Kultura

Wielka trauma

„Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali”. Recenzja książki

Wyd. Czarna Owca / materiały prasowe
Polskę antysemicką - przed wojną, w jej trakcie i po niej - wziął na warsztat Stefan Zgliczyński, publicysta związany z polską edycją „Le Monde diplomatique”. Lektura tego eseju o (za?) ostrym tytule jest podobnym wyzwaniem jak czytanie książek Jana Tomasza Grossa z „Sąsiadami” na czele.

załączniki

PRZECZYTAJ: Fragment książki

Niemiecki serial „Nasze matki, nasi ojcowie” wywołał polemiki w Polsce, bo reżyser w jednej ze scen daje do zrozumienia, że pod okupacją hitlerowską polska partyzantka zabijała Żydów. Zdaniem Adama Krzemińskiego serial jest „kolejną zmarnowaną szansą”, ale nie dlatego, że ta scena się w nim pojawia. Publicyście „Polityki” chodzi o to, że jest ona nieudolna, sztuczna i nie wnosi nic nowego do niemieckiej świadomości na temat tego, jak wyglądała w Polsce wojna rozpętana przez Hitlera.

To, że w Polsce był przed wojną antysemityzm, jest w Niemczech powszechnie wiadome. Czasem ta prawda służy w tam (nie tylko skrajnej prawicy) do relatywizacji winy Niemców za wojnę i jej straszliwe konsekwencje, w tym za Holokaust.

To nie do przyjęcia, bo wina niemiecka nie może być relatywizowana. Filozof Karl Jaspers zwracał uwagę tuż po wojnie, że wina ta ma cztery wymiary: kryminalny (odpowiedzialność za zbrodnie), polityczny (odpowiedzialność polityków i innych decydentów za system, który stworzyli i jego skutki), moralny (odpowiedzialność za niestawianie mu oporu) i metafizyczny (odpowiedzialność za bierne przyglądanie się tragedii przez jej świadków). Z tego jednak, że wina niemiecka za nazistowski totalitaryzm nie może być relatywizowana, nie wynika, że w Polsce rzeczywiście nie było agresywnego (choć nie ludobójczego) antysemityzmu, zwłaszcza w latach 30., kiedy polski faszyzm przesuwał się do ówczesnego politycznego mainstreamu.

(Za?) ostry tytuł

Zostawmy jednak Niemców, a zajmijmy się Polską pod piórem polskich autorów - Polską antysemicką przed wojną, w jej trakcie i po niej. Taką Polskę wziął na warsztat Stefan Zgliczyński, publicysta związany z polską edycją „Le Monde diplomatique”, w książce „Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali”. Tytuł ostry, za ostry, o czym później. Lektura tego eseju jest podobnym wyzwaniem jak czytanie skryptu „Shoah” Claude’a Lanzmana czy książek Jana Tomasza Grossa o sprawie polsko-żydowskiej, z „Sąsiadami” na czele. Albo jak lektura dzieł zawodowych historyków z kręgu Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy PAN, np. Jana Grabowskiego „Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942-1945. Studium dziejów pewnego powiatu” czy Barbary Engelking i Dariusza Libionki „Żydzi w powstańczej Warszawie” i tejże Engelking „Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942-1945”.

Wyzwanie polega na tym, że trzeba moralnie, psychicznie i duchowo zabsorbować zawarty w nich przekaz o tym, jaki los zgotowali Polacy Żydom podczas wojny i po niej. Nie wszystkim Żydom, rzecz jasna, ale sporej części tych, którzy się ukrywali przed Niemcami, delatorami i szmalcownikami poza gettami, w miastach i na wsi. I części tych, którzy ocaleni od zagłady z rąk Niemców, Litwinów i Ukraińców ginęli z rąk Polaków. Ginęli nawet z rąk swych sąsiadów – ludzi, z którymi się znali, od których mogli spodziewać się wszystkiego, ale nie szantażu, wydania w ręce Niemców lub polskiej granatowej policji, rabunku i zadania im okrutnej śmierci. Podobnie jak mogli się spodziewać, że nie zabiją ich Polacy walczący o wolność i niepodległość pod szyldem NSZ, AK czy formacji politycznie lewicowych jak AL.

Niestety, książka Zgliczyńskiego zbiera liczne, udokumentowane i wstrząsające przykłady, że ci Polacy zabijali tych Żydów, nie raz z jakimś sadystycznym zadowoleniem czy poczuciem „patriotycznego” obowiązku, czasem z patologiczną obojętnością. Tych, którzy zabijali, ponad wszelkimi podziałami zdaje się łączyć jedno: że nie uważali Żydów ani za współobywateli czy współrodaków, ani za pełnoprawne istoty ludzkie. Strona po stronie, rozdział po rozdziale, Zgliczyński odziera czytelnika z naiwnej lub ślepej nadziei, że nie było tak źle, że to propaganda rozpuszczana przez komunistów, wrogów Kościoła, obce siły w kraju i w świecie zainteresowane tym, by dyskredytować Polskę w oczach Zachodu jako ziemię nieprzypadkowo wybraną na miejsce przemysłowego uśmiercania Żydów europejskich, bo ziejącą zwierzęcym antysemityzmem.

Stan faktyczny

Niestety, esej wypełniają dokumenty ukazujące stan faktyczny. To nie tylko mnóstwo relacji naocznych świadków bestialskich wydarzeń, w tym ocalałych Żydów, lecz także sądzonych po wojnie sprawców. To także obszerne cytaty z prasy podziemnej różnych odcieni ideowych i politycznych, ale też z tajnych raportów cywilnych funkcjonariuszy Państwa Podziemnego oraz dowódców wojskowych różnych szczebli, włącznie z najwyższymi. To wreszcie dokumenty polskich władz na uchodźstwie.

Są to wszystko dokumenty, wypowiedzi, relacje i fakty już znane. Autor jednak skomponował z nich nową narrację o wielkiej sile rażenia. Powstał obraz zatrważający. Wprawdzie nie wszyscy Polacy byli antysemitami, ale wielu było. Nie wszyscy katolicy byli antysemitami, ale wielu było. Historycy zapewne mieliby do opowieści Zgliczyńskiego wiele krytycznych uwag profesjonalnych, jednak publicystyka historyczna ma większą swobodę manewru, co autor sugestywnie wykorzystał. Kreśli bulwersujący współczesnego czytelnika obraz przedwojennego urabiania Polaków przeciwko Żydom nawet przez ludzi, którzy później nie byli żadną miarą kojarzeni z polskim antysemityzmem. Oto na przykład ks. Jan Piwowarczyk, przedwojenny redaktor naczelny katolickiego „Głosu Narodu” (a powojenny „Tygodnika Powszechnego”), pisał, że „hitleryzm miał i ma powody do zdecydowanego wystąpienia przeciwko żydom [pisownia oryginalna – przypis aut.]. Nie pochwalając jego barbarzyńskich metod, uznajemy cel jego walki za słuszny”.

Nawet potworności wojenne i okupacyjne nie wymusiły głębokiej rewizji postawy wobec Żydów w kręgach inteligencji, Kościoła, działaczy politycznych, a cóż dopiero poza elitami społeczeństwa polskiego. Do tego doszła antyżydowska propaganda i eksterminacyjna polityka Niemców w okupowanej przez nich Polsce. Tragiczny efekt tego splotu różnych rodzajów nienawiści do Żydów jako obcych popycha esej Zgliczyńskiego ku publicystyce o wymowie emocjonalnej: jak to było możliwe, przecież to wstyd i hańba. Trudno nie dzielić tych emocji. Takich jak przerażenie, rozpacz, empatia. Ale czy to dosyć, by ogłosić, że Polacy pomagali Niemcom mordować Żydów? Moim zdaniem nie. Ja czytam esej Zgliczyńskiego inaczej. Bywało, że Polacy mordowali Żydów z poduszczenia Niemców, za ich przyzwoleniem, w poczuciu, że tak można i że to nie jest zło. Jednak dużo częściej mordowali na własny rachunek, dla własnych celów, w imię własnych interesów.

"Pomagali"?

Można dyskutować, co moralnie gorsze – pomoc czy akcja własna, jednak są to rzeczy różne. W moim odczuciu tytułowe eksponowanie „pomocy” Polaków, zapewne wbrew intencjom Zgliczyńskiego, może być odebrane jako wkład w zdejmowanie z Niemców ich zasadniczej odpowiedzialności za eksterminację Żydów. Czyż trzeba się zastrzegać, że oczywiście nie wszyscy i że nawet na samych dołach ówczesnego społeczeństwa znajdowali się Polacy pomagający Żydom i ich ratujący? Wiedza o tym jest powszechnie znana, inaczej niż wiedza o zabijaniu Żydów przez Polaków).

Podobny kłopot, jak z tytułem książki, mam też z jej konkluzją. Jest skrajnie pesymistyczna. To, co spotkało Żydów w Polsce, także z rąk Polaków, nie tylko nie zostało przez polską większość opłakane, ale podlega umyślnemu zapominaniu ze strachu przed ujawnieniem zbrodni i przyznaniem się do odczucia ulgi, że Polska jest już wolna od Żydów. Zgadzam się, że takie elementy wciąż występują i w codziennej rzeczywistości (wystarczy czytać fora internetowe), i w bardziej rzeczowych dyskusjach polityków, publicystów, historyków, ludzi Kościoła. Ale z drugiej strony to w Polsce przepracowywanie tematu żydowskiego, stosunku do Żydów, pełnej prawdy o Holokauście i trwającej wieki koegzystencji, jest najbardziej zaawansowane wśród wszystkich krajów naszej części Europy, a może i poza nią (z wyjątkiem Niemiec). Dziś ten wielki dorobek (kamieniem milowym była narodowa debata wokół esejów Grossa) nie jest poważnie zagrożony przez jakichś antysemickich i szowinistycznych rewizjonistów, ale – tu zgadzam się z intencjami autora – wciąż wymaga opieki i kontynuacji, mądrej i konsekwentnej polityki pamięci.

Uważam jednak, że po Żydach w Polsce nie został tylko antysemityzm. Takie jest ostatnie zdanie eseju Zgliczyńskiego. Tu znów jestem (ostrożnym) optymistą. Po pierwsze, zorganizowane życie żydowskie w Polsce po 1989 r. odradza się swobodnie, a polscy Żydzi nie życzą sobie, by mówić o antysemityzmie w Polsce "bez Żydów". Po drugie, sami Polacy, zwłaszcza młodzi, odkrywają z pewną fascynacją świat kultury żydowskiej, a to prowadzi część z nich do odrzucenia antysemityzmu i nacjonalizmu i rozbudzenia zamiast nich (tak spóźnionej) empatii względem tragicznego losu Żydów. Ta część naszego społeczeństwa przestała być podatna na złe emocje rozpalane przez dzisiejszych kontynuatorów tych ideologii. Jest więc pewien kapitał nadziei na przyszłość.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Dlaczego książki dla młodzieży już nie uczą i nie wychowują

Ukazanie się „Księgi dla starych urwisów”, książki Krzysztofa Vargi o twórczości Edmunda Niziurskiego, to dobry powód, by zapytać, dlaczego nie ma już miejsca na literacki dydaktyzm.

Mirosław Pęczak
20.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną