Kultura

Wycieczka czy ucieczka?

Nowe oblicza polskiego dokumentu

"Fuck for forest" reż. Michał Marczak. Smutnogroteskowy obraz zepsutego zachodnioeuropejskiego społeczeństwa. Against Gravity / materiały prasowe
Kapitalizm, wolny rynek, demokracja zmieniły polski dokument. Filmowcy otworzyli się na świat, mniej obchodzą ich sprawy narodowe, a jeśli już mówią o Polakach, to często szukają ich za granicą.
'Made in Poland 6. Niezwykli emigranci' reż. Witalis Szumiło-Kulczycki. Portret zbiorowy dwudziestoparolatków.Witalis Szumiło-Kulczycki/materiały prasowe "Made in Poland 6. Niezwykli emigranci" reż. Witalis Szumiło-Kulczycki. Portret zbiorowy dwudziestoparolatków.
'Miliard szczęśliwych ludzi' reż. Maciej Bochniak. Reportaż obnażający stereotypy myślenia o Polsce i Chinach.Grzegorz Hartfiel/2012 Buksfilm/HBO/materiały prasowe "Miliard szczęśliwych ludzi" reż. Maciej Bochniak. Reportaż obnażający stereotypy myślenia o Polsce i Chinach.

Dokumentaliści, zwłaszcza młodzi, kręcą dziś filmy w Kałmucji, na Syberii, w Afganistanie. Jeżdżą do Zambii, aby opowiadać o misjonarkach opiekujących się domami dziecka, albo do Kambodży, żeby przyglądać się z uwagą jasnowidzowi mieszkającemu z rodziną w dzielnicy czerwonych latarni. Interesują się losami ukraińskich żołnierzy, odkrywają nieznanych brazylijskich artystów. Plany też mają dalekosiężne. Bartek Konopka na przykład, nominowany do Oscara za „Królika po berlińsku”, zaangażował się w odszukanie haitańskiego szamana, który 30 lat temu odkrył coś ważnego w Polsce. Hanna Polak, również wyróżniona oscarową nominacją za głośne „Dzieci z Leningradzkiego” (zrealizowane razem z Andrzejem Celińskim), zamierza prowadzić na wysypisku śmieci badania terenowe nad życiem najuboższych mieszkańców Moskwy.

Niepokojące zjawisko eskapizmu, uciekania od krytycznego opisu rzeczywistości i współczesnych problemów kraju, nie jest nowe. Szlaki przecierał Andrzej Fidyk, autor m.in. słynnych „Kiniarzy z Kalkuty”, „Snu Staszka w Teheranie” i „Rosyjskiego stripteasu”. Kilkanaście lat temu, znużony demaskowaniem propagandowego fałszu w formie ezopowej metafory, zajął się bezkompromisowym opisywaniem egzotyki. Ucieczka od politycznych realiów III RP miała w jego przypadku charakter kontestacji tradycji polskiej szkoły dokumentu, stworzonej pół wieku temu przez Kazimierza Karabasza i Jerzego Bossaka. A także chęci wyrwania się z zaklętego kręgu krępujących dyskusji o moralności kamery, etyce dokumentalisty. Wychowankowie Fidyka, jeśli wciąż respektują jego wybory i tak jak on niechętnym okiem spoglądają na ciasne, domowe podwórko, czynią to, aby – poza zaspokojeniem naturalnej potrzeby poznawania świata – podkreślić niezależność ducha albo ogłosić désintéressement wobec sztucznych, partyjnych podziałów, narzucających uproszczony sposób widzenia rzeczywistości. A także w celu zapewnienia sobie względnego bezpieczeństwa. Odmawiając udziału w spektaklu władzy, nie muszą się nikomu narażać, zwłaszcza aktualnie rządzącym, od których zależą publiczne dotacje na twórczość filmową.

Katowanie kamerą

Prowokacyjny, pokazywany właśnie w kinach pełnometrażowy dokument Michała Marczaka „Fuck For Forest” (sfinansowany pra­wie w całości przez PISF) wydaje się pod tym względem wyjątkowym, bo ekstremalnym i budzącym skrajne emocje przykładem swobodnego potraktowania tematu. Pozbawiona zupełnie polskiego kontekstu historia norweskiego outsidera, przyłączającego się do grupy berlińskich pięknoduchów, którzy uprawiają seks przed kamerą, sprzedają amatorskie porno w Internecie, a zebrane pieniądze przeznaczają na cele ekologiczne (ratowanie lasów w Amazonii), jest tak absurdalna, że aż trudno uwierzyć, że nie została wykreowana przez głodnego skandalu reżysera. To smutno-groteskowy portret zepsutego, liberalnego, zachodnioeuropejskiego społeczeństwa, w którym hedonizm i brak moralnych hamulców paradoksalnie stają się inspiracją do szlachetnej działalności humanitarnej mającej uratować świat – lub na odwrót.

 

Trudno pojąć, o jaki typ refleksji chodzi w filmie. O kompromitację ekshibicjonizmu, krytykę wyzwolenia seksualnego, ośmieszenie ideologii zielonych, zdyskredytowanie ekologów, lewicy w ogóle? O parodię pogubionych aktywistów, kpinę z żałosnych postanarchistów, infantylnych punków, pogrobowców hipisowskich komun, radykalnych zwolenników wszelkich utopii i alternatywnych ruchów społecznych, którzy bardzo pragną zmian, lecz zupełnie nie mają pojęcia, jakimi metodami prowadzić walkę i pomagać ludziom? Zamiast odpowiedzi film wywołuje konsternację, na której zdaje się autorowi najbardziej zależało. Efekt: o „Fuck For Forest” dyskutuje się na forach internetowych, a o tytuł zabiegają selekcjonerzy najważniejszych międzynarodowych festiwali.

Polski dokument przestał być sprawą narodową także dzięki rewolucji cyfrowej, upowszechnieniu się małych, lekkich kamer, którymi można notować każdy niuans ludzkich zachowań. „Te kamery są jak długopis do zapisywania absolutnie wszystkiego” – wyjaśnia obrazowo Maria Zmarz-Koczanowicz, autorka m.in. głośnego dokumentu „Pokolenie 89”. Podążając śladami amerykańskiego dokumentu offowego, który dawno temu złamał sztywną konwencję narracji bezpośredniej, polski dokument z coraz większym impetem zaczął penetrować sprawy intymne, osobiste. Zastanawiając się na łamach miesięcznika „Znak” nad zachwianą równowagą sfery publicznej i prywatnej, dokumentalista Maciej Cuske wspomina, jak niezwykłym odkryciem było dla niego to, że można z kamerą wejść do własnego domu i filmować, co się w nim dzieje. Punktem przełomowym okazał się autobiograficzny dokument Marcina Koszałki „Takiego pięknego syna urodziłam”, w którym młody reżyser zdecydował się pokazać na ekranie kontrowersyjne, niezbyt chlubne zachowania swojej kłótliwej, awanturującej się matki.

Po tym filmie i doświadczeniach z ko­lejnymi mutacjami „Big Brothera” prywatność przestała być wstydliwa, co ośmieliło najrozmaitszych eksperymentatorów do pójścia jeszcze głębiej. Niezwykłe rezultaty przyniosła rodzinna podróż w najodleglejsze zakątki świata Wojciecha Staronia, wybitnego operatora (wyróżnionego w tym roku w Berlinie za zdjęcia do meksykańskiej fabuły „Nagroda”), przyglądającego się swoim bliskim w momencie psychologicznej próby. Pamiętną „Syberyjską lekcję” z 1998 r. poświęcił żonie, polonistce uczącej języka potomków zesłańców nad jeziorem Bajkał. W najnowszej, jeszcze bardziej wyciszonej, „Argentyńskiej lekcji” skupił się na kilkuletnim synku, przeżywającym gdzieś na obrzeżach południowoamerykańskiej dżungli dziecięcą przyjaźń i pierwszą (chyba) miłość. Wspaniały zapis ulotnych uczuć, przełamywania samotności, niebanalnego, delikatnego spojrzenia na rzeczywistość, budowania harmonii z wrogim światem przypomina poetycki film fabularny. To dowód, jak trudno dziś określić granice gatunku, rozdzielić czystą obserwację od inscenizacji i zdyscyplinowanej dramaturgii.

Coraz bliżej tego nurtu znajduje się też Marcel Łoziński, który swego czasu wypominał Koszałce, że „katuje kamerą” rodzinę i przekracza granice etyki zawodowej. W poruszającym, po części autobiograficznym dokumencie „Tonia i jej dzieci” po raz pierwszy sam zdecydował się wystąpić na ekranie – jako uważny słuchacz i moderator rozmowy między żydowskim rodzeństwem, Werą i Marcelem Lechtmanami. Sprawy przez nich omawiane boleśnie dotyczą także reżysera i jego rodziny. Chodzi o cenę, jaką wszyscy troje zapłacili w dzieciństwie za ślepe zaangażowanie ich rodziców po stronie komunizmu. Ten znakomity, bardzo szczery film odsłania nie tylko grzechy przedwojennego pokolenia, zaczadzonego totalitarną ideologią, ofiar Stalina. Najciekawsze i najbardziej wzruszające jest to, jak po upływie lat z dystansem patrzą na tamten epizod dojrzali dziś ludzie. Z bagażem straconej młodości, z obolałą pamięcią o sierocińcach, oszukani, skrzywdzeni, nie dość kochani, ze zdumieniem odkrywający w sobie pokłady nabytych wtedy psychicznych urazów.

 

Międzykulturowe poszukiwania

Dlaczego Polska ze swoją wojenną i solidarnościową martyrologią przestała być atrakcyjna? Ciekawość i otwarcie na świat, konfrontacja z odmienną wrażliwością, a przede wszystkim wielka emigracja zarobkowa po wejściu do Unii Europejskiej zmusiły dokumentalistów do odwrócenia perspektywy, zrelatywizowania i oderwania się od polonocentryzmu na rzecz odważniejszego, bardziej globalnego spojrzenia. Okazało się, że nie jesteśmy osobni, wyjątkowi. Jak wypadamy teraz na tle innych kultur? Czy jesteśmy dobrze postrzegani w centrach kapitalizmu? Kto się sprawdza w zetknięciu z innymi wartościami, obcą mentalnością, religijnością? Jak wygląda nasz sen o podboju i sukcesie w dzisiejszym świecie? Te pytania wydają się wręcz palące. Pierwszą odpowiedzią było wyparcie. Długie, wymowne milczenie zostało przerwane dopiero „Barem na Victorii” z 2003 r., nieoczywistym dokumentem Leszka Dawida o młodych mężczyznach decydujących się na wyjazd z Kluczborka do Londynu.

Dziś takich świadectw powstaje więcej. W kończącym się właśnie sezonie jednym z najoryginalniejszych dokumentów wydaje się zrealizowany w formie kilku połączonych teledysków „Made in Poland 6. Niezwykli emigranci” pochodzącego z Krakowa Witalisa Szumiło-Kulczyckiego (absolwenta Edinburgh Napier University), który zdobył Grand Prix niedawnego Festiwalu Form Dokumentalnych Nurt w Kielcach. Poprzez zgrabną metaforę – cyrkowych wyczynów polskich rolkarzy na ulicach Edynburga (gdzie do niedawna przebywało około 1,2 mln naszych rodaków) – autorowi udało się naszkicować pozornie tylko powierzchowny portret zbiorowy dwudziestoparolatków. Opowiedział o kurczowym trzymaniu się nadziei. Szalonych pasjach, stanowiących antidotum na gorzkie rozczarowanie upokarzającą pracą. Skrywanym cierpieniu, leczonym iluzją pędu za marzeniami, i ciągłym napięciu, życiu na krawędzi. „Miejsce: Polska. System: samowolka. Cel: forsa” – krzyczy raper O.S.T.R. na ścieżce dźwiękowej filmu i te ostre, rozpaczliwe słowa w symbolicznym skrócie najlepiej opisują mur, o który rozbijają sobie głowy młodzi ludzie łudzący się, że tam, gdzie są lub gdzie dopiero zamierzają się udać, czeka ich raj.

W zalewie łatwych, prostych konstatacji nowym głosem wydaje się też kapitalny kreacyjny reportaż Macieja Bochniaka (krakowskiego reżysera, scenarzysty i perkusisty), nakręcony dla HBO „Miliard szczęśliwych ludzi”. Wkraczamy w świat polskiego disco polo – jak się okazuje – popularnego również w Kraju Środka. Przewodnikiem po chińskim show-biznesie jest obdarzony temperamentem Wojciecha Cejrowskiego i pewnością siebie Piotra Tymochowicza inteligentny sinolog o specyficznym poczuciu humoru. Wpada on na pomysł, by w Pekinie i okolicach zorganizować tournée zespołowi Bayer Full. Warunek? Nasi discopolowcy muszą nauczyć się śpiewać po kantońsku, gdyż tylko w ten sposób mogą wywołać modę na disco-chino. Film w dowcipny i błyskotliwy sposób zderza i obnaża stereotypy myślenia o Polsce i Chinach. Mówi o nieposkromionych ambicjach, bufonadzie artystów, biznesmenów, a przy okazji – w komicznej formule reality show – o naszych kompleksach, zaściankowości, obciachu i transformacji ustrojowej, którą przechodzą oba kraje.

Wrażeniu, że polscy dokumentaliści poczuli się całkowicie zwolnieni z obowiązku rejestrowania rzeczywistości wokół czy podejmowania niewygodnych tematów, przeczy na szczęście kilka mocnych tytułów z kręgu LGBT. Zwłaszcza jeden z nich – „Ciągle wierzę” Magdaleny Mosiewicz o transseksualistce Ewie Hołuszko, dawniej zasłużonym działaczu solidarnościowego podziemia, który zmienił płeć – wart jest odnotowania (będzie pokazany na tegorocznym festiwalu Watch Docs). Do arcydzieła mu daleko, niemniej to ważny znak, że kolejny przełom w myśleniu dokumentalistów już się dokonał.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Ożywianie mózgu po śmierci i transplantacja głowy. Czy istnieją granice neuronauki?

Badaczom udało się wznowić niektóre funkcje mózgów pobranych od świń, a inny naukowiec chciałby przeprowadzić transplantację ludzkiej głowy.

Piotr Rzymski
22.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną