustannej włóczędze w poszukiwaniu mistyki życia zdarza im się podejmować jakieś dorywcze prace. Głównym wątkiem powieści jest przyjaźń dwóch niespokojnych dusz: charyzmatycznego, świętego szaleńca Deana Moriarty’ego (granego przez Garretta Hedlunda) i zafascynowanego nim początkującego pisarza Sala Paradise’a (Sam Riley), który w ekspresowym tempie odbywa edukacyjną podróż od młodości do dorosłości.

Najważniejsza jest jednak chyba muzyka, czyli jazz. Interpretatorzy twórczości Kerouaca często zwracają uwagę, że czytany głośno tekst „W drodze” poddaje się osobliwym podziałom na okresy zdaniowe, co może sprawiać wrażenie frazowania w jazzowej improwizacji. Dokładnie to samo dotyczy słynnego poematu Allena Ginsberga „Skowyt”.

Beat Generation, w wolnym przekładzie „stracone, pobite pokolenie”, to zarazem nazwa subkultury, jak i środowiska literacko-artystycznego, którego najważniejszą ekspozyturą w połowie lat 50. był San Francisco Renaissance, grupa poetycka utworzona między innymi przez Cida Cormana, Lawrence’a Ferlinghettiego, Allena Ginsberga, Michaela McClure’a i Jacka Kerouaca.

Byli nie tylko poetami, ale też emblematycznymi reprezentantami licznej społeczności o charakterze cyganeryjnym, która stanowiła wielką część publiki nowych trendów powojennego jazzu, takich jak bebop i cool, uprawianych w Harlemie poza oficjalnym systemem. Charlie Parker, Dizzy Gillespie, Stan Getz, Dexter Gordon, no i oczywiście młody Miles Davis to byli główni idole.

 

 

Muzyczna jazda po bandzie

Ta nowa muzyka radykalnie zerwała z rozrywkowo-tanecznym jazzem przedwojennym i jego swingową kontynuacją w postaci big-bandów Glena Millera. Była zjawiskiem porównywalnym z największymi rebeliami rockowymi w latach 60. Nowi artyści postawili na własną, niczym nieograniczoną ekspresję. Nie chcieli, jak Louis Armstrong, umilać czasu bogatym bywalcom drogich klubów hotelowych i estrad w modnych miejscach turystycznych. Chcieli grać to, co sami uznawali za dobre, zaś dobre było przede wszystkim szaleństwo improwizacji, muzyczna jazda po bandzie, wyrażanie w muzyce tego, co daje kokaina albo heroina – na przemian doznawanie kosmicznego przyspieszenia, szamańskiej ekstazy i onirycznego odlotu.

Kerouac poznał to środowisko dzięki Garry’emu Newmanowi, znawcy jazzu, z którym dzielił pokój jeszcze w czasach studenckich po przenosinach z rodzinnego Lowell w Massachusetts do Nowego Jorku – twierdzi reżyser. – Pomagał mu piratować nagrania i tę gorączkę przeniósł potem do literatury.

Wszyscy ci artyści bopu, którzy z jazzu uczynili nieokiełznaną ekspresję, szokowali też swoim stylem życia. Pod tym względem Charlie Parker był prekursorem straceńczych hipisowskich rockmanów z późnych lat 60. Publiczność boppersów zachowywała się tak samo jak oni – nie stroniła od ostrych używek, przygodnego seksu i różnych innych ryzykownych zachowań. Młodzi ludzie odwiedzający kluby muzyczne Nowego Jorku czy San Francisco stali się w efekcie rozpoznawalną subkulturą. Nazywano ich hipsterami, a konserwatywna prasa określała ich jako osobników, którzy z powodu swoich nałogów zapominają o fryzjerze i mydle. W rzeczywistości chodziło o swoistą odmianę dandyzmu. Amerykański hipster próbował traktować życie jak materiał do stworzenia dzieła sztuki, a że cenił wyłącznie awangardę, to i swoje życie skłonny był poddawać eksperymentom.

Wyzwanie rzucone Ameryce

We wczesnych latach 50. hipster stał się bitnikiem. Rzucił wyzwanie Ameryce, a konkretnie – amerykańskiemu konserwatyzmowi. W grę wchodziły już nie tylko takie czy inne gusta estetyczne albo kwestie artystycznej wrażliwości, ale otwarcie rebeliancka postawa wobec tak zwanych tradycyjnych wartości.

Ginsberg w poemacie „Skowyt” oskarża Amerykę o hipokryzję i szaleństwo, a przy okazji uprawia apologię anarchicznej wolności i tego, co ponad 10 lat później zostanie nazwane rewolucją obyczajową. Inny bitnikowski poeta Gregory Corso w wierszu „Marriage” nakreśli karykaturalnie ponury obraz amerykańskiej rodziny typowej dla białej klasy średniej, a Gary Snyder w utworach stanowiących reminiscencję doświadczeń wojennych zadrwi nawet z amerykańskiego patriotyzmu.

Pierwszy był jednak Jack Kerouac, który uchwycił właśnie ten moment, kiedy radykalnie luźny styl życia przeobraża się w rodzaj kontestacji. Narrator „W drodze” Sal Paradise (alter ego autora), Dean Moriarty (Neal Cassady), Carlo Marx (Allen Ginsberg), Stary Byk Lee (William Burroughs) współtworzą coś na kształt społeczeństwa alternatywnego, pokazując, jak można funkcjonować z dala od rodziny, pieniędzy, masowej rozrywki, polityki i wszystkiego, czym żyła osławiona amerykańska „milcząca większość” oraz jej bynajmniej niemilczący przywódcy opinii. Najważniejsze są dla nich – użyjmy terminu Edwarda Abramowskiego – związki przyjaźni.

Ciekawe, bo przecież bohaterowie „W drodze”, zwłaszcza jej ekranowej wersji, sprawiają przede wszystkim wrażenie beztroskich hedonistów, nie zaś szlachetnych romantyków czy tym bardziej rebeliantów. Rychło przekonujemy się jednak, że ta beztroska i ten hedonizm to nie tylko i nie tyle uganianie się za przyjemnościami, ile wyraz spontaniczności stanowiącej radykalne przeciwieństwo cnót mieszczańskich kultywowanych przez „porządnych obywateli”. Czy można się dziwić, że szef FBI Edgar Hoover zaliczył bitników do najgorszych wrogów Ameryki zaraz po komunistach?

Zaiste, twórczość reprezentantów Beat Generation z Jackiem Kerouakiem na czele nie pozostawia wątpliwości – chodzi w niej o niemal całkowite zakwestionowanie zastanej kultury, czyli dominującej kultury Ameryki z jej obsesjami komunistycznego zagrożenia i rozpadu tradycyjnego systemu wartości jako podstawy „amerykańskiego sposobu życia”.

 

 

W Brazylii powieść w wersji ocenzurowanej ukazała się w 1974 r. Mimo to dla nas, kiedy ją pierwszy raz czytaliśmy w wieku 18 lat, była manifestem wolności, pokonywania granic niemożliwych do przekroczenia. Otwierała oczy na seks, narkotyki, jazz. Ustanawiała kult spontaniczności – potwierdza reżyser filmu Walter Salles, dodając, że odkłamywanie wizerunku Ameryki niespecjalnie go wtedy interesowało.

Wspomniani przez Sallesa brazylijscy cenzorzy podzielali obawy północnoamerykańskich sukcesorów tradycji purytańskiej, wedle których nadmiar obyczajowej swobody spycha ludzkość w otchłań piekła. Dziś ten motyw podchwytują w kampanii prezydenckiej w USA radykalnie prawicowi zwolennicy Romneya, zarzucający urzędującemu prezydentowi, że daje posłuch demoralizatorom, co nieuchronnie przyczyni się do triumfu globalnego lewactwa.

W powieści Kerouaca bezpośrednich odniesień do polityki jest niewiele, władzę reprezentują i symbolizują policjanci – nienawistni, ksenofobiczni i tępi, nierzadko obarczeni sadystycznymi skłonnościami. Autor „W drodze” nie miał złudzeń: „Policja amerykańska prowadzi wojnę psychologiczną przeciwko tym Amerykanom, którzy nie zmitygują władzy imponującymi dokumentami i groźbami. To dosłownie wiktoriańscy policjanci; wyglądają z zatęchłych okien, wypytują o wszystko, a jak im nie w smak, że ktoś nie popełnił przestępstwa, to mu je wymyślą”.

Powrót hipsterów

W gruncie rzeczy bitnicy byli prekursorami kontrkultury. Jak pisał John Clellon Holmes w eseju zamieszczonym w krytycznej edycji „On the Road” z 1979 r.: „mieli oni swoich tragicznych bohaterów, takich jak Charlie Parker, aktor James Dean i poeta Dylan Thomas” i odbyli drogę „od bebopu do rock and rolla; od hipsteryzmu do zen buddyzmu”.

Bitnicy to naprawdę dobry przykład ilustrujący podstawowy mechanizm kontrkultury, polegający na odrzuceniu tego, co powszechne, na rzecz tego, co niszowe, oraz tego, co macierzyste, na rzecz tego, co egzotyczne.

Najpierw zafascynowali się muzyką, która była przecież elementem nowej kultury czarnych Amerykanów, podczas gdy oni wywodzili się z białych, przeważnie średniozamożnych rodzin. Urodzili się jako protestanci, katolicy lub żydzi. Potem czarna kultura, a zwłaszcza jej awangardowe odmiany, jak bebop i cool w jazzie, stała się ich własną kulturą w odróżnieniu od głównego nurtu kultury masowej, a także „sztuki akademickiej”. Kolejnym etapem były poszukiwania duchowe, w efekcie których między innymi Ginsberg, Corman i Snyder zaczęli praktykować zen, a Jack Kerouac napisał „Wędrowców Dharmy”, powieść inspirowaną buddyzmem tantrycznym.

W połowie lat 60. Allen Ginsberg stanie się nieformalnym przywódcą rodzącej się właśnie hipisowskiej kontrkultury. Wprawdzie Kerouac w kilku wywiadach dystansował się od tego wszystkiego i prowokacyjnie oznajmiał pod koniec życia (zmarł nękany alkoholizmem w 1969 r.), że zawsze nosił na szyi krzyż i umrze jako katolik, ale zarówno „W drodze”, jak i „Wędrowcy Dharmy” tudzież „jazzowe” wiersze Kerouaca to przecież najbardziej wyraziste wcielenia idei bitnikowskich.

Kiedy dziś zastanawiamy się nad fenomenem Beatu, także w kontekście ekranizacji powieści Kerouaca, odkrywamy, że ten osobliwy ruch artystyczno-subkulturowy dał początek niemal wszystkim późniejszym kulturowym rebeliom, które próbowały zmieniać świat w imię niczym nieograniczonej wolności. Duch bitnikowski zawiera się przecież i w hipisowskiej „utopii realizowanej”, i w punkowej rewolcie estetycznej, ba, mówi się ostatnio, że jest obecny nawet w hip-hopie.

Parę lat temu zrewitalizowali się hipstersi, w czym, zdaje się, największą zasługę mieli publicyści zajmujący się modą, ale tak czy inaczej zapomniany przez dekady termin wrócił do obiegu, co daje efekt symboliczny. Historia zatoczyła koło, a Kerouac, Ginsberg i Burroughs zyskują fanów w pokoleniu dzisiejszych studentów i licealistów.

Polityka 37.2012 (2874) z dnia 12.09.2012; Kultura; s. 74
Oryginalny tytuł tekstu: "Narodziny generacji buntowników"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną