Kultura

Matejko kochany i odrzucany

Jan Matejko - kochany i odrzucany

Artysta Jan Papin stworzył replikę „Bitwy pod Grunwaldem” Jana Matejki w postaci płaskorzeźby z drewna lipowego. Artysta Jan Papin stworzył replikę „Bitwy pod Grunwaldem” Jana Matejki w postaci płaskorzeźby z drewna lipowego. Bartłomiej Kudowicz / Forum
Przez blisko półtora wieku jawił się nam Jan Matejko jako parowóz ciągnący wytrwale długi skład polskiej kultury. I jako parowóz pozostał – okazały, ale już bez pary, na bocznym torze, malowany przez grafficiarzy.
Dzieło Matejki w Muzeum Narodowym w Warszawie.Bartosz Krupa/EAST NEWS Dzieło Matejki w Muzeum Narodowym w Warszawie.
Rysunkowa parodia „Bitwy” nakreślona ręką Stanisława Wyspiańskiego.Muzeum Narodowe w Krakowie Rysunkowa parodia „Bitwy” nakreślona ręką Stanisława Wyspiańskiego.

W tym roku przypada 175 rocznica urodzin i 120 rocznica śmierci słynnego malarza. A okrągłe jubileusze są zawsze dobrą okazją do refleksji. Tym bardziej że w osobie Matejki mamy do czynienia z prawdziwym fenomenem kulturowym. Prof. Maria Poprzęcka zauważyła niegdyś, iż jedyną powszechnie znaną przez rodaków datą z historii Polski jest 1410 r. Jedynym powszechnie znanym obrazem – odwołująca się doń „Bitwa pod Grunwaldem”. A jedynym malarzem, którego wszyscy znają – jego twórca. Kto wie, czy gdyby kiedyś Matejko, zamiast starcia z krzyżakami, zdecydował się np. na upamiętnienie w wielkim rozmiarze boju pod Kircholmem, to dziś nie recytowalibyśmy, wyrwani z najgłębszego snu, daty 1605 r.

Z czysto teoretycznego punktu widzenia Matejko średnio nadawał się na bohatera narodowego Polaków. Zajrzyjmy mu w życiorys: ojciec Czech, matka Niemka i zadeklarowana protestantka. Ugodowy wobec austriackiego zaborcy, przymilający się cesarzowi, a równocześnie ujawniający antysemickie fobie. Sporo wysiłku trzeba było włożyć i za jego życia, a szczególnie po śmieci, by ten wizerunek wybielić, a to, co niewygodne, przykryć tym, co chwalebne.

W biografii Matejki nie brakowało na szczęście faktów, które proces stawiania na cokołach ułatwiały. Na przykład determinacja w wyborze malarskiej profesji, wbrew woli ojca, ale z rezultatami typowymi dla cudownego dziecka. Wszak legendarnego „Stańczyka” namalował mając 24 lata, zaś efektowne „Otrucie królowej Bony” nawet cztery lata wcześniej. Całe życie pracował ponad siły, hojnie wsparł powstańców styczniowych (ponoć oddał wszystkie swoje oszczędności), zaangażował się w ratowanie krakowskich zabytków, bywał bezinteresowny. Ale chwały przydawało mu przede wszystkim samo malarstwo, które wyjątkowo dobrze odpowiadało naszym gustom i sentymentom narodowym. Zawieszone gdzieś między sztuką a historiozofią, narracyjne, na poziomie prostych symboli zrozumiałe dla każdego. Żarliwie przypominające o wielkiej przeszłości i głoszące, że ta potęga może i powinna wrócić.

W sposobie obrazowania świata był Matejko reprezentantem akademizmu święcącego w XIX w. ogromne sukcesy, ale w drugiej połowie wieku już odchodzącego do lamusa historii sztuki. Warto pamiętać, że kiedy powstawała „Bitwa pod Grunwaldem”, Manet już od 15 lat miał na swym koncie „Śniadanie na trawie” i „Olimpię”, Monet od sześciu lat – „Wschód słońca”, a Renoir od dwóch lat „Bar w Moulin de la Galette”. Polacy jednak o rodzącym się impresjonizmie nic nie wiedzieli, a matejkowskie sceny z historii były tym, czego najbardziej potrzebowali. Tym bardziej że artysta, jak nikt przed nim, zarówno w Polsce, jak i Europie, potrafił powiązać sztukę z subiektywną opowieścią o historii narodu i państwa. Jak rzadko który twórca, angażował się emocjonalnie w swoje malarstwo tak, jakby od tych postaci naprawdę zależała przyszłość Polski.

Pomimo kilku prestiżowych porażek, odniesionych pod koniec życia (np. przegrana walka o uratowanie zabytkowych budynków szpitala Świętego Ducha w Krakowie), nigdy nie mógł odczuwać braku hołdów, wyrazów najwyższego szacunku, honorów ze strony władzy i środowiska. Umierał jako narodowy bohater, geniusz, wieszcz. Ciekawie zaczęło się dziać dopiero wówczas, gdy go zabrakło wśród żywych.

Ciężar tematów i przesłań

Stosunkowo szybko zaczęto kwestionować wartość jego malarstwa. Można się było tego spodziewać, wszak na przełomie XIX i XX w. doszło do nagłego przyspieszenia ewolucji sztuki. Zwłaszcza że jeszcze za życia Matejko musiał przełykać gorzkie pigułki krytyki. W Polsce zarzuty były dość nieśmiałe i nieliczne, głoszone głównie przez Stanisława Witkiewicza, który bolał nad tym, że walory malarskie padają u Matejki pod ciężarem tematów i przesłań. Ale już we Francji, która dla malarza zawsze była głównym punktem artystycznego odniesienia, hulano sobie dużo odważniej.

Wprawdzie paryscy akademicy nagradzali go medalami, ale tamtejsi krytycy nie mieli już takiego szacunku dla historycznych scen. Kolejnym wielkim pracom, które prezentowano nad Sekwaną, zarzucali ciągle to samo: nadmierny patos, pretensjonalność i melodramatyzm, przedkładanie szczegółów ponad całościowy efekt, ale też błędy w rozkładzie światła i układzie kolorów. Francuzi się nie patyczkowali, pisząc: „to nie obraz, lecz muzeum” („Bitwa pod Grunwaldem”), „oglądającym grozi chorobą oczu” i „stara makata objedzona przez mole” („Hołd pruski”) czy „japońska sałata” („Dziewica orleańska”).

Przez kolejne dziesięciolecia po śmierci malarza oceny jego dorobku coraz bardziej się spolaryzowały. Dla jednych pozostawał Matejko geniuszem pędzla, prekursorem wielu kierunków (np. ekspresjonizmu). Ba, pojawiały się nawet całkiem poważne sugestie, że „Bitwa pod Grunwaldem” była dla Picassa inspiracją do namalowania „Guerniki”. „Patrząc na Matejkę, miało się wrażenie, że się ma przed sobą człowieka świętego” – piał peany na klęczkach pisarz Ferdynand Hoesick. „Wystrzela ponad wszystkich i wszystko. Najwięksi artyści nikną wobec niego” – dokładał swoje malarz Eligiusz Niewiadomski w „Malarstwie polskim XIX i XX wieku”.

Ale równie dużo było głosów krytycznych. „Cała zgraja malarzy z wyciem rzuca się na Matejkę (…). Staje się on synonimem czegoś, co nie ma prawa do życia” – notował już w 1901 r. malarz Marian Wawrzeniecki. Nad „Bitwą pod Grunwaldem” znęcali się solidarnie Bolesław Prus, Aleksander Świętochowski, Tadeusz Boy-Żeleński czy Karol Irzykowski. Niezły sojusz. Matejce wytykano różne rzeczy. „Myśl własną poświęcał dokładności: na jednym krańcu szablonem to grozi, na drugim archeologią” – pisał poeta Stanisław Lack. Ciekawe, jak szybko matejkowskie idee trafiały do lamusa, były już tylko echem historii. Malarz Władysław Wankie w 1907 r. pisał: „Czym jest malarstwo Matejki dla naszej przeszłości, tym są dzieła Chełmońskiego dla współczesnego życia”. I jeszcze w 1933 r. swoje trzy grosze dorzucał Józef Czapski: „Nie miał do plastyki, do zagadnień formy żadnego istotnego stosunku; naturalnych danych plastycznych nie tylko nie pogłębiał, ale je w sobie zniszczył (…). Był on ilustratorem historii Polski, nie malarzem”.

Coraz bardziej żywy

Co ciekawe, krytyka płynąca regularnie przez kolejne dziesięciolecia z ust uprawiających nowoczesne malarstwo artystów czy teoretyków sztuki, w najmniejszy sposób nie szkodziła fenomenowi narodowej popularności Matejki. A nawet więcej – jego legenda i sława rosła w postępie geometrycznym. „Matejko towarzyszył niezmiennie codziennemu bytowaniu rodaków na wszystkich zakrętach dziejów, we wszystkich strefach aktywności i we wszystkich okresach życia” – pisał Henryk Marek Stoczyński w książce poświęconej artyście. Można dodać, że tak jak Picasso stał się w pewnym momencie u nas w kraju symbolem całej sztuki XX w. (o wszelkiej abstrakcji powiadało się „picassy”), tak Matejko uzyskał status symbolu całego polskiego malarstwa. I jako symbol trafiał wszędzie, od wszelakich podręczników szkolnych, przez znaczki, banknoty i pocztówki, po okładki zeszytów i dekoracje witryn sklepowych.

Zmieniały się ustroje, mody, trendy, ideologie i kulturowe formacje, a Matejko pozostawał wiecznie żywy, a nawet był żywy coraz bardziej. Wydawało się, że z piedestału może próbować go zrzucić władza ludowa. Daleko było mu do sztuki realnego socjalizmu, a jako piewca dawnych czasów mógł sączyć niepotrzebny jad w zbiorową duszę narodu. Ale szybko uznano, iż lepiej go zaanektować, aniżeli zwalczać. Tym bardziej że historiozofia i symbolika obrazów Matejki była na tyle pojemna, że zawsze dało się z niej wyłuskać coś dla siebie. Gdy walczono o odzyskanie niepodległości, dostrzegano w jego pracach zapowiedź odrodzenia się Polski i hołd dla narodowych dziejów. W II RP nacisk kładziono na wątki mocarstwowości, wytrwałości i słowiańskiej integracji.

Także sternicy kultury PRL dokonali więc kilku drobnych przesunięć w interpretacji dorobku wielkiego malarza. Teraz najważniejszy stał się patriotyzm. Wątki z internacjonalistycznego punktu widzenia niewygodne dyskretnie zignorowano (np. „Batorego pod Pskowem”, „Carowie Szujscy przed Zygmuntem III”), wątki wygodne podkreślono (antyniemieckość odnajdywana w „Bitwie pod Grunwaldem” czy w „Hołdzie pruskim”). A ponieważ płótna Mistrza Jana zaludniało zawsze wiele postaci, łatwo było doszukać się jakichś robotników (np. w „Zawieszeniu dzwonu Zygmunta”), czy chłopów („Kościuszko pod Racławicami”), co dawało okazję do podkreślania postępowych tradycji, wrażliwości na ludzką krzywdę, a nawet lewicowych sympatii. Równocześnie stanowił Matejko estetyczny balsam dla większości społeczeństwa, nierozumiejącego i dystansującego się wobec sztuki współczesnej. Tu koń był koniem, motywacje czytelne, emocje wyraziste.

Jeszcze w stanie wojennym mógł służyć jako symbol; niektórzy dobrze pamiętają parafrazę „Rejtana” z napisem „Solidarność” na obnażonej piersi. To był jednak schyłek jego duchowego panowania nad narodem. Nowy ustrój, masowy napływ popkulturowych wzorców z Zachodu czy rozwój Internetu obeszły się z Matejką dość brutalnie. Mówiąc wprost, wyblakł jako symbol. Trudno go było na nowo przykrajać do nowej rzeczywistości. Do kapitalizmu nie pasował, a współcześni patrioci wpisywali sobie na sztandarach inne nazwiska. Jako malarz został zdetronizowany już wcześniej, jako wieszcz i bohater narodowej wyobraźni przegrał walkę o rząd dusz dopiero u schyłku XX w. Nie miał szans z idolami kultury masowej. Szanowany, ale już nie czczony, znalazł swój azyl tam, gdzie jego miejsce – w muzeum.

Memy, przeróbki i pastisze

Ale nie całkiem odszedł, odżywając w osobliwym, ale zdecydowanie nowym wcieleniu; po bohaterów jego obrazów często sięgają autorzy internetowych memów. Wszak narracyjne i pełne ekspresji sceny z Rejtanem, księdzem Skargą, Stańczykiem czy ginącym wielkim mistrzem krzyżackim doskonale nadają się do przeróbek i pastiszy, do żartobliwych lub wulgarnych komentarzy na temat bieżących wydarzeń i naszej rzeczywistości. Matejko stał się więc wdzięcznym dostarczycielem surowca do postmodernistycznych gierek i absurdalnego humoru spod znaku Monty Pythona.

Nie tylko wizualnych, czego przykładem prześmiewcza powieść „Szyfr Jana Matejki” Dariusza Rekosza. To zjawisko ironicznie skomentował Telemach, autor znanego bloga „Ogólna teoria wszystkiego”, pisząc o Matejce, że „jako prekursor i jedyny przedstawiciel nurtu alegoryczno-historycznego w obrębie europejskiego pop-artu wyprzedził swą epokę”.

Galopująca jak oszalała i za wszelką cenę szukająca nowości sztuka XX w. z natury rzeczy nie mogła zaakceptować Matejki jako artysty. Ba, do dobrego wręcz tonu należało okazywanie dystansu wobec konserwatywnego malarstwa Mistrza. Gdy przed paru laty postanowiono uczcić Matejkę, zorganizowano w jego rodzinnym mieście konkurs malarski. Nie było to jednak klasyczne „Hommage à…”, ale prośba o przygotowanie… pastiszu.

Ale, co ciekawe, autor „Hołdu pruskiego” cały czas jednocześnie uwierał, jego ludowa popularność nie pozwalała go do końca ignorować, kazała mierzyć się z legendą. Przypomnę, iż zaczęło się już od Wyspiańskiego i jego niemal abstrakcyjnej rysunkowej wariacji na temat „Bitwy pod Grunwaldem”. Nawiasem mówiąc, to właśnie z tym dziełem najczęściej próbowali wejść w dyskurs inni twórcy. Spośród wielu mniej lub bardziej udanych prób kilku udało się na stałe osadzić w historii współczesnej sztuki polskiej.

Chyba najbardziej znana jest praca Edwarda Krasińskiego z 1997 r. Naturalnej wielkości reprodukcję obrazu zaanektował w typowy dla siebie sposób – oklejając swoją słynną niebieską taśmą. Dodatkowo umieścił w obrazie uchylone drzwi, a w nich fotograficzny autoportret. Teza „my wszyscy z niego” nabrała w ten sposób ironicznego charakteru. Warto też wspomnieć o obrazie Edwarda Dwurnika – współczesnej wersji naszej narodowej bitwy pod Grunwaldem – bitwy każdego z każdym. A także o pracy wideo Bogny Burskiej, która szukając kulturowych klisz, skonfrontowała ze sobą wszelkie dostępne współczesne wizualizacje owej batalii. Od ekranizacji komputerowych, przez gry komputerowe, reklamy, po rejestracje dorocznej inscenizacji bitwy. Ze zmagań z innymi pracami Matejki na plan pierwszy wysuwa się zaś z pewnością ambalaż „Hołdu pruskiego” Tadeusza Kantora (1975). „Opakowując” dzieło i poszczególnych jego bohaterów, niejako odsyłał je do magazynu historii. Wyjątek uczynił dla mocno zaznaczonej postaci Stańczyka – jakby jedynego żywego i ciągle aktualnego bohatera współczesności.

Czy obecne życie po życiu Matejki to tylko przelotne szaleństwo czy nowe, stałe miejsce na dłuższy czas? Nie ma wątpliwości, że skończyło się zapotrzebowanie na narodowego bohatera, wieszcza, duchowego przywódcę. Artysta pozostał ważnym elementem historii polskiej kultury, ale już bez wynikających z tego tytułu symbolicznych przywilejów. Dziś można już poklepywać go po ramieniu i nawet robienie sobie żartów z jego prac nie jest podszyte estetycznym buntem, a jedynie obliczoną na oklaski internautów zgrywą.

Polityka 26.2013 (2913) z dnia 25.06.2013; Kultura; s. 78
Oryginalny tytuł tekstu: "Matejko kochany i odrzucany"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Już milion ofiar koronawirusa na całym świecie!

SARS-CoV-2 okazał się bardziej zabójczy niż grypa, malaria czy AIDS. Skrócił też życie swoich ofiar średnio o 11 lat.

Marcin Rotkiewicz
27.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną