Kultura

Między seksem a sensem

Jak „to” się robi na ekranie

Lars von Trier „Antychryst” Lars von Trier „Antychryst” Shalan Stewart / BEW
Artystyczne kino coraz ostrzej flirtuje z pornografią. Co zmieniają festiwalowe zwycięstwa filmów takich jak „Życie Adeli”? I czemu służą te długie, niesymulowane sceny seksu?
„Anatomia piekła”Forum „Anatomia piekła”
Tinto Brass i Bob Guccione, „Kaligula”materiały prasowe Tinto Brass i Bob Guccione, „Kaligula”

Pionierskie sceny seksu analnego w wykonaniu Marlona Brando w „Ostatnim tangu w Paryżu” (z użyciem masła) – niegdyś szokujące – dziś nawet młodzież ogląda z rozbawieniem. O zgorszeniu nie może być mowy, bo widać sztuczność, stylizację tych scen. Jak na współczesne standardy są zbyt nieśmiałe. Konwencje w tej dziedzinie się zmieniły, a kino artystyczne niebezpiecznie flirtuje z pornografią. Takie filmy jak „Życie Adeli: Rozdział 1 i 2” – tegoroczna Złota Palma w Cannes – pokazują, że coraz trudniej wyznaczać granicę prywatności na ekranie, i to często w nagradzanym autorskim kinie.

Nieustanną presję poszerzania granic tego, co wolno pokazywać na dużym ekranie, widać najlepiej w kinie LGBT – odważnym, bezpruderyjnym i postępowym. Kiedyś nie do pomyślenia był widok całujących się gejów. Obecnie homoseksualistów nie wstydzą się grać najwięksi hollywoodzcy gwiazdorzy o orientacji heteroseksualnej: Sean Penn („Obywatel Milk”), Jake Gyllenhaal („Tajemnica Brokeback Mountain”), Colin Firth („Samotny mężczyzna”) czy Michael Douglas („Wielki Liberace”). To też świadczy o tym, jak wiele się zmieniło. Także w mentalności aktorów, a przede wszystkim odbiorców.

Oczywiście mówimy o sztuce Zachodu, gdzie swoboda przedstawiania seksu z powodu nikłych ograniczeń cenzury obyczajowej i osłabienia wpływów religii jest bez porównania większa niż na przykład w kulturze arabskiej. Z drugiej strony – w różnych krajach co innego może bulwersować i stanowić przedmiot troski w sferze publicznej. „Antychryst” Larsa von Triera, w którym reżyser nie oszczędza widoku krwi tryskającej z penisa i obcinania nożyczkami łechtaczki, nie wszedł do szerokiego rozpowszechniania w większości państw na świecie. Podobnie jak wygwizdany na festiwalu w Cannes „Brązowy królik” Vincenta Gallo, w którym Chloe Sevigny połyka spermę po scenie seksu oralnego.

W erze powszechnego dostępu do pornografii, cyberseksu, swobody zmiany płci, masturbacji przed ekranem o skandale w kinie niesłychanie ciężko. Konkurencja jest spora. Wrażliwość widzów przetestowana na niezliczonych sequelach „Głębokiego gardła” znacznie się przytępiła. Jeśli tak wielki prowokator i miłośnik perwersji jak Almodóvar (przypomnijmy sobie scenę wchodzenia do wnętrza owłosionej waginy miniaturowego kochanka w „Porozmawiaj z nią”) zaczął już uchodzić za artystę mainstreamowego, który sprzedał się komercji – gdzie szukać tych, co łamią społeczne i symboliczne zakazy?

Amerykańska socjolożka Linda Williams, autorka doskonałej książki „Seks na ekranie”, która niedawno ukazała się także po polsku, sporządziła ciekawy katalog takich łamiących tabu filmów. Punktem odniesienia uczyniła ostre, dosadne sceny seksu, przyjmując jedno proste kryterium: podczas odgrywania stosunku aktorzy idą na całość i niczego nie udają. Nazwała te filmy sztuką hardcore’ową, w odróżnieniu od pornograficznego hardcore’u, gdzie wszystko jest obsesyjnie dosłowne, ilustratywne, wystawione na pokaz, a przez to na swój sposób „nieprawdziwe”.

Przykładów podaje wiele. Od lirycznych „9 Songs” Brytyjczyka Michaela Winterbottoma, w których niemal jedna trzecia filmu rozgrywa się w łóżku, a wśród wariacji seksualnych pojawia się penetracja, cunnilingus, fellatio, praktyki sadomaso oraz masturbacja przy użyciu wibratora. Po właściwie całą twórczość Francuzki Catherine Breillat (reżyserka i pisarka, a wcześniej aktorka debiutująca właśnie w osławionym „Ostatnim tangu w Paryżu”) oscylującą wokół czystego pożądania, poświęconą zaś w dużej mierze seksualnemu upokorzeniu niezaspokojonych kobiet poszukujących intymności i rozkoszy.

W „Romansie”, „Mojej siostrze”, „Anatomii piekła”, gdzie eksponowane są głównie ciała nagich mężczyzn z nabrzmiałym członkiem, „pragnienie seksu – pisze autorka książki – jawi się jako zjawisko wielce ambiwalentne – z jednej strony przypomina zainteresowanie, a z drugiej – wstyd i rodzaj kompromisu. Co ważne, postaci kobiece prowadzą nieustanną debatę na temat pożądania – zarówno wewnętrzną, same ze sobą, jak i zewnętrzną, z mężczyznami, z którymi uprawiają miłość. Te samoświadome, uduchowione istoty rozmyślają o życiu oraz na temat połączenia elementów rozumu i celowości z potężną zwierzęcą żądzą. Ich zdaniem seks daje rozkosz, lecz potrafi też upokarzać i zadawać ból”.

Te artystyczne filmy hardcore’owe nie są pornografią, mimo że opierają się na nieudawanych scenach penetracji. To, że widać w nich organy płciowe, a zwłaszcza – o zgrozo – penisa w stanie erekcji (co automatycznie skazuje je na zakaz dystrybucji w USA), niczego jeszcze nie przesądza. Liczy się głębszy przekaz. To, że obalają na przykład stereotypowe koncepcje kobiecości, sprzeciwiają się polityce płci i nonsensom patriarchalnej kultury, ocieplają i przełamują relacje osób tej samej orientacji itd.

Piękna niezręczność

Abdellatif Kechiche, autor „Życia Adeli: Rozdział 1 i 2”, które wypadałoby również do tej grupy zaliczyć, także zaprzecza oskarżeniom o pornografię. – Rzeczywiście, sceny miłosne trwają w moim filmie dość długo, nie aż tyle jednak, co w prawdziwym życiu – precyzuje. – Przyjąłem estetyczny punkt widzenia. Szukałem piękna, wierząc, że dla widzów znaczy ono to samo.

– Rozumiem oczywiście, że część osób na widok nagiego ciała na dużym ekranie może odczuwać dyskomfort – dodaje Kechiche. – Sobie również zadawałem to pytanie. Jak widać, można czuć się niezręcznie wobec czegoś, co uważa się za piękne.

„Życie Adeli” to bez wątpienia dzieło wybitne, chociaż historię w nim opowiedzianą trudno uznać za przesadnie oryginalną. Film mówi o dojrzewaniu, wybuchu pożądania, emocjonalnym zatraceniu i klęsce pierwszego uczucia, które zostawia rany na całe życie. Tytułowa nastolatka odkrywa dopiero w sobie seksualność, podąża bezkrytycznie za zmysłami, jakby nie do końca pewna własnej tożsamości. Naiwne wyobrażenie o gorącym romantycznym uczuciu zostaje zweryfikowane, gdy jej starsza, bardziej doświadczona partnerka, błękitnowłosa studentka akademii sztuk pięknych, uzna ich związek za wypalony, pozbawiony napięcia. W streszczeniu wygląda to na banalny młodzieżowy romans o spotkaniu dziewczyn z dwóch różnych, klasowo odległych do siebie światów (konserwatywnego i liberalnego). Wyróżniający się jedynie tym, że sinusoida miłości przebiega w niszowym, coraz śmielej pokazywanym w kinie środowisku lesbijek.

Trzygodzinny film przekłuwa balon mieszczańskiej pruderii krępującej kino głównego nurtu. Odważne sceny erotyczne nie pozostawiają zbyt wiele miejsca dla wyobraźni. Są dosadne, celowo przeciągnięte. Nieprzypadkowo łączą się z pozornie mało znaczącymi obrazami przyrządzania potraw i spożywania posiłków. W podobnym stopniu co seks zaspokajają cielesne potrzeby.

Kamera śledzi różne odmiany lesbijskich pieszczot przynoszących rozkosz. Od seksu oralnego po masturbację. Akty sprawiają wrażenie niesymulowanych. Zanim zaczniemy pospiesznie mówić o prowokacji, a nawet skandalu, warto zauważyć, że tak jak w przypadku „Intymności” niedawno zmarłego Patrice’a Chéreau – u którego sceny seksu zaczynają się tam, gdzie zazwyczaj się kończą (rzecz o pożądaniu między dwojgiem kochanków, którzy nie potrafią zbudować stabilnej relacji), czy we wspomnianym „Antychryście” – nie chodzi tu o budzenie podniecenia i szokowanie perwersją. Jaki jest więc ten cel?

Kechiche opisuje rewolucyjną ideę miłości opartą na niczym nieograniczonej wolności wyboru. Bohaterka płynnie przeskakuje między biegunami męskości i kobiecości, próbując się spełniać po obu stronach. Jakby jej preferencje seksualne czy płeć kochanka/kochanki nie miały większego znaczenia. O wyborze, z kim chce być, decyduje głos pożądania, który ona uznaje za swój jedyny imperatyw wewnętrzny.

To odpowiedź na panującą w kulturze Zachodu hipokryzję, gdzie tabuizacja ciała, seksu sąsiaduje, a nierzadko przenika się z kultem pornografii konsumowanej w zaciszu domowym. Autor „Życia Adeli” – podobnie jak Chéreau, Trier i wielu innych awangardowych twórców – zrywa ze schizofrenicznym rozdwojeniem, pozostawiając ocenę moralną zachowania bohaterki widzom. Nie przekonuje, że jej biseksualizm to dewiacja, nie mówi o perwersji, zaburzeniach popędu ani o hedonizmie. Przedstawia obraz nowego, wyzwolonego pokolenia otwartego na zmiany, chłonnego, gotowego do transgresji w każdym właściwie wymiarze, w tym oczywiście seksualnym.

Co znaczy niewinność w epoce pornografii? Kechiche właśnie to pokazuje. Wystarczy przyjrzeć się, na jakich fundamentach buduje swój świat bohaterka. Prostota, autentyczność. Egzystencja poprzedza esencję, jak uczy wciąż modny Sartre, na którego powołuje się kochanka bohaterki. Najpierw działanie, potem autorefleksja. A działanie Adeli jest dobre.

Słowo na L

– Poza przyjemnością spotkania z dwoma aktorkami nie przywiązywałem wagi do tego, że bohaterkami są lesbijki – tłumaczy Kechiche. – Temat homoseksualizmu jako takiego w ogóle mnie nie interesował. Z powieści graficznej Julie Maroh, na podstawie której powstał film, celowo usunąłem wszystkie elementy konfliktowe, związane z bieżącymi problemami społecznymi, na przykład legalizacją związków partnerskich. Najbardziej interesowała mnie kwestia miłości, która rodzi się na skutek przypadkowego spotkania.

 

Większość kinomanów musiała widzieć głośne „Godziny”, „Mulholland Drive” albo „Czarnego łabędzia”. Samo podjęcie kwestii homoseksualizmu kobiet nie budzi już dziś specjalnych kontrowersji. Owszem, uchodził za coś nieprzyzwoitego, obscenicznego albo wręcz zakazanego w kulturze do czasu rewolucji seksualnej połowy lat 60. i narodzin feminizmu.

Europejskie kino artystyczne reagowało na przemiany obyczajowe szybciej niż mainstream. Hollywood potrzebowało dobrych kilku dekad, by zacząć traktować tę problematykę nieco poważniej, a przynajmniej na równi z filmami gejowskimi, które m.in. za sprawą takich filmów, jak „Filadelfia” czy „Moje własne Idaho”, zdołały przebić się znacznie wcześniej do głównego nurtu.

Równouprawnienie tematyki lesbijskiej nastąpiło kilkanaście lat temu. W telewizji – za sprawą serialu „Słowo na L” emitowanego przez sześć sezonów w stacji Showtime, poczynając od 2004 r. (w Polsce nadaje go z opóźnieniem Fox Life). W amerykańskim kinie przede wszystkim za sprawą twórczości Lisy Cholodenko, utalentowanej reżyserki pochodzenia żydowskiego (jej rodzice wyemigrowali z Ukrainy), autorki „Sztuki wysublimowanej fotografii”. To Cholodenko wyreżyserowała też nominowaną do Oscara komedię obyczajową „Wszystko w porządku” – o kryzysie długoletniego związku partnerskiego – ze stosunkowo śmiałymi, dowcipnie ukazanymi scenami erotycznymi w wykonaniu Anette Bening i Julianne Moore.

Ciemna strona seksu

„Życie Adeli: Rozdział 1 i 2” jest filmem jasnym, z pozytywnym przesłaniem. W artystycznym kinie hardcore’owym stanowi wyjątek. Większość twórców – na czele z Larsem von Trierem, który pracuje nad filmem „Nymphomaniac” (zapowiadanym jako przełomowa produkcja z udziałem gwiazd uprawiających prawdziwy seks) – pociąga destrukcyjna, mroczna strona seksualności. W kontrze wobec przesłodzonych wyobrażeń seksu dostarczanych przez reklamę i płytką kulturę masową. W perwersji, gwałcie, agresji, obcości wyzutego z miłości aktu seksualnego próbują znaleźć (określić) przyczynę alienacji współczesnego człowieka.

Tu liderów jest wielu. Zawsze można liczyć na Austriaka Ulricha Seidla, który w rajskiej trylogii „Miłość”, „Nadzieja”, „Wiara” w przenikliwy sposób zdiagnozował opresyjny charakter współczesnego społeczeństwa, prezentując patologiczne zachowania nieszczęśliwych kobiet szukających namiastek erotycznej rozkoszy w seksturystyce, dewocji czy odchudzaniu. Dobrze sobie poczyna Brytyjczyk Steve McQueen. Jego „Wstyd” stanowił mocną wypowiedź na temat seksoholizmu. Przedstawiał akt seksualny jako przymusową, pozbawioną satysfakcji pracę. Francuz Bruno Dumont („Ludzkość”, „29 palm”) z dociekliwością godną filozofa analizuje ruchy frykcyjne, dziwiąc się, że są równocześnie narzędziem rozkoszy i destrukcji. Ostatnio ciekawą propozycję miała też Australijka Julie Leigh. W „Śpiącej piękności” zajęła się degeneracją młodej kobiety wynajmującej swoje ciało bogatym starcom, niezdolnym już do seksu, lecz wciąż pożądającym kontaktu z kobietą.

W zatwardziałym bastionie Hollywood, broniącym jak niepodległości wartości rodzinnych, też pojawił się nowy nurt. Są nim ekranizacje biografii gwiazd porno („Lovelace”). Potencjał ma także dobrze znany z poradników nurt o związkach miłosnych z więcej niż jedną osobą (poliamoria), na razie w kinie raczkujący („Trzy” Toma Tykwera).

Oczywiście, niezależnie od tego, jak wiele się pokaże, seks i tak pozostanie tajemnicą. W szczególności jednak – i pod każdym względem – dla nas, bo polskie kino jest na etapie przełamywania tabu na temat gejowskich związków, co Zachód przerobił dobrych kilka dekad temu.

Polityka 42.2013 (2929) z dnia 15.10.2013; Kultura; s. 96
Oryginalny tytuł tekstu: "Między seksem a sensem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Szamani i inni szatani. Polska religijność zabobonna

Magiczna, zabobonna religijność staje się coraz bardziej powszechna w polskim Kościele. A pandemia jeszcze nasiliła te tendencje.

Joanna Podgórska
21.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną