Kultura

Wciąż (obel)żywa

Nie żyje Joan Rivers. Odeszła, został śmiech

Joan Rivers, jedna z pierwszych kobiet komików. Właśnie skończyła 80 lat. Joan Rivers, jedna z pierwszych kobiet komików. Właśnie skończyła 80 lat. Ture Lillegraven / Corbis Outline
Joan Rivers na scenie nie znała tematów tabu, a z dogryzania gwiazdom zrobiła sztukę. Na pewno życzyłaby sobie, abyśmy mimo jej odejścia nie przestawali się z niej śmiać.
Joan Rivers z Johnem Carsonem w progarmie „Tonight Show”, 1977 r.Julian Wasser/Time & Life Pictures/Getty Image/FPM Joan Rivers z Johnem Carsonem w progarmie „Tonight Show”, 1977 r.
Joan Rivers z mężem, producentem filmowym Edgarem Rosenbergiem, 1977 r.Julian Wasser/Time & Life Pictures/Getty Image/FPM Joan Rivers z mężem, producentem filmowym Edgarem Rosenbergiem, 1977 r.

Ceniona amerykańska aktorka Joan Rivers zmarła 4 września w wyniku powikłań po zabiegu strun głosowych. Jak poinformowała jej córka, Rivers „odeszła spokojnie w otoczeniu rodziny i najbliższych przyjaciół”. Miała 81 lat.

[Poniższy artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w lipcu 2013 roku].

***

Zacznijmy od dowcipowego evergreenu, czyli napiętych relacji między synową i teściową. Według Joan Rivers, aktorki, prezenterki telewizyjnej i pisarki, brzmi on tak: „Skremowałam dziś matkę mojego męża i mam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia. Mogłam przecież z tym poczekać do jej śmierci”. Otyłość? „Elizabeth Taylor ma więcej podbródków niż Chiny numerów kierunkowych”. Pedofilia? „Nie wiem, co mam robić z moim 9-letnim wnukiem. Jeszcze kilka lat temu zadzwoniłabym z prośbą o radę do Michaela Jacksona, a teraz?”. Seks analny? „Kobiety go uwielbiają, bo mogą się jednocześnie wypinać i piłować paznokcie. Albo odpisywać na esemesy”.

Rivers celuje w ostrym dowcipie, często kierując jego ostrze na samą siebie. Wyśmiewała już swój brak urody, nieudane życie uczuciowe oraz uzależnienie od operacji plastycznych – z tego ostatniego powodu stała się zresztą obiektem nie tylko własnych drwin. Jej twarz, dzięki zabiegom, nie tylko odmłodniała, ale zmieniła też kształt niemal nie do poznania. Komiczka wyszczupliła nos, powiększyła usta, podniosła kąciki oczu, naciągnęła skórę do granic możliwości. „Kiedyś nie można było określić twojego wieku, dziś gatunku, do którego należysz” – żartował z niej kolega po fachu.

Rivers nic sobie z tego nie robi, bo często powtarza, że humor jest najlepszą metodą na przetrwanie i radzenie sobie z porażkami i odrzuceniem. Doświadcza tego od dzieciństwa aż do dziś: jej programy są zdejmowane z ramówki, związki się kończą, a żarty, zamiast śmieszyć, oburzają. Najświeższy przykład pochodzi z lutego.

Czy możemy o tym pogadać?

Rivers w prowadzonym przez siebie programie „Policja stylu” na kanale E! (dostępnym także w polskich kablówkach), gdzie ocenia kreacje gwiazd, komentowała akurat bardzo głęboki dekolt niemieckiej modelki Heidi Klum. Świeżo rozwiedzionej, dodajmy. „Niemcy nie byli tak napaleni od czasu, gdy palili Żydów w piecach” – typowa dla komiczki mieszanka odniesień do popkultury, gry słów i poważnych, drażliwych tematów tym razem wybuchła Rivers w dłoniach. W mediach zawrzało, żart uznano za wulgarny i niestosowny, a jego autorkę za antysemitkę. Sama Klum tak komentowała sprawę: „Współczuję tym, którzy stracili bliskich, nie mam pojęcia, czy to ­dobry temat do żartów. Ja mam inne poczucie humoru”.

Z kolei Rivers wyjaśniała, że chciała w ten sposób przypomnieć ludziom o Holocauście. „Dzisiejsza młodzież nic o nim nie wie, a dzięki mojemu żartowi przynajmniej sprawdzi, co to znaczy” – mówiła. Przypomniała też, że sama jest Żydówką, a rodzina jej męża Edgara Rosenberga zginęła w obozie koncentracyjnym. Na koniec dodała to, co zazwyczaj wyjaśnia, gdy ktoś się czuje urażony jej humorem: śmiać się można ze wszystkiego, bo to sposób na pokonanie traumy i trudnych emocji. Rivers dobrze wie, o czym mówi, potrafiła żartować nawet z samobójczej śmierci męża, o którą się przez lata obwiniała. „To prawda, zabił się przeze mnie. Gdy się kochaliśmy, niepotrzebnie zdjął worek zakrywający moją twarz” – opowiadała na scenie.

W ciągu ostatniego półwiecza przyzwyczaiła Amerykę do swojego neurotycznego, ciętego poczucia humoru. Zresztą to dzięki niemu przebiła się w zmaskulinizowanym świecie telewizyjnych programów komediowych, takich jak „Tonight Show” nadawanym przez stację NBC codziennie od 1962 r. Jego formuła jest niezmienna od dekad: gospodarz opowiada błyskotliwe żarty, pisane częściowo przez siebie, częściowo przez zespół zawodowych autorów i prowadzi lekkie rozmowy ze sławnymi gośćmi.

Najbardziej znanym prowadzącym w historii telewizyjnej rozrywki jest zmarły w 2005 r. Johnny Carson, idol i punkt odniesienia dla takich komików, jak Jay Leno, David Letterman czy Conan O’Brien. Oraz Joan Rivers, której Carson już po pierwszym spotkaniu w połowie lat 60. przepowiedział wielką karierę. Zapraszał ją na występy w „Tonight Show”, a z czasem zrobił z niej gościnną prowadzącą. Niezbyt ładna blondynka stała się charakterystycznym elementem programu, podobnie jak zdanie „Czy możemy o tym pogadać?”, którym często kończyła swoje dowcipy.

Po latach wyjaśniała, że jej żarty to po prostu zaproszenie do rozmowy na wstydliwy lub trudny temat.

Z łatwością rozśmieszała do łez sławnych gości oraz zaproszoną do studia publiczność, gdy Carson brał akurat urlop lub zwolnienie lekarskie. Jej wygłaszany na stojąco monolog, czyli tzw. stand-up, był odważny obyczajowo i przełamywał stereotyp słodkiej prezenterki telewizyjnej. Szczególnie jak na owe czasy, czyli połowę lat 60., gdy druga fala feminizmu dopiero się zbliżała, a kariera większości kobiet polegała na prowadzeniu domu i wychowywaniu dzieci. Rivers była też bodaj pierwszą kobietą, która na antenie mówiła o aborcji. Oczywiście żartem. Nie wiadomo, co było bardziej oburzające: temat, jego lekka forma czy płeć autorki.

„Stand-up to męska forma, bo komik musi zdominować publiczność jak treser cyrkowego lwa. A to wymaga krzepy” – opowiadała po latach. „Poza tym większość dziewczyn już w szkole zauważa, że uwagę kolegów przyciąga uroda, nie poczucie humoru. Bycie zabawną po prostu nie jest seksowne”.

Niedoszła amantka

Rivers, przynajmniej oficjalnie, wolała rozśmieszać, niż rozkochiwać, co doprowadzało do rozpaczy jej matkę, która przede wszystkim chciała ją dobrze wydać za mąż. „Gdy miałam 21 lat, matka mówiła, żebym poślubiła lekarza. Gdy 22 – prawnika, 24 – dentystę. Po moich 26 urodzinach obniżyła standardy jeszcze bardziej. Moim mężem mógł być facet rozgarnięty na tyle, żeby dzwonić do naszych drzwi. Mógł mieć nawet maskę na twarzy i pistolet w dłoni” – tak, to też jeden z jej monologów.

Joan, której prawdziwe nazwisko brzmi Molinsky, twierdzi, że nie miała łatwego dzieciństwa. Była gruba, nieśmiała, nieładna i dorastała w cieniu pięknej starszej siostry Barbary. Miała siedzieć cicho, zajmować się sobą i jak najszybciej wyjść za mąż. Zrobiła tylko to ostatnie, ale po dwóch miesiącach się rozwiodła – mąż nie poinformował jej, że nie zamierza mieć dzieci. Rivers wspomina, że wiecznie łaknęła uwagi, więc grała we wszystkich szkolnych przedstawieniach, marząc o zostaniu dramatyczną amantką. Żydowskim rodzicom, którzy wyemigrowali z Rosji po rewolucji październikowej, taki pomysł nie mieścił się w głowie, więc Joan wyprowadziła się z domu do Nowego Jorku i przez dwa lata nie utrzymywała z nimi kontaktu. Była pierwsza połowa lat 60., na Manhattanie mieszkali Woody Allen, Barbra Streisand, Bob Dylan i Richard Pryor, wokół których orbitowała Rivers – sceniczne nazwisko przejęła od swojego pierwszego agenta Tony’ego Riversa.

Próbowała swoich sił w stand-upie, chodziła od klubu do klubu, nie mogąc się nigdzie zaczepić na stałe. Dorabiała, sprzedając kradzione znaczki pocztowe, czasem z braku pieniędzy nocowała we własnym samochodzie. W końcu trafiła do telewizji, gdzie dostrzegł ją Carson.

Polecił ją do współpracy między innymi młodemu producentowi filmowemu Edgarowi Rosenbergowi, którego Joan poślubiła cztery dni po pierwszym spotkaniu. „Czy to była wielka miłość? Nie. Czy to było wspaniałe małżeństwo? Tak” – powie po latach. Rosenberg, niemiecki Żyd, który uciekł przed prześladowaniami do Danii, Afryki, a na końcu do Nowego Jorku, ujął Rivers swoją kulturą, oczytaniem, wrażliwością i ciężkim jak ołów smutkiem. W 1968 r. parze urodziła się córka Melissa. Po latach wątpliwości i porażek Joan zaczęło się powodzić – pisała scenariusze filmowe, występowała w Las Vegas, napisała książkę, a w połowie lat 80. Carson regularnie zapraszał ją do prowadzenia „Tonight Show”. Kąśliwa blondynka dostała propozycję marzeń – własny wieczorny program w konkurencyjnej stacji FOX. Jej mąż zajął się produkcją show. Rivers weszła na szczyt tylko po to, by wkrótce z niego spaść. Na samo dno.

Policjantka na czerwonym dywanie

Gdy Johnny Carson dowiedział się, że jego uczennica będzie konkurować z nim o widownię, zerwał z nią wszystkie kontakty, co Rivers wspomina do dziś jako jedną z najbardziej przykrych chwil w życiu. Choć jej program „Late Show starring Joan Rivers” miał świetne wejście, już po kilku tygodniach oglądalność zaczęła spadać, a po niecałym roku został zdjęty z anteny. Widowni i krytykom nie spodobało się, że zadziorna komiczka na życzenie bossów stacji FOX zmieniła się w łagodną wazeliniarę. Takiej Joan nikt nie chciał oglądać. Sytuację pogarszał Rosenberg, który skonfliktował się z całą ekipą „Late Show”. Od lat miał zresztą problemy ze zdrowiem i pogłębiającą się depresję. Trzy miesiące po likwidacji programu w 1987 r. popełnił samobójstwo, zostawiając Joan i Melissie pożegnalne nagrania i sporo długów. W życiu Rivers nastąpiło siedem lat chudych. Dopiero w 1994 r. zaczęła wracać na szczyty popularności. Dzięki córce, pracującej w stacji „E!”, została reporterką nadającą relacje z czerwonego dywanu, który był rozwijany przed gwiazdami udającymi się na rozdanie Oscarów, Grammy czy Złotych Globów. Przez kolejne lata Joan razem z Melissą robiły krótkie, landrynkowe wywiady z najsławniejszymi ludźmi świata z obowiązkowym pytaniem: „Czyją kreację masz na sobie?”.

I tak wylansowały instytucję czerwonego dywanu, czyli miejsca, w którym gwiazdy pokazują się w drogich sukienkach i smokingach, co często budzi więcej emocji niż werdykty gremiów przyznających nagrody. Z czasem panie Rivers (Melissa przyjęła sceniczne nazwisko matki) zaczęły oceniać stroje sław, przy czym najważniejszy był kąśliwy dowcip, balansujący na granicy złego smaku, charakterystyczny dla komediowego stylu Joan. Na przykład: „Sukienka Jennifer Lopez to drugi najgorszy wybór w jej życiu. Pierwszym była decyzja, żeby zostać aktorką”.

Od dwóch lat Rivers razem z trójką stałych gości – znawców mody (w tym córką Ozzy Osbourne’a, Kelly) – prowadzi co­tygodniowe wydanie „Policji stylu”, a jej komentarze w tym samym stopniu dotyczą stroju gwiazd, co wydarzeń w show-biznesie. Część aktorek, jak Diane Keaton czy Anne Hathaway, śmiertelnie się obraża za te żarty, inne, jak Cher, Julia Roberts czy Fergie, śmieją się razem z Rivers. „Nie rozumiem dąsów, przecież nie wyśmiewam upośledzonych dzieci, tylko dorosłych ludzi zarabiających miliony dolarów. I co z tego, że trafiła im się modowa wpadka?” – mówi komendantka stylu. Co ciekawe, Rivers przez przypadek stworzyła wiele nowych miejsc pracy – dzięki niej powstał zawód stylisty gwiazd (wcześniej aktorki same wybierały i kupowały stroje na gale) oraz żandarma mody, czyli dziennikarza specjalizującego się w wyrazistej ocenie galowych strojów. Żaden jednak nie posunął się tak daleko, jak Joan komentująca dekolt Heidi Klum.

W czerwcu skończyła 80 lat, ale nie zamierza zwalniać ­tempa pracy. Poza szefowaniem „Policji stylu” występuje w reality show z córką („Joan&Melissa: Joan Knows Best?”), wydaje kolejne książki, sprzedaje biżuterię, reklamuje proszek na łysienie. Tempo życia ma zabójcze – kilka razy w tygodniu lata samolotem, a jeden występ dziennie uważa za nudę. Żadnej pracy się nie boi, nie przebiera w ofertach pod warunkiem, że dostaje dobrą stawkę. „W moim słowniku nie ma pojęcia obciachu. Dla promocji zrobię wszystko” – mówi. Nawet pokaże swoją prawdziwą twarz, czyli tę bez grama makijażu. Zrobiła to w filmie dokumentalnym „Joan Rivers: A Piece of Work”, którego twórcy śledzili przez rok swoją bohaterkę. Rivers mówi w nim między innymi tak: „Nienawidzę, gdy młode komiczki podchodzą do mnie, aby mi podziękować, że przetarłam im szlaki. Do ciężkiej cholery, przecież nadal je przecieram!”.

Polityka 30.2013 (2917) z dnia 23.07.2013; Ludzie i style; s. 78
Oryginalny tytuł tekstu: "Wciąż (obel)żywa"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Prof. Marcin Król o tym, że czeka nas koniec starego świata

Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.

Jacek Żakowski
01.01.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną