Kultura

BioShock: Infinite

Recenzja gry: BioShock: Infinite

materiały prasowe
„BioShock: Infinite” podzielił krytyków i odbiorców jak żadna inna gra tego roku.

Alternatywna odnoga historii, rok 1912. Wśród chmur, niczym podniebny archipelag, unoszą się wyspy latającego miasta Columbia – separatystycznej enklawy wyznawców nowej wiary opartej na amerykańskim nacjonalizmie i rasizmie. Udajemy się tam w roli człowieka upadłego, który chce spłacić dawne długi, porywając córkę proroka uwięzioną przezeń w wysokiej wieży. Tę wariację na znany z baśni temat – rzecz jasna jest i pilnujący księżniczki smok – Ken Levine („System Shock 2”, „Thief: The Dark Project”, „BioShock”) kaskadersko zmiksował z kwantową teorią wieloświata Hugh Everetta III. Pomysł ambitny, ale język, jakim opowiedziano ową zawikłaną i grającą na emocjach historię – nieustająca strzelanina i szukanie po śmietnikach amunicji oraz przywracających zdrowie kanapek – mocno kontrowersyjny. W efekcie „BioShock: Infinite” podzielił krytyków i odbiorców jak żadna inna gra tego roku.

 

Irrational Games, Cenega, PC, PS3, X360

Polityka 20.2013 (2907) z dnia 14.05.2013; Afisz. Premiery; s. 89
Oryginalny tytuł tekstu: "BioShock: Infinite"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną