Klasyka w polskim teatrze wraca do łask

Łacińska msza romantyków
Najnowsze inscenizacje utworów wieszczów każą po raz kolejny zastanowić się, czy polski romantyzm to już tylko historia.
„Irydion” Zygmunta Krasińskiego w stołecznym Teatrze Polskim w reżyserii Andrzeja Seweryna.
Bartek Warzecha/materiały prasowe

„Irydion” Zygmunta Krasińskiego w stołecznym Teatrze Polskim w reżyserii Andrzeja Seweryna.

„Balladyna” Juliusza Słowackiego w poznańskim Teatrze Polskim w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego.
Magda Hueckel/materiały prasowe

„Balladyna” Juliusza Słowackiego w poznańskim Teatrze Polskim w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego.

Odpływ tekstów romantycznych ze scen nastąpił wraz z odejściem PiS od władzy, a kolejny przypływ nastąpił ponownie dzięki tej partii.
Magda Hueckel/materiały prasowe

Odpływ tekstów romantycznych ze scen nastąpił wraz z odejściem PiS od władzy, a kolejny przypływ nastąpił ponownie dzięki tej partii.

W odstępie tygodnia odbyły się dwie głośne premiery dramatów wieszczów, obie w Teatrach Polskich. W Poznaniu „Balladynę” Juliusza Słowackiego wyreżyserował Krzysztof Garbaczewski, w Warszawie – na stulecie działalności teatru przy ul. Karasia – „Irydiona” Zygmunta Krasińskiego wystawił dyrektor sceny Andrzej Seweryn. Trudno o bardziej różne podejścia do literatury romantyzmu.

30-letni Garbaczewski wraz z dramaturgiem Marcinem Cecką wykorzystali zarys fabuły i bohaterów szkolnej lektury do radykalnej wypowiedzi na temat współczesnej Polski. Spektakl dzieli się na dwie części. Pierwsza to kręcony za sceną amatorski film z akcją umieszczoną w laboratorium genetycznym nad jeziorem Gopło, w którym Alina i Balladyna oraz Filon i Grabiec modyfikują genetycznie ziemniaki (poznańskie pyry), w czasie wolnym eksperymentując (np. Filon, fan flory, krzyżuje swój genotyp z genotypem petunii, tworząc kobietę-kwiat: Filotunię...). Druga część to genderowy performance Balladyny, która buntuje się przeciw romantycznemu wychowaniu. Jego symbolem jest scena, w której pod neonem ze stylizowanym na napis nad bramą obozu w Auschwitz szyldem znad frontonu Teatru Polskiego: „Naród sobie”, ojciec trenuje ją na Polkę patriotkę zawsze gotową oddać życie za ojczyznę: „Padnij! Powstań! Kto ty jesteś? Polka mała”.

Spektakl Garbaczewskiego wielu widzów oburzył, część zniesmaczył, niektórzy nie dotrwali do końca. Takich problemów nie mieli widzowie przedstawienia Andrzeja Seweryna w stołecznym Teatrze Polskim. Bardzo pomógł z pewnością sprytny fortel dyrektora, który tuż przed rozpoczęciem przedstawienia zaszachował widzów artykułem Maurycego Mochnackiego z 1829 r., w którym autor wyrzuca ówczesnej warszawskiej publiczności, że jest płytka, w teatrze szuka jedynie rozrywki, chodzi na komedyjki i farsy, a wartościowe sztuki omija z daleka. Komu więc nie spodobałby się „Irydion” Seweryna, ten tylko dowiódłby racji Mochnackiego, że do wielkiej sztuki nie dorósł.

Przeciwnie niż Garbaczewski, Seweryn przy mocno zmurszałym dramacie wieszcza nie majstrował. Tragedię o greckim wodzu, który realizując plan zemsty na Imperium Rzymskim za podbój Hellady poświęca swoją duszę i życie swoich najbliższych, okadził chmurami dymu, dodał wybuchy ognia, krzyż w tle i kościelne dzwonki. Powstał teatralny odpowiednik mszy w obrządku przedsoborowym: odprawianej w niezrozumiałym języku przez kapłana stojącego tyłem do wiernych, rodzaj tajemnego, niepojętego rytuału. Zagrana jeden do jednego dramaturgia romantyzmu okazała się drugą łaciną – językiem pięknym, wzniosłym, ale martwym.

Polak Europejczyk

W latach 90. Maria Janion ogłosiła koniec paradygmatu romantycznego. Teatr – nie tylko tamtych czasów – potwierdził trafność intuicji wybitnej literaturoznawczyni. Wiodący reżyserzy przełomu wieków, z Krystianem Lupą, Krzysztofem Warlikowskim i Grzegorzem Jarzyną na czele, omijali dzieła romantyków z daleka. Teatr wolnej Polski za pomocą europejskiej klasyki i dramaturgii współczesnej opowiadał o pęczniejącej i poszerzającej się definicji polskości, a właściwie o wielu jej definicjach. O Polakach – Europejczykach, kapitalistach, konsumentach. Polakach – kobietach, mężczyznach, gejach, lesbijkach.

W 2008 r. podczas obchodów 40-lecia zdjęcia przez władze PRL „Dziadów” Kazimierza Dejmka z afisza Teatru Narodowego, co wywołało protesty i demonstracje studenckie i stało się preludium Marca ’68, pokazano zarejestrowane fragmenty przedstawienia, z genialną interpretacją Wielkiej Improwizacji Gustawa Holoubka. Wybitny aktor każde zdanie Mickiewicza wypowiadał z taką siłą i klarownością, jakby było jego własnym, czym porwał widzów, zarówno tych z końcówki lat 60., jak i współczesnych. W dalszej części uroczystości frazy wieszcza czytali młodzi aktorzy Narodowego. Ich interpretacje łączył brak wiary w wypowiadane słowa, dzisiejszy dystans i ironia, niepozwalające na poważnie mierzyć się z Bogiem i żądać rządu dusz.

Trzy lata wcześniej historyczka teatru Małgorzata Dziewulska zatytułowała swój esej w „Didaskaliach” poświęcony współczesnej recepcji romantyków cytatem z Czesława Miłosza: „Za duże buty”. Kiedy w XXI w. romantyzm jednak powrócił na nasze sceny, posłużył reżyserom do przekłuwania polskiego balonu, wyśmiewania potrzeby wielkich, ale pustych gestów. Literatura wieszczów nieoczekiwanie stała się domeną młodych, zbuntowanych reżyserów.

Przekłuwanie balonu

Reżyserzy sięgnęli po dramaty romantyczne, by zdjąć je z koturnów: tłumaczyli XIX-wieczną polszczyznę i odwołania do ówczesnych realiów na zrozumiałe dziś obrazy, zestawiali z dzisiejszą rzeczywistością, demaskując fałsz wizji braci Kaczyńskich, którzy z retoryki romantycznej uczynili ważną część swojej polityki.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną