Kultura

Poskramianie ego

Małgorzata Braunek: młodość nieśmiertelna

Małgorzata Braunek zmarła 23 czerwca 2014 r. Miała 67 lat. Małgorzata Braunek zmarła 23 czerwca 2014 r. Miała 67 lat. Facebook
Była jedną z ostatnich prawdziwych gwiazd polskiego kina i jedną z pierwszych buddystek w kraju. Zmarła 23 czerwca 2014 po długiej walce z nowotworem.
Braunek łączyła grę w serialu i nauczanie dharmy.Leszek Zych/Polityka Braunek łączyła grę w serialu i nauczanie dharmy.
W życiu ciepła, kumpelska. Na ekranie – swoje przeciwieństwo: zimna manipulatorka albo wyszczekana pseudointelektualistka.Leszek Zych/Polityka W życiu ciepła, kumpelska. Na ekranie – swoje przeciwieństwo: zimna manipulatorka albo wyszczekana pseudointelektualistka.
Najważniejsze role filmowe.St. Film. Zebra, St. Film. Kadr, Filmoteka Narodowa/materiały prasowe Najważniejsze role filmowe.
Małgorzata Braunek sportretowana przez Zofię Nasierowską.Zofia Nasierowska/Reporter Małgorzata Braunek sportretowana przez Zofię Nasierowską.
Roshi Braunek stawiała na uśmiech i tolerancję dla ludzkich słabości.Leszek Zych/Polityka Roshi Braunek stawiała na uśmiech i tolerancję dla ludzkich słabości.

[Tekst opublikowany w dodatku POLITYKI „Sztuka Życia” 14 listopada 2012 r.]

Po ojcu, przedwojennym oficerze kawalerii, który darł jej książki do historii, żeby nie uczyła się kłamstw, odziedziczyła wstręt do PRL, artystyczne aspiracje i romansową naturę. Po matce, rygorystycznej ewangeliczce – silny charakter i potrzeby duchowe. Reszty dopełniły uroda i talent do trafiania w swój czas. Jej były mąż, reżyser Andrzej Żuławski, pisał, że była nie tyle aktorką, co gwiazdą: „Miała blask... ale przestała grać i blask straciła... Inne sprawy ją zaprzątały, do innego Boga zmierzała...”.

Pierwsze role zaczęła grać po pierwszym roku studiów. Daniel Olbrychski zobaczył ją w małej roli w „Żywocie Mateusza” z 1967 r., w reżyserii Witolda Leszczyńskiego: – Była w kostiumie kąpielowym, zmysłowa atletka, pływaczka, bardzo piękna: dupiasta, cycata. Krystian Lupa, twórca przedstawienia „Persona. Ciało Simone”, w którym Małgorzata Braunek ponownie, po czterech dekadach, zadebiutowała na teatralnej scenie, od razu w roli quasi-autobiograficznej, aktorki z długą przerwą w karierze – także był nią zachwycony, choć zapamiętał ją nieco inaczej: – Była w niej tajemnica i ta absolutnie piękna twarz z gotyckich obrazów.

Ikoną pokolenia stała się dwa lata później, kiedy w 1969 r. do kin weszło „Polowanie na muchy” Andrzeja Wajdy. I choć zagrała tam czarny charakter – kobietę modliszkę, która traktuje swoich mężczyzn jak tarany w walce o władzę, pozycję i pieniądze, ulice zaludniły się jej sobowtórami: w krótkich sukienkach, botkach, ogromnych niebieskich okularach-muchach i z wyszczerzonym uśmiechem. Po niej tylko Agnieszka Krystyny Jandy z „Człowieka z marmuru” znajdzie tłumy naśladowczyń.

Pozycję gwiazdy Braunek ugruntuje rolami z kanonu lektur polskich: posągowej Oleńki Billewiczówny z „Potopu” i tragicznej Izabeli Łęckiej w telewizyjnej ekranizacji „Lalki” Prusa.

A potem, w wieku 33 lat, odejdzie z zawodu, odda się medytacji, zostanie kapłanką buddyjską, by na ekran kinowy powrócić trzy dekady później. I to od razu w filmie, który składa hołd gwiazdom kina mitycznych lat 60. i 70. – Ma olbrzymią charyzmę, jest ikonograficzna – tłumaczy Jacek Borcuch, reżyser nostalgicznych „Tulipanów”. – Wciąż pamiętam jej Oleńkę i Izabelę Łęcką. Dla mnie, wtedy nastoletniego, nie była ani piękna, ani brzydka, wymykała się kategoriom, była po prostu magnetyczna. Rolę Marii pisałem dla niej, ale dojrzała do decyzji zagrania w filmie dopiero kiedy powiedziałem, że jest inspirowany nową falą francuską, Lelouchem i jego „Kobietą i mężczyzną” (oraz podejrzewam wstawiennictwo jej syna Xawerego). I dodaje: – Na planie emanowała spokojem, miała wielki dystans do grania, po prostu była. I tak jest do dziś, gdy występuje w kolejnych sezonach emanującego optymizmem serialu „Dom nad rozlewiskiem” według bestsellerowej sagi Małgorzaty Kalicińskiej. Długie blond włosy zostały ścięte, wyszczerzone zęby Ireny z „Polowania na muchy” czy histerycznie otwarte usta narzeczonej z „Diabła” Żuławskiego zastąpił szczery, głośny śmiech osoby życiowo spełnionej. Dekady się zmieniają, a Braunek wciąż lśni blaskiem, tyle że teraz już nie aktorki, a buddyjskiej mistrzyni.

Skandynawski typ

„Taka trochę zdrowa rzepa. Ładne blond włosy miałam. Długie, gęste” – tak opisuje siebie z czasów szkoły teatralnej w wydanym właśnie książkowym wywiadzie rzece „Jabłoń w ogrodzie, morze jest blisko”. I taką ją zobaczył koneser kobiecego piękna Kazimierz Kutz i obsadził w „Skoku” w roli ambitnej dziewczyny z PGR, która zakochuje się w chłopaku z miasta. Razem z nią grali Marian Opania i Daniel Olbrychski, wszyscy ledwo 20-letni. – Kaziu miał wtedy w zwyczaju trenować swoich młodych aktorów, bankiety odbywały się często – wspomina Olbrychski. – Małgosia nie tylko nie ustępowała nam w toastach, ale i zdarzało jej się zanosić kolegów do ich pokojów. Silna, wyrazista, pasowała Andrzejowi Wajdzie do roli manipulującej mężczyznami, władczej Ireny w „Polowaniu na muchy”. – Wajda się jej bał – opowiada Olbrychski, który asystował reżyserowi i grał jedną z ofiar Ireny. – Poszedł do Kutza po radę, jak z nią postępować, a Kazio mu mówi: Wiesz, Małgorzata Brauning to jest motylek, źdźbło trawy, nitka babiego lata, jutrzenka, trzeba na nią chuchać, trzeba ją pieścić. Wajda się rozmarzył, a Kazio dokończył: Nieźle też przed ujęciem dać jej setę.

W życiu ciepła, kumpelska, lubiąca imprezy, z wielkim poczuciem humoru – Olbrychski pamięta, jak na festiwalu w Moskwie tańczyła na stołach, a potem, na oczach jego i Nikity Michałkowa, zjadła bilet powrotny na samolot do Polski. A na ekranie – swoje przeciwieństwo: zimna manipulatorka, wyszczekana pseudointelektualistka albo pomnik polskiej lub arystokratycznej dumy.

Przed premierą „Potopu” część dziennikarzy i widzowie mieli spore obawy, czy zimna, wyzwolona i na wskroś współczesna Braunek to najlepszy wybór do roli polskiej bohaterki narodowej w XVII-wiecznym kostiumie. Po premierze zaś Janusz Głowacki ironizował, że wszystko to bardzo piękne, tylko dlaczego Oleńkę gra Max von Sydow. Jerzy Hoffman, bardzo swego czasu rozczarowany faktem, że jego Oleńka po ciąży schudła i z dorodnej Polki stała się, o co obwinia jej drugiego męża, Żuławskiego, eteryczną Europejką, broni swojego wyboru: – Kobiety Sienkiewiczowi, poza Basią Wołodyjowską, niezbyt się udały, aktorki, w tym Małgosia, nie miały wielkiego pola do popisu. Zadanie było tym trudniejsze, że Braunek musiała przewalczyć obraz bohaterki, symbolu polskiej niezłomności i patriotyzmu. A jednak sprawiła, że widzowie płakali, oglądając scenę w kościele z pamiętną kwestią: „Jędruś, jam ran twych niegodna całować”. Mimo kilku złośliwych recenzji, widz, zwłaszcza młody, już wtedy ją zaakceptował, zaś złośliwości dziś nikt już nie pamięta. Daniel Olbrychski dorzuca: – Jako Oleńka w „Potopie” była najładniejsza wśród zdolnych i najzdolniejsza wśród ładnych. A Braunek była dumna z faktu, że udało jej się zrobić choć jedną rysę na pomniku, który za Sienkiewiczem zagrała: zasugerowała, że panna broni się przed zalotami księcia Bogusława jakoś bez przekonania.

Nieco więcej ludzkich odruchów mogła dać cztery lata później Izabeli Łęckiej w 9-odcinkowej telewizyjnej ekranizacji „Lalki” w reż. Ryszarda Bera. Jej Izabela jest postacią tragiczną. Z całych sił broni się przed świadomością bycia luksusowym towarem, za który jej ojciec chce kupić od ordynarnego handlarza kilka dodatkowych lat utrzymywania pozorów arystokratycznego życia. „To była trudna rola. Skazana na konfrontację z masowymi sympatiami, które, nie wiedzieć czemu, są po stronie Wokulskiego” – tłumaczyła po latach.

Generalnie jednak trudno nie zgodzić się z miesięcznikiem „Film” w jego analizie aktorstwa Braunek: „Nuta dystansu wobec otaczającego świata będzie tworzyć charakterystyczny efekt rezerwy, jakby namysłu, chłodu i obcości. To właśnie sprawiało, że często dopatrywano się w typie postaci stworzonych przez Małgorzatę Braunek pewnych cech »skandynawskich«”. A dystans, zwłaszcza skandynawski, jest szalenie pociągający.

Hipiska w stanie wojennym

„Z jednej strony ten zawód budził we mnie lęk, z drugiej byłam od niego uzależniona. (...) Byłam dziewczyną spontaniczną, żywiołową. Mogłam nawet sprawiać wrażenie osoby odważnej. I pewnie odwagę miałam, pomimo okropnej nieśmiałości. Nauczyłam się ją ukrywać pod maską człowieka, który niewiele sobie z wszystkiego robi” – wyjaśniała Braunek po latach w „Rzeczpospolitej”. Środowisko i widzowie z rezerwą przyjmowali jej role w wizyjnych, granych na granicy histerii filmach Żuławskiego, gdzie odtwarzała raczej symbole kobiecości niż kobiety z krwi i kości. Choć słynna scena porodu z „Trzeciej części nocy”, którą zagrała wstrząsająco naturalistycznie, do dziś robi wielkie wrażenie.

Odejście z zawodu tłumaczy przesadnym uzależnieniem od grania, zbyt dużymi kosztami psychicznymi. Potrafiła całymi tygodniami leżeć na łóżku w czarnej szacie czekając, aż zadzwoni telefon z propozycją. Nigdy zresztą nie grała dużo, kolejne role filmowe dzielą zwykle co najmniej dwa lata, a krótki epizod występów teatralnych zakończyła ucieczką. Nie udało jej się pokonać paraliżującej tremy, być może spowodowanej brakiem obycia ze sceną i niewielkim warsztatem teatralnym, skoro wczesna kariera filmowa spowodowała, że ma za sobą tylko dwa lata studiów w szkole teatralnej, a dyplom aktorski uzyskała eksternistycznie. W przerwach między filmami, żeby przeżyć, objeżdżała kraj z wieczorkami poezji miłosnej do wtóru fortepianu. Pod koniec lat 70. zaczęła mówić o zmęczeniu wewnętrznym rozdwojeniem osobowości na część, która wykonuje, i tę, która kontroluje. I o potrzebie uwolnienia się od uzależnienia od aplauzu publiczności, od stałej konieczności potwierdzania swojej wartości poprzez reakcje widzów.

Część znajomych zejście Małgorzaty Braunek z ekranu widzi jednak inaczej: to wpływ kolejnego mężczyzny w jej życiu.

Czy jako symbol kobiety wyzwolonej czuła się feministką? – Nie miałam tej świadomości, czasy były inne – odpowiada. Lubię iść pod prąd, ale trochę, nie bardzo, nie na tyle, żeby być liderem jakiejś grupy rewolucyjnej.

Mężczyźni mieli na jej życie ogromny wpływ. Najpierw ojciec, który jako więzień oflagu założył teatr, a potem wspierał córkę podczas występów na konkursach recytatorskich. Potem pierwszy mąż, aktor, z którym wzięła ślub jeszcze na studiach. O początkach związku z Andrzejem Żuławskim opowiada w wywiadzie rzece: „Zawsze pociągali mnie piękni, trochę nieobliczalni artyści. Na dodatek szła za nim fama, że jest jednym z najbardziej utalentowanych filmowców. Czy trzeba mi było czegoś więcej? Zajechał swoim rumakiem – to był najnowszy model Porsche – no to wsiadłam i z piskiem opon odjechaliśmy. On od swojej żony, ja od męża. Wierzyliśmy wtedy głęboko, że nasza miłość usprawiedliwia wszystko”.

We wczesnych latach 70. byli jedną z najszykowniejszych par w kraju, kursowali między Warszawą a Paryżem, który dla Żuławskiego był drugim domem. Zupełnie podporządkowała się jego wizji jej: „Trochę szalonej, ale niewinnej panienki, która tak naprawdę odkrywa życie dopiero przy jego boku”. Schudła, stała się eteryczną blondynką, nawet charakter pisma starała się upodobnić do jego. Nie do końca się udało. Byli razem pięć lat, z tego związku urodził się Xawery Żuławski, dzisiaj reżyser filmowy i telewizyjny.

Trzeci mąż zajechał kolorowym hipisowskim vanem. Andrzej Krajewski był obywatelem Szwecji i współpracownikiem tamtejszej telewizji, dziś tłumaczy na polski m.in. wiersze noblisty Tomasa Tranströmera. Przede wszystkim jednak był hipisem, który czarował opowieściami o podróżach na Wschód. Wkrótce jeździli razem. Podczas jednej z podróży Krajewski robił dla szwedzkiej telewizji wywiady z tybetańskimi lamami – specjalistami od przeprowadzania duszy na drugą stronę. Chodziło o temat gorąco wówczas w Szwecji dyskutowany: kiedy należy pobierać organy do transplantacji. Wtedy poznali Dalajlamę.

Początek lat 80. to był stan wojenny i czas aktorskiego bojkotu środków masowego przekazu. Wielu ludzi, także ze środowiska artystycznego udało się na emigrację wewnętrzną – Braunek i Krajewski nie byli wyjątkiem. Aktorka Lucyna Winnicka założyła Akademię Życia, jeden z pierwszych w Polsce ośrodków rozwoju osobistego. Na zaproszenie psychoterapeuty Jacka Santorskiego do Polski przyjechał Leonard Orr, twórca rebirthingu (metody rozwoju osobistego, w której specjalna praktyka oddechowa ma rozwijać świadomość); Braunek i Krajewski zostali trenerami tej metody. Jacek i Wojciech Eichelbergerowie upowszechniali nowe metody psychoterapii i buddyzm zen. Maciej Zembaty medytował w pełnym lotosie nawet na stacji benzynowej, czekając na zatankowanie. O Braunek mówiono, że wygląda, jakby przed chwilą wyszła z jurty, a to były specjalnie szyte albo kupowane w Paryżu ciuchy. Miała też swój hipisowski znak rozpoznawczy: olejek paczuli, kupowany w paryskim sklepiku.

Umieranie ego na poduszce

To były poszukiwania, na naszej drodze stanął guru Rashnish później znany jako Osho, byliśmy dwa razy u niego w aśramie w Indiach. Ale szybko, także dzięki nauczycielom, którzy wtedy przyjeżdżali do Polski, okazało się, że jednak wolę zen – wyjaśnia wybór swojej ścieżki duchowej. – W zen poznajemy siebie całkowicie. Również od strony psychologicznej i związanych z tym uwarunkowań. Na tej drodze przechodzi się różne etapy wglądów dotyczących nas samych, ale ważne, by to wszystko puszczać, nie zatrzymywać się, iść dalej. W wywiadzie rzece tłumaczy: „Dobrze jest, kiedy praktyka duchowa pozwala nam wyzwalać się z zamkniętego kręgu naszych pragnień, pożądań, naszego nienasycenia”. Japończyk Genpo Roshi, mistrz zen i nauczyciel Braunek, wyrażał to dobitniej. „Musisz umrzeć na tej poduszce!” – krzyczał podczas medytacji siedzących zazen, które zaczynały się zwykle o czwartej rano. Nie wolno się poruszyć – ma boleć. Żeby ego szybciej się wypaliło, używał kiosaku – kija, którym walił po plecach. To był „kij przebudzenia” – medytujący mieli się stać Buddą. Jednocześnie ten sam Genpo Roshi podczas osobistych rozmów był pełen empatii i miłości bliźniego.

Na początku lat 90. Genpo wysłał do Polski swoją francuską spadkobierczynię. Przez półtora roku niemal bez przerwy odbywali trzymiesięczne odosobnienia w górach pod Karpaczem – polegały na praktyce siedzenia i unieruchomienia ciała i umysłu podczas medytacji.

Umysł trenuje się także za pomocą koanów: „To niekiedy proste pytania, paradoksy słowne lub sytuacyjne, które absorbujesz swoim ciałem i umysłem”, np. „Kim jestem?”, „Co to jest Mu?”, „Pokaż mi dźwięk jednej dłoni” – tłumaczy Braunek w wywiadzie rzece. Celem jest dotarcie do Źródła: „Granice zacierają się, przestajemy postrzegać siebie, świat, innych jedynie z perspektywy »ja«. Stajemy się niczym bezgraniczna wielka przestrzeń, w której zawiera się wszystko i nie ma już nic poza tym. Wówczas małe skoncentrowane na sobie »ja« rozpuszcza się w tej przestrzeni jak kropla w morzu. W zamian pojawia się ja, które zawiera wszystko, może już przestać szukać, miotać się, bo jest pełne i kompletne. Różnie je nazywamy w zen – albo Prawdziwą Naturą, albo Wielkim Oczyszczeniem. Można je też nazwać Wielkim Umysłem. Co nie znaczy, że w tym stanie przebywamy cały czas”.

Medytuje od ponad 30 lat. Codziennie rano, po wzięciu prysznica, robi kilka oczyszczających oddechów i przez pół godziny siedzi w pozycji pół­lotosu. Dwa razy w tygodniu w zendo – pawilonie do medytacji – na tyłach jej ogrodu spotyka się Sangha Kanzeon, której, jako kapłanka zen, Roshi (osoba „z wielką wiedzą i doświadczeniem” – przyp. red.) Braunek przewodzi. W porywach pięćdziesiąt osób. Każdy nauczyciel przekazuje Dharmę – nauki Buddy – w swoim stylu. Roshi Braunek stawia na uśmiech i tolerancję dla ludzkich słabości. Nie chodzi przecież o to, żeby ego stłumić całkowicie, ale by nie zostało ono naszym stuprocentowym szefem. Nie stosuje też drakońskich metod. Na furtce domu Braunek i Krajewskiego wisi tabliczka: Uśmiechnij się.

Pogodzenie z aktorką

Nigdy nie żałowałam przerwy w aktorstwie, ona była tak wypełniona, że nie czułam żadnego braku. A kiedy poczułam, nawet nie tyle brak, ile że jestem gotowa, by ponownie wejść na tę ścieżkę, to to się zdarzyło – tłumaczy powrót do zawodu. – O nic nie zabiegałam. Po prostu nagle telefon zadzwonił, choć przez piętnaście lat nie dzwonił. Pierwszy rolę zaproponował jej Łukasz Wylężałek w telewizyjnym spektaklu „Intruz” w 1994 r. – To mnie ponownie obudziło. Wydaje mi się, że moje dawne aktorstwo to było takie zmaganie się ze sobą, a tu zobaczyłam, że już się nie zmagam, że to jest dla mnie czysta przyjemność. „Kiedyś musiałam grać, bo nie mogłam wyobrazić sobie bez tego życia, a w tej chwili chciałabym grać, ale nie muszę, bo i tak żyję” – podsumowała w „Filmie” w 1995 r.

Potem było kilka drobniejszych ról w serialach, nieco większa w filmowych „Tulipanach” (zebrała za nią nagrody) oraz trzy sezony serialu według bestsellerowej sagi Małgorzaty Kalicińskiej, gdzie ze swoim słynnym dystansem gra Basię: piękną, dobrą i spełnioną matkę głównej bohaterki. W tym samym serialu gra córka Braunek i Krajewskiego, 25-letnia Orina Krajewska.

Dwa lata temu Krystian Lupa zaczynał pracę nad spektaklem „Persona. Ciało Simone”. Bohaterką miała być aktorka, która po latach niegrania zastanawia się nad powrotem na scenę; miałaby się wcielić w chrześcijańską myślicielkę pochodzenia żydowskiego Simone Weil. Rolę Elżbiety Vogler zaproponował Braunek: – Jasne, że wykorzystał moją biografię, byłam tego w pełni świadoma – śmieje się Braunek. W przedstawieniu padają pytania o cenę, jaką najbliżsi bohaterki płacą za jej rygorystycznie pojmowany obowiązek podążania drogą rozwoju duchowego.

Jak na te pytania odpowiada sama Braunek? – W pewnym momencie życia stanęłam na rozstaju: czy mam wybrać rodzinę, czy całkowicie poświęcić się mojej ścieżce. Wybrałam kompromis. Elastyczność buddyzmu zen polega na tym, że obejmuje on i integruje wszystkie aspekty życia, a jeśli wszystkie, to także rodzinę, dzieci. Zrozumiałam nagle, że mój osobisty zen, moja droga polega na tym, że nie mogę rezygnować z żadnej części swojego życia. Mąż i ja byliśmy prekursorami zabierania dzieci na sesje odosobnienia, co teraz jest normą. Xawery przez dziesięć lat medytował z nami, potem rodzina i praca go wciągnęły.

Rola Vogler w trudnym spektaklu Lupy to dla Braunek przełamanie traumy nieudanych występów scenicznych z początku kariery. – Dała mi pogodzenie z częścią mnie, która jest aktorką i równocześnie tej aktorki we mnie z moją drogą duchową. Doświadczyłam, że to nie ma znaczenia tak naprawdę, gdzie jestem – moja sala medytacyjna może być wszędzie, także w teatrze. W każdym momencie mojego życia.

Krystian Lupa był zachwycony wspólną pracą: – Jest niezwykle krucha, wrażliwa, uważna i dyskretna. A gdzieś w środku uparta i konsekwentna. Wie, co to jest dążenie. Idzie bez aktorskich ozdobników za chłodną kontynuacją myśli. Ma w sobie władzę wyobraźni, nie potrzebuje jej udowadniać. Poza tym ma w sobie jakąś nieśmiertelną młodość, ciągle jest dziewczyną.

Sztuka Życia 12.2012 Sztuka Życia (100058) z dnia 12.11.2012; SZTUKA BYCIA SOBĄ; s. 4
Oryginalny tytuł tekstu: "Poskramianie ego"
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną