Franciszek Walicki: Robiłem to, co chciałem

Mają się nas bać
Legenda polskiego rock’n’rolla opowiada o tworzeniu rockowej sceny muzycznej pod okiem cenzury, niepolitycznym buncie i kiczowatości rockmanów oraz o wadze punktualności.
Franciszek Walicki – dziennikarz, animator kultury, tekściarz. Zastał Polskę Ludową, a zostawił rock’n’rollową.
Maro Oleksicki

Franciszek Walicki – dziennikarz, animator kultury, tekściarz. Zastał Polskę Ludową, a zostawił rock’n’rollową.

Jego najnowsza książka, „Epitafium...”, wbrew pozorom  nie jest lekturą o umieraniu, a pochwałą rock’n’rolla.
materiały prasowe

Jego najnowsza książka, „Epitafium...”, wbrew pozorom nie jest lekturą o umieraniu, a pochwałą rock’n’rolla.

Walicki na Festiwalu Młodych Talentach w Słupsku.
Gerard/Reporter

Walicki na Festiwalu Młodych Talentach w Słupsku.

Jarek Szubrycht: – W nowej książce „Epitafium na śmierć rock’n’rolla” twierdzi pan, że „pocisk wystrzelony z armaty rock’n’rolla 50 lat temu w Gdańsku”, choć szybował długo i pięknie, już opadł na ziemię. Że to już koniec.
Franciszek Walicki: – Tak myślę. Ale wbrew pozorom „Epitafium...” to nie jest książka o umieraniu, to pochwała rock’n’rolla, który był nie tylko zjawiskiem muzycznym, ale także przesłaniem kilku niegłupich pokoleń. Poza tym na festiwalu w Jarocinie odpalony został kolejny pocisk z napisem „rock” – i tu już się zaczęła pana muzyka.

Naprawdę musimy to rozdzielać? Przecież Jarocin to dzieci Niemena, SBB i Nalepy. Może niesforne, rozbrykane – jak to dzieci – ale jednak krew z krwi!
No tak, tylko widzi pan, rock’n’roll był symbolem niezależności, odrębności, swobody. Miał własne obrzędy, obyczaje, modę, stworzył całą kulturę. Gdzie to wszystko dzisiaj jest? Współczesna muzyka nie ustanawia już nowych kanonów kulturowych. No, może punk miał taką siłę, rap też w pewnym stopniu, ale to wszystko. Mam nadzieję, że moja książka pozwoli zrozumieć tym, którym nazwiska prekursorów rock’n’rolla kojarzą się z dinozaurami, że ich muzyka powstała właśnie za sprawą tych odległych widm przeszłości. Czesław Niemen, Niebiesko-Czarni czy Breakout robili to na długo przed ich urodzeniem. Muzyka współczesna ma chyba z 15 różnych nazw, ale za to nie ma z kim walczyć. Cenzura? Proszę bardzo – róbcie, co chcecie!

Pana cenzura bardzo nękała?
W 1970 r. założyłem pismo muzyczne „Musicorama”. Było bardzo ładne od strony graficznej, o co zadbał Jerzy Krechowicz, wówczas jeszcze student, który wydał mi się bardzo zdolny (później został rektorem Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku). I wymyśliliśmy sobie, żeby w którymś numerze dać na całą stronę fotografię Jimiego Hendrixa. Cenzor na to: „Nie damy tego zdjęcia, nie będziemy popularyzować dewianta i narkomana”. Wykłóciłem się z nimi i poszło, ale bez podpisu. Kolejny numer i znów ten sam problem, tylko z fotografią Jimmy’ego Page’a z Led Zeppelin. „Nie będziemy popularyzować wśród młodzieży długich włosów”. A ja na to: „Jak to? Od kiedy kobiety nie mają prawa nosić długich włosów? Przecież ta Jimmy Page jest niemal tak popularna jak Janis Joplin!”. Na to cenzor: „Ach, no tak, przecież mam nawet jej płytę” – i zdjęcie poszło.

Niechęć czy wręcz wrogość ze strony władz nie dziwi mnie tak, jak fakt, że Gdański Jazz Club, któremu pan szefował, został w 1961 r. wydalony z Polskiej Federacji Jazzowej za „odchylenie rock’n’rollowe”. To absurd nawet jak na standardy PRL – przecież jazzmani raptem kilka lat wcześniej byli szykanowani w podobny sposób. Zapomniał wół, jak cielęciem był?
Mnie też to bardzo zaskoczyło i przygnębiło. Nie wiem, komu przeszkadzaliśmy, dostaliśmy tylko pismo z Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych: „Ulega likwidacji, możecie składać odwołania”. Nie wiem, czemu jazzmani byli tak wrogo nastawieni do rock’n’rolla... Sam zresztą przez jakiś czas byłem bardzo zaangażowany w środowisko jazzowe, ale przestało mnie to interesować, kiedy jazz wkroczył do filharmonii, kiedy stał się muzyką elit i publiczność przebrała się w eleganckie garnitury. Dla mnie stał się wtedy czymś obcym. Jeszcze bardziej to wrażenie pogłębił we mnie Leopold Tyrmand, ten bóg jazzu. Przyszedł kiedyś do mnie z płytą The Rolling Stones. Wręczył mi ją i powiedział: „Franek, musisz posłuchać tej płyty. Zobaczysz, że jazz nie dorasta do pięt temu, co tu robi Jagger”.

Kiedy po raz pierwszy usłyszał pan muzykę rock’n’rollową, miał pan 38 lat. Był pan już dojrzałym mężczyzną, po traumatycznych doświadczeniach okupacji i służbie w Marynarce Wojennej, miał pan rodzinę na utrzymaniu. Rzucić wszystko i poświęcić się tej nowej muzyce – to był akt odwagi.
Moja żona była temu bardzo przeciwna. „Franek! Ty, taki poważny dziennikarz, będziesz się zajmował jakimiś rock’n’drollami? To przecież śmieszne jest – mówiła. – Tobie nie wypada!”.

Co pana tak w rocku pociągało?
Sama muzyka niespecjalnie mnie wtedy interesowała. Do dzisiaj zresztą uważam, że rock’n’roll to kicz, ale połączony z czymś ważnym, z przesłaniem, które wykonawcy chcą przekazać swoim odbiorcom. Poświęciłem się rock’n’rollowi, ale nie od razu wiedziałem, że postępuję słusznie, chociaż działy się rzeczy, które dawały mi wiele do myślenia. W 1959 r., po koncercie zespołu Rhythm&Blues, podeszła do mnie dziewczynka. Miała może 12, najwyżej 13 lat. „Widziałam, że rozmawiał pan z panem Bogusławem Wyrobkiem – mówi o liderze zespołu. – Ja nie mam odwagi do niego podejść, ale bardzo chciałabym mieć jego autograf. Już zresztą mam po nim bardzo cenną pamiątkę”. „Jaka to pamiątka?” – pytam. Na to ona zdejmuje z szyi medalik i otwiera. Myślałem, że będzie tam zdjęcie Wyrobka, a tu włos! „To włos pana Wyrobka?”. „Nie! – ona na to. – To włos psa pana Wyrobka”.

Kiedy to usłyszałem, pomyślałem sobie: co tu się dzieje? Ale wiedziałem, że to nie jest tylko śmieszne, to musi być coś ważnego... Podobne wrażenie miałem, kiedy po raz pierwszy usłyszałem „Autobiografię” Hołdysa, z tekstem Olewicza, to wyznanie nastolatka. I po raz trzeci zdarzyło mi się to w 1986 r. w Operze Leśnej w Sopocie, gdzie organizowałem spotkanie dinozaurów, pod nazwą Old Rock Meeting. Wojtek Gąssowski zaczął śpiewać „Zielone wzgórza nad Soliną”, a ludzie w płacz... I te trzy wydarzenia – dziewczynka z włosem, „Autobiografia” i Old Rock Meeting – ułożyły mi się w jedną całość. Było dla mnie jasne, że ten kicz trzeba traktować poważnie.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną