Murale - nowa sztuka ulicy

Zamuralowani
Po sterowanych komputerowo podświetlanych fontannach i po pomniczkach-ławeczkach polskie miasta odkryły nowy pomysł: murale. Malowidła na murach mnożą się więc gwałtownie, choć nie zawsze sensownie. I ciekawie ewoluują.
Łódź wybrała łasice.
Małgorzata Kujawka/Agencja Gazeta

Łódź wybrała łasice.

Katowice każą myśleć („Think”)
SPY/Instytucja Kultury Katowice – Miasto Ogrodów

Katowice każą myśleć („Think”)

Gorzów - ten mural przypomina, że miasto było kiedyś kojarzone z produkcją kaset magnetofonowych.
Daniel Adamski/Agencja Gazeta

Gorzów - ten mural przypomina, że miasto było kiedyś kojarzone z produkcją kaset magnetofonowych.

Do muralu nadaje się – jak sama nazwa wskazuje – mur lub filar wiaduktu, ale oczywiście najlepsza jest ściana budynku, bo malarska praca nabiera wówczas rozmachu. Ściana może być przedwojenna, odrapana lub rodem z PRL, wyłożona styropianem. Najlepiej tzw. szczytowa, bez okien, które zawsze ograniczają twórczą fantazję. Malowanie elewacji w pastelowe kolorki jest dziś obciachem, za to oddawanie ich we władanie artystów uznaje się za świadectwo głębokiej troski o rewitalizację miasta, o sytuację społecznie odrzuconych, o obecność sztuki w przestrzeni publicznej itd.

Nic więc dziwnego, że zrozumieniem ducha czasów chcą się wykazać dziś wszyscy: fundacje i stowarzyszenia pragnące w ten sposób szerzyć swą misję, przeróżne festiwale, spółdzielnie mieszkaniowe, kluby sportowe, firmy, no i, rzecz jasna, sami artyści. Ale przede wszystkim władze miast i miasteczek, które chcą w ten sposób, stosunkowo niedużym kosztem, załatwić kilka spraw: pokazać swą otwartość na sztukę i efektownie obsłużyć ważne rocznice.

45 murali na gdańskiej Zaspie

W geografii polskiego muralu można już wskazać mistrzów i ich błyskotliwych uczniów oraz całe mnóstwo mniej lub bardziej uzdolnionych naśladowców. Pierwszy jest Gdańsk, z jego 45 muralami, które opanowały peerelowskie osiedle Zaspa. Zaczęło się w 1998 r. ośmioma malowidłami stworzonymi z okazji tysiąclecia miasta. Później była dekada przerwy, od 2009 r. powstają zaś kolejne prace w ramach festiwalu Monumental Art oraz w ramach działalności Gdańskiej Szkoły Muralu.

Drugi lider to Łódź z festiwalem organizowanym, także od 2009 r., przez fundację Urban Forms (właśnie zaczęła się kolejna edycja). Łodzianie pozostają nieco w tyle za Gdańskiem (21 murali dotychczas i sześć kolejnych tej jesieni), jednak wielu ceni ich sobie bardziej za wysoką jakość artystyczną prac i zapraszanie muralistów ze światowej top ligi.

Katowice mają Street Art Festival (24 murale w trzy lata) wspomagany muralami tworzonymi w ramach Off Festival – pojedynczymi, ale projektowanymi przez znanych artystów nie­muralistów (np. Julian Jakub Ziółkowski, Marcin Maciejowski).

Gdynia, która rywalizację z Gdańskiem ma we krwi, rzuciła rękawicę bardzo dobrym festiwalem Traffic Design (tylko w ramach ostatniej edycji powstało 10 murali). Poznań buduje swój świat elewacyjnych fantazji dzięki festiwalowi Outer Spaces (15 murali w trzy lata). Dużo dobrego dzieje się też w Lublinie, spore aspiracje zgłasza Wrocław.

Naśladowców jest coraz więcej, bo dziś niemal wszystkie miasteczka fundują sobie własne ścienne malowidła. – Każda okazja jest dobra – zauważa Marcin Rutkiewicz, współautor wyśmienitych albumów o polskim street arcie. – Tu się urodził drugi adiutant marszałka Piłsudskiego, tam się odbyła jakaś potyczka w czasie pierwszej wojny światowej i już jest dobry pretekst, by zamówić mural.

W Gorzowie powstało nawet malowidło poświęcone produkowanym tu niegdyś kasetom magnetofonowym. Trudno oszacować, ile wielkoformatowych prac pokryło w ostatnich latach ściany budynków w Polsce. Ostrożni mówią o setkach, entuzjaści – o tysiącach.

Wzrost popytu nieuchronnie kształtuje podaż. Początkowo murale tworzyli artyści o bardzo zbliżonych biografiach. Wszyscy zaczynali od ulicznego graffiti, uprawianego nielegalnie, z pasją i wyłącznie dla własnej satysfakcji. Z czasem szli na studia artystyczne, kończyli je, a małe formy malarskie zamieniali na coraz większe i tworzone już w zgodzie z prawem. Takie CV napisać by mogli najwięksi mistrzowie street artu: Michał „Sepe” Wręga, Rafał Roskowiński czy twórcy ukrywający się pod pseudonimami „Chazme”, grupa „Etam Cru” (Sainer i Bezt), „Pener”, „Krik”, „Lump”. Nagły wzrost zainteresowania muralem w Polsce sprawił, że na swoich wcześniejszych pasjach mogli zacząć także zarabiać.

„Robienie w muralach”

Wielu absolwentów studiów plastycznych wykalkulowało sobie pracę z wielkimi formatami jako sposób na zawodową przyszłość. W czasach gdy malarstwo sztalugowe sprzedaje się kiepsko, a konkurencja ogromna, „robienie w muralach” stanowi niezłą finansową i prestiżową alternatywę. Na jednym zleceniu można zarobić od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych, jest więc o co się bić.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną