Seksistowski rock and roll

Chłopak z gitarą nie jest dobrą parą
W spektaklu „Courtney Love” Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego pojawia się wątek mizoginicznego i seksistowskiego charakteru kultury rockowej. Dziwne, że dotychczas problemu tego szerzej nie komentowano...
Courtney Love i Kurt Cobain, 1993 r.
Globe Photos/ZUMAPRESS.com/Forum

Courtney Love i Kurt Cobain, 1993 r.

Koncert zespołu The Flaming Lips, 2009 r. Na scenie jedna z fanek.
Photo by Barry Brecheisen/WireImage/Getty Images/FPM

Koncert zespołu The Flaming Lips, 2009 r. Na scenie jedna z fanek.

Mick Jagger z aktorką i modelką Anitą Pallenberg, ówczesną partnerką Keitha Richardsa, 1970 r.
Alan Band/Keystone/Getty Images/FPM

Mick Jagger z aktorką i modelką Anitą Pallenberg, ówczesną partnerką Keitha Richardsa, 1970 r.

Fan Kurta Cobaina tak zwraca się do Courtney Love: „(…) te twoje strategie jak się tu zachować z jakiej strony się pokazać jak wiadomo że masz jedną stronę do pokazania a jak myślisz że twoje cycki które ci zwiotczały bo jesteś matką nie robią wrażenia to sama wiesz że się mylisz ale się okłamujesz wyzwoleniem – dlaczego?

masz już menopauzę bo odnoszę takie wrażenia gorąco się robi tu i tam na samą myśl że ci się z dupy zrobił puff wypchany styropianem już w okolicach trzydziestki

te gierki te spojrzenia te flirciki jak by go tu zatrzymać co mu tu ugotować

i te żenujące strategie może się teraz obrażę albo się uśmiechnę (…)”.

To tylko niewielka próbka z o wiele bardziej wulgarnej całości. O co tu chodzi? O to przede wszystkim, że Courtney, żona rockowej legendy, ośmieliła się sama zostać gwiazdą rocka. Okazuje się, że świat rocka, do którego wtargnęła żona Kurta Cobaina, to świat wybitnie męski. Kobiety są tu głównie po to, by umilać życie uwielbianym przez tłumy fanów idolom.

Nieźle wyraził to w książce o T. Love lider tego zespołu Muniek Staszczyk: „To jest strasznie chłopacka przygoda. Jesteś z chłopakami w różnych miejscach, możesz wspólnie spędzać czas, grać muzę na scenie, bawić się, pić, imprezować, być podrywanym przez dziewczyny. Każdy chłopak o czymś takim marzy. Każdy chłopak niezależnie od tego, czy ma lat naście czy czterdzieści kilka”.

Muniek ma rację – rock to młodość, ale młodość chłopięca, a nie dziewczęca. Spójrzmy na początki tej muzyki. Jednym tchem wymieniamy megagwiazdorów, jak Bill Haley, Elvis Presley, Jerry Lee Lewis, Little Richard. Wanda Jackson czy Brenda Lee mogłyby być pionierkami rocka kobiecego, ale traktuje się je marginalnie. Umyka z pamięci nawet to, że nazwa rock and roll wzięła się z piosenki śpiewanej przecież przez kobietę – czarną bluesową wokalistkę Trixie Smith.

Kultura chłopięca

W latach 80. amerykańska badaczka kultury E. Ann Kaplan w eseju poświęconym fenomenowi piosenkarki Madonny podjęła polemikę z feministką Judith Butler, która uznała Madonnę za reprezentantkę „kultury dziewczęcej”. Według Kaplan, nie można mówić o autonomicznej kulturze dziewczęcej w przypadku wykonawczyni funkcjonującej w warunkach narzucanych przez światowy (czyli amerykański) show-biznes, który kobiecość traktuje przede wszystkim jako towar adresowany do heteroseksualnych mężczyzn. Tak rzeczywiście było w latach 80., czyli w dekadzie MTV, co oznaczałoby, że tamte czasy niewiele się pod tym względem różniły od epoki początków rocka. Ktoś powie, że występy Madonny to zwyczajna estradowa komercja, podczas gdy rock był czymś z gruntu innym, co przeciwstawiało się skostniałej rutynie i obyczajowym schematom.

Rzeczywiście, mitologiczną aurę wokół rocka i jego idoli wypełniają przede wszystkim motywy buntu i transgresji. Wymiar buntowniczy zyskały nawet biodra Elvisa Presleya, których nie chciała pokazywać amerykańska telewizja w obawie przed oskarżeniami o demoralizację. Buntownicza miała być witalność i spontaniczność tańca, a także podkreślanie konfliktu między młodością a starością. A przecież Elvis karnie słuchał swego menedżera „pułkownika” Parkera, skrajnego konserwatystę, który wysłał podopiecznego do ochotniczej służby wojskowej, by podkreślić jego wizerunek jako przykładnego obywatela.

Beatlesi w początkach kariery też grali role grzecznych chłopców, byli pierwowzorem boysbandu, który miał się podobać wszystkim. Prawda jest taka, że kultura młodzieżowa tamtych czasów wraz z jej muzyką była po prostu przeznaczonym dla nastolatków wariantem kultury popularnej (wtedy nazywanej masową) i zachowywała wszelkie jej główne cechy, łącznie z podatnością na komercjalizację, rudymentarnym konformizmem oraz imperatywem niewtrącania się do polityki. Polityczny był folk z jego protest songami, ale nie rock’n’roll, dedykowany roztańczonej młodzieży. No i jeszcze – parafrazując przywołaną wyżej polemikę Kaplan z Butler – kultura młodzieżowa epoki młodego Presleya była nie tyle młodzieżowa, ile chłopięca.

Może i z tych powodów rock nie starał się podważać tradycyjnego podziału ról społecznych według płci. W piosenkach dawnych rock’n’rollowców on jest zawsze rycerzem walczącym o serce wybranki, a ona przyjmuje lub odrzuca hołdy. Elvis prosił „kochaj mnie czule” i obiecywał „będę twój na wieki”, ale nawet Rolling Stonesom zdarzała się pochwała tzw. tradycyjnych wartości. W piosence „The Sider and the Fly” młody Mick Jagger śpiewał: „Nie chcę być sam/ale kocham moją małą, która została w domu/Pamiętam, co powiedziała/Powiedziała, nie opowiadaj kłamstw, zachowaj wierność/Kiedy skończysz występ, idź spać/Nie mów »cześć« jak pająk do muchy…” (tłum. Daniel Wyszogrodzki).

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną