Kultura

Miasto-zombi

Warszawa w literaturze

Północna część warszawskiego getta, 1940/41 r. Północna część warszawskiego getta, 1940/41 r. EAST NEWS
Najciekawszą bohaterką literacką w tym roku była Warszawa. Kolejni autorzy sięgali do klasyki albo do stylu Tarantino, nakładali na siebie przeszłość i teraźniejszość.
Muranów w 1965 r. (skrzyżowanie ul. Marchlewskiego – obecnie ul. Jana Pawła II z al. Świerczewskiego – obecnie al. Solidarności).Zbyszko Siemaszko/Forum Muranów w 1965 r. (skrzyżowanie ul. Marchlewskiego – obecnie ul. Jana Pawła II z al. Świerczewskiego – obecnie al. Solidarności).

To miasto przyćmiło inne postaci i wątki w powieściach Sylwii Chutnik, Igora Ostachowicza, Łukasza Orbitowskiego. W tym roku ukazały się też reportaże Beaty Chomątowskiej i Elżbiety Janickiej, które przywracają pamięć o Warszawie żydowskiej i opowiadają o najdziwniejszej dzielnicy, czyli o Muranowie, powstałym na gruzach getta. W innych zniszczonych miastach zburzone dzielnice zazwyczaj pozostawiały jakieś ślady, ale nie tutaj. Zagubieni turyści szukają czasem dawnych Nalewek, tymczasem na Muranowie nawet ulice są zupełnie inaczej wytyczone.

Wszystkie te książki pokazują na różne sposoby, że pod miastem, które znamy, kryje się inne, nieznane. Trzeba je sobie dopiero wyobrazić. Wszystkie przywołują też wyobrażenia i lęki związane z tym miejscem. „To miasto winne jest naszym lękom” – napisała Marta Zielińska w książce „Warszawa, dziwne miasto”, która ukazała się w latach 90., ale dobrze uzupełnia tegoroczne książki z Warszawą w roli głównej. Przy pomocy swoich ulubionych pisarzy – Prusa, Singera, Tyrmanda i Białoszewskiego – spróbowała opisać charakter tego miasta i jego mieszkańców. Jedno i drugie ściśle się ze sobą wiąże. Jak mają się czuć mieszkańcy miejsca, które jest wiecznym placem budowy? Przecież w Warszawie najtrwalszym elementem była i jest prowizorka, tymczasowe baraki, a najtrwalsze domy mogą zniknąć w ciągu kilku dni. Nie bez znaczenia jest też to, że zbudowano je na piaskach mazowieckich i jest ulotne tak jak one. Miasto ciągle się zmienia, ale jednocześnie słynny ze „Złego” Tyrmanda opis ulicy Chmielnej, na której stare sąsiaduje z nowym, ciągle brzmi aktualnie:

„Zewsząd napierała ofensywa odbudowy – Aleje Jerozolimskie i Jasna, Marszałkowska i pobliski plac Warecki stały w ogniu walki o nowo wznoszone mury, ściany, domy. Ta zaś ulica, zwłaszcza jej odcinek pomiędzy Bracką i Marszałkowską, nie zmieniła się, trwała w swym ponurym białawoceglanym kolorycie odartych tynków; stare kamienice warszawskiego śródmieścia, pełne pompierskiej sztuczności z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, obrosłe sztukateriami i balkonami, ociekające fałszywym renesansem fryzów i upiększeń, odrapane bramy o poobijanych stiukach w zielonkawej ongiś glazurze, modna wtedy norymberszczyzna secesyjnych fasad o poutrącanych zdobieniach – wszystko to nabierało dziwacznego, ostrego wyrazu w stanie zniszczenia i zapuszczenia wśród narośli pośpiesznych, tymczasowych remontów i dobudówek, w milionie drobnych poprawek i prymitywnych ulepszeń, nagromadzonych tu w ciągu dziesięciu powojennych lat”.

W Warszawie – jak pisała Zielińska – trzeba nieustannie ćwiczyć wyobraźnię, nakładać na siebie plany miasta i zdjęcia z przeszłości i teraźniejszości. A z drugiej strony, trzeba zapamiętywać wszystko, bo może zniknąć – jak zabytkowa Hala Koszyki, rozebrana do cegieł. Inne miasto kryje się pod ziemią, Muranów położony jest na sztucznym podwyższeniu, wystarczy wykopać dołek pod drzewo, by natknąć się na resztki dawnej cywilizacji, na ślady żydowskie. „Urodziłem się i mieszkam w mieście poszukiwaczy złota” – tak zaczyna się „Noc żywych Żydów” Ostachowicza.

Grób olbrzyma

Ktoś to wreszcie musiał opisać. To, że Żydzi pochowani pod gruzami getta wychodzą z podziemi. Ile osób miewało to wrażenie, że płyty chodnikowe pękają i coś chce wydostać się na powierzchnię? Bohaterkę książki Joanny Rudniańskiej „Kotka Brygidy” prześladowała myśl, że „ta dzielnica została postawiona na grobie olbrzyma, który budzi się i chce wygrzebać z ziemi, powoli zaczyna się poruszać i strząsać z siebie domy i ulice. To dlatego płyty chodnikowe przekrzywiają się”. Taką książkę, jak „Noc żywych Żydów”, mógłby napisać Łukasz Orbitowski albo Zygmunt Miłoszewski, autor horroru „Domofon”. Jednak „Noc żywych Żydów”, nie bez przyczyny kojarzącą się z „Nocą żywych trupów”, napisał Igor Ostachowicz, doradca premiera Tuska.

„Noc” nie jest typowym horrorem ani powieścią sensacyjną, to właściwie gorzka komedia o traumie. Jeśli już szukać pokrewieństw, to znajdziemy je w kinie Tarantino. Bohater razem ze swoją dziewczyną mieszka na Muranowie. Pewnego dnia przez otwartą klapę w piwnicy wychodzą martwi Żydzi w podartych jesionkach. Lawinę zdarzeń uruchamia przedmiot – srebrne serce skradzione Żydom, od którego zależy ich powodzenie lub klęska. Ten przedmiot magiczny wprowadza wątki rodem z fantasy, które podobnie jak konwencja horroru są sparodiowane. Bo oto Żydzi zapełniają warszawskie ulice, w pewnym momencie jest ich więcej niż żywych. A najchętniej spędzają czas – gdzieżby indziej – w centrum handlowym Arkadia. Bohater staje się ich opiekunem, zaczyna nawet myśleć „moi” Żydzi (tak jak bohater filmu Agnieszki Holland). Bojownicy i cywile, po latach spędzonych w ziemi, po raz pierwszy jedzą ciastka i bardzo podoba im się kapitalizm i konsumpcja. Spełniona fantazja o powrocie Żydów oczywiście ma też i drugą stronę. Budzą się siły zła, pojawia się sam szatan i błyskawicznie organizuje Polaków do walki z trupami, które rozsiewają zarazę. To w Arkadii rozegra się ostateczna walka, która jednak nie jest po prostu walką dobra ze złem. Prześmiewcza książka Ostachowicza mówi przede wszystkim o złu, które można też wyrządzać w obronie Żydów. Autor sprawnie zmienia tonację, wśród obrazków jak z Tarantino (bohater spożywa zupę z napletków szmalcowników) nagle znajdujemy rozważania o zemście i zwierzęcej naturze człowieka.

U Ostachowicza Żydzi są zombi, ale już u Konwickiego we „Wniebowstąpieniu” wszyscy mieszkańcy tego miasta nie byli żywi. Nocą ulicami Warszawy chodziły trupy poruszane siłą przyzwyczajenia. Jak pisze Zielińska: „Bo może w ogóle istnieje się tu, w tym miejscu tak mało do istnienia się nadającym – tylko z rozpędu, z przyzwyczajenia? Może trudno inaczej w mieście, które samo ciągle i na tyle różnych sposobów o śmierć się ociera? Białoszewskiego także chwilami ogarniały wątpliwości. Po śnie, nie-śnie, przywidzeniu, kiedy ujrzał umarłą sąsiadkę żywą, pada pytanie, nie wiadomo przez kogo zadane: »– a czy pan wie, że pan żyje? – taaak? – i blednę«”.

 

 

Lukrowanie pamięci

Ostachowicz gra z wyobrażeniami i lękami związanymi z Muranowem. Bo czy można bezkarnie mieszkać na cmentarzysku? Otóż można. Tak wynika z obserwacji Beaty Chomątowskiej w zachwycającej i wspaniale udokumentowanej książce „Stacja Muranów”. Autorka rozmawia z mieszkańcami i, oczywiście, chciałaby usłyszeć historie o koszmarach sennych, chciałaby zobaczyć książki o getcie na ich półkach, ale w większości przypadków tak nie jest. Można tam mieszkać, nie myśląc o przeszłości. Opalać się pod pomnikiem pomordowanych, odpoczywać wśród zieleni. Dlatego tak istotna jest książka Chomątowskiej, bo może zmienić sposób patrzenia na to miejsce.

Elżbietę Janicką, autorkę „Festung Warschau”, też uderzył kontrast między sielskością cichych uliczek a historią, która tu się rozgrywała. Przy ulicy Bohaterów Getta stoi pomnik bitwy o Monte Cassino, pamięć żydowska jest wyparta. Właściwie co krok napotykamy dziwne poplątanie pamięci. Nie mówiąc o tym, że nie ma najmniejszej ciągłości między przedwojenną dzielnicą, nazywaną przed wojną przez architektów wrzodem na tkance miasta, między ciemnymi uliczkami, zapuszczonymi kamienicami a nowym osiedlem. W planach architektonicznych ta dzielnica miała być spełnieniem modernistycznej utopii. W rzeczywistości powstała bardzo szybko. Upamiętnieniem getta miały być nieotynkowane fasady, surowy mur kamienic, ale nawet to się nie udało, ocieplono i otynkowano domy kilka lat po wojnie. Tyrmand złośliwie pisał o brzydkim, lukrowanym Muranowie. Książka Chomątowskiej fascynująco odsłania wszystkie warstwy istniejącej i nieistniejącej dzielnicy, autorka opowiada też o ludziach, o architektach, budowniczych, i o tych, którzy chodzą po Muranowie, szukając śladów. I o tych, którzy wbrew temu, co widać, noszą obrazy przeszłości pod powiekami.

Zęby miasta

„Kiedy moja przyjaciółka dowiedziała się, że piszę książkę, była przekonana, że będzie znowu o Żydach i Holocauście, a tymczasem »Cwaniary« są zupełnie o czymś innym” – mówiła Sylwia Chutnik w programie telewizyjnym. Rzecz dzieje się współcześnie na warszawskim Mokotowie, bohaterki noszą przedwojenne imiona: Halina, Celina, Bronka i Stefa, ale w pięściach mają siłę bohaterek „Kill Billa” Tarantino. Nie przepuszczą żadnemu bandziorowi, upomną się o sprawiedliwość, a poza tym one lubią się bić. Wtedy czują, że żyją. Nic im nie przeszkodzi, nawet zaawansowana ciąża – Halina z brzuchem jest jeszcze groźniejsza. Wiedzą, że nie ma większej przyjemności niż zemsta. Więc się mszczą – za zabicie chłopaka, za chamstwo i zaczepki. Łoją wódę i lądują na komisariatach. Nic ich nie zniechęca. Dziewczyny dokonują zemsty na złym deweloperze, przez którego nie tylko płonęły kamienice (te, które chciał wyburzyć), ale i ginęli ludzie. Cwaniary wymierzają mu sprawiedliwość. O takich jak one śpiewano kiedyś ballady podwórkowe. Książka Chutnik jest też hołdem dla literatury warszawskiej: Wiecha, Gojawiczyńskiej, Tyrmanda. Chłopaków z piosenek Grzesiuka zamieniła w bojowe dziewczyny. I wyszła z tego groteska (bo trudno wyobrazić sobie takie postaci), a pomieszanie konwencji i różnych tonacji (raz jest zabawnie, ale zaraz ktoś umiera) sprawia wrażenie luźno powiązanego patchworku. „To jest książka o śmierci” – mówiła Chutnik. I też z tego powodu jest bardzo warszawska, bo – jak pisała Zielińska – tutaj życie jest splecione ze śmiercią w stopniu większym, niż to bywa gdzie indziej, żadna makabra warszawiaków już nie zdziwi: „Tu bowiem pomieszanie spraw tego i tamtego świata od dawna należy do naturalnego porządku rzeczy. Życie żywi się śmiercią, a śmierć życiem. Płynne są między nimi granice. I nie ma w tym żadnej frenezji, żadnej niesamowitości – co najwyżej dziwaczna zażyłość, pozwalająca głośno mówić o wszystkich związanych z umieraniem drażliwych szczegółach, które zazwyczaj nie należą do tematów swobodnej konwersacji”.

Warszawa nie jest jednak w nowej literaturze terenem, który można poznać, nad którym można zapanować. Jest bytem osobnym. Groźnym, czasem demonicznym. W tej, jak wydawałoby się całkiem realnej, Warszawie z książki Chutnik dzieją się dziwne rzeczy. Bohaterki zaglądają do dziury w ziemi pozostałej po wybuchu, który zmiótł kamienicę, a tam, zamiast szczątków – nowe fundamenty, które szybko rosną. Jakby kamienice były zębami, które rosną same. Ile razy słyszymy, że jakiś dom powstał błyskawicznie, nie wiadomo kiedy. To obraz jak z sennego koszmaru, w którym miasto zaczyna żyć swoim życiem, niezależnym od ludzi. Miasto w wizjach pisarzy może samo rosnąć albo samo znikać, rozpadać się jak w „Widmach” Łukasza Orbitowskiego. W tej powieści w 1944 r. nie było w Warszawie powstania. Krzysztof Kamil Baczyński przeżył, założył rodzinę. Miasto ocalało. Ale okazuje się, że w jakiś ponadludzki plan zagłada miasta była wpisana i można ją tylko odwlec. Po jakimś czasie kamienice same zaczynają się sypać i niszczeć. Tak jak ludzie, którzy przeżyli. Bardzo sugestywny jest ten obraz miasta, które ulega samozniszczeniu, podobnie jak domy, które same rosną. Jednak nawet najwymyślniejsza fantazja nie dorównuje temu, co naprawdę się tu zdarzyło.

Polityka 47.2012 (2884) z dnia 21.11.2012; Kultura; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "Miasto-zombi"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną