Czym zaskakuje najnowszy film Tarantino?

Ten wstrętny wuj Tom
W swym najnowszym filmie „Django” Quentin Tarantino wymierza sprawiedliwość białym osadnikom, kolonizatorom Dzikiego Zachodu w podobny sposób co w „Bękartach wojny” nazistom.
Jamie Foxx w tytułowej roli.
materiały prasowe

Jamie Foxx w tytułowej roli.

Kadr z filmu „Django” w reż. Quentina Tarantino.
Andrew Cooper/2012 Columbia Pictures Industries/Sony Pictures Entertainment/materiały prasowe

Kadr z filmu „Django” w reż. Quentina Tarantino.

Tarantino na planie filmu „Django”.
Cineliz/AllPix/2012 Columbia Pictures Industries/Sony Pictures Entertainment/materiały prasowe

Tarantino na planie filmu „Django”.

Ci wspaniali, nieokrzesani kowboje, romantyczni hodowcy bydła, dzielni traperzy, pracowici rolnicy, niezmordowani plantatorzy zmagający się z siłami natury, przekupni stróże prawa i frapujący złoczyńcy zostali wrzuceni w „Django” do jednego worka. Utożsamieni ze zdegenerowaną bandą ograniczonych umysłowo rasistów w kapturach Ku-Klux-Klanu, którzy traktują swoich czarnych niewolników zgodnie z biblijnym zaleceniem „niechaj wszystkie zwierzęta się was boją”. Czyli mniej więcej tak jak hitlerowcy Żydów.

Tarantino nie szczędzi drastycznych szczegółów, abyśmy od początku nabrali przekonania, że całe Południe, a kto wie może i nawet Ameryka sprzed wojny secesyjnej (akcja filmu rozgrywa się w 1858 r. w Teksasie na dwa lata przed jej wybuchem) była czymś w rodzaju otwartego obozu koncentracyjnego dla czarnych, w którym średniowieczne tortury, upokorzenia i gwałty należały do porządku dziennego. Większość scen, o ile nie wszystkie, przypominają, jakiego rodzaju bestialstw kilka pokoleń białych pogromców Dzikiego Zachodu się dopuszczało. Obcinanie genitaliów, szczucie psami, które rozszarpują żywcem, wypalanie hańbiących znaków na skórze, biczowanie, walki Mandingo (zmuszanie do pojedynków zapaśniczych na śmierć i życie) to pierwsze z brzegu przykłady, skromny wycinek szerokiej panoramy zbrodni obciążających sumienie białego człowieka.

Można powiedzieć, wszystko to w amerykańskim kinie już było. Poza brutalną, slasherową kondensacją sadystycznych metod znęcania się nad czarnoskórymi niewolnikami Tarantino niewiele w tej kwestii dokłada od siebie. O długiej drodze od zalegalizowania niewolnictwa aż po jego zniesienie przez abolicjonistów opowiadał m.in. słynny serial z lat 70. XX w. „Korzenie” na podstawie powieści Alexa Haleya, z pamiętnym dumnym murzyńskim buntownikiem Kunta Kinte. Również z tego samego okresu „Mandingo” Richarda Fleischera (1975 r.) szokowało tematem nieludzkiego traktowania czarnych, nie wspominając o wielkiej liczbie niezależnych, antyrasistowskich produkcji z nurtu blaxploitation (nieznanych szerzej w Polsce), do którego „Django” poprzez wystylizowaną konwencję jawnie nawiązuje.

Nowa, nie waham się nawet użyć słowa rewolucyjna, jest u Tarantino natomiast idea krwawej, okrutnej zemsty na białych plantatorach en bloc potraktowanych jako zło absolutne. To oni są w filmie potworami, czarnymi charakterami, okupantami, którym trzeba dać nauczkę, najlepiej wysadzając w powietrze razem z ich obrzydliwym, niegodnie zdobytym bogactwem, złodziejskim majątkiem i rasistowskim prawem.

Ofiary stają się wojownikami

Terapeutycznego aktu odwetu Tarantino dokonuje w imieniu bezbronnych ofiar, które w rzeczywistości zawsze wybierały bierność i wbrew logice z pokorą znosiły najgorsze upokorzenia segregacji rasowej (z wyjątkiem krótkotrwałego, radykalnego ruchu Czarnych Panter, opowiadającego się za zbrojnym oporem wobec prześladowań i dyskryminacji Afroamerykanów w drugiej połowie lat 60. XX w.). Na ekranie dokonują one magicznej przemiany, stają się wojownikami, stać ich na wyrównywanie rachunków, bezlitosną zemstę i – co najważniejsze – nie stoją w tej walce na straconej pozycji.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną