Kultura

Najgłupszy biznes świata

Steven Soderbergh żegna się z kinem

„Robiąc filmy, nie ulegam ideologii, tylko całą energię wkładam w rozwiązanie piętrzących się trudności”. „Robiąc filmy, nie ulegam ideologii, tylko całą energię wkładam w rozwiązanie piętrzących się trudności”. Gerard Julien/AFP/Getty Images / FPM
„Wielki Liberace” ma być wielkim pożegnaniem. Steven Soderbergh, jeden z najambitniejszych reżyserów amerykańskich, rozstaje się z kinem, które uważa za głupie i nudne – w przeciwieństwie do teatru i telewizji.
Steven Soderbergh i Matt Damon na festiwalu filmowym w Wenecji, 2009 r.nicolas genin/Wikipedia Steven Soderbergh i Matt Damon na festiwalu filmowym w Wenecji, 2009 r.
Steven Soderbergh i ekipa filmu „Liberace” na festiwalu w Cannes, 2013 r.Georges Biard/Wikipedia Steven Soderbergh i ekipa filmu „Liberace” na festiwalu w Cannes, 2013 r.

Odejście na przedwczesną emeryturę wybitnego twórcy zawsze budzi zdziwienie i szok. Ingmar Bergman po nakręceniu wielogodzinnej sagi rodzinnej „Fanny i Aleksander” zajął się pisaniem książek. Sporadycznie realizował filmy telewizyjne, pracował w teatrze. Do kina nie wrócił nigdy. Węgier Bela Tarr po premierze arcydzieła „Koń turyński” też ogłosił zakończenie kariery i zniknął z życia publicznego. Niszę dla siebie znalazł jako wykładowca w szkole filmowej.

Uprawianie reżyserii znaczyło dla nich coś więcej niż rzemiosło. Wzorem wielkich pisarzy czy kompozytorów nie uznawali ideowych kompromisów, brali odpowiedzialność za estetyczne wybory i kształt swojej twórczości. Mieli poczucie misji, nie odpuszczali jakości. W podobnym stylu pracował Krzysztof Kieślowski, który po „Trzech kolorach” również zawiesił wykonywanie działalności filmowej i kto wie, czy nie podtrzymałby tej decyzji, gdyby żył dłużej. Tak jak Tadeusz Konwicki, Wojciech Marczewski, Kazimierz Kutz, którzy także pożegnali się z zawodem. Nie na skutek wypalenia, choroby, tylko spełnienia swoich artystycznych ambicji.

50-letni Steven Soderbergh nie jest Kieślowskim ani tym bardziej Bergmanem. Chyba za wcześnie mówić w jego przypadku o zaniechaniu aktywności. Jako prawdziwą przyczynę swojego odejścia (poza względami osobistymi oraz kaprysem zajęcia się malarstwem) Amerykanin wymienia przepracowanie. W ostatnich latach nie schodził właściwie z planu. Kręcił średnio po dwa filmy rocznie. Czasami nawet trzy pełnometrażowe fabuły w jednym sezonie. Utrzymywał stosunkowo wysoką formę, nawet jeśli nie odnosił ostatnio spektakularnych sukcesów.

Uściślijmy – precyzuje Soderbergh. – Nie zamierzam dłużej szarpać się w biznesie kinowym, ale nie rezygnuję z reżyserii w ogóle. Będę pracował w teatrze. Chętnie zajmę się realizacją serialu, pod warunkiem że znajdę jakiś atrakcyjny temat.

Taki jak w podziwianych przez niego „Breaking Bad”, „Mad Men” czy „House of Cards”, a zwłaszcza w „Dziewczynach”. W tym ostatnim serialu – jak twierdzi – jest wszystko, co go interesuje w sztuce. Kłopoty mężczyzn w średnim wieku z kobietami. Problemy z komunikacją bliskich. Znudzenie światem. Oraz zamiłowanie do niechronologicznej, pogmatwanej, wielowątkowej narracji.

We współczesnym kinie Soderbergh nie znajduje wielu atutów. Co gorsza, nie widzi również żadnych perspektyw rozwojowych. Mimo wynalazku 3D nazywa je najgłupszym biznesem na świecie. – Holly­wood wciąż powiela schematy narracyjne z lat 70. i 80. Widownia odrzuca wszystko, co odstaje od komercyjnej, nudnej, doskonale przewidywalnej konwencji. Mnie to boli – wyjaśnia, dodając, że źle się czuje w sztywnym, bezmyślnym systemie, który wiąże artystom ręce.

Głównej przyczyny słabości amerykańskiego kina autor „Wielkiego Liberace” doszukuje się w gatunkowej tyranii narzuconej przez hollywoodzkich producentów, którym przestało zależeć na oryginalności. Filmy kręcone przez duże studia mają przede wszystkim generować duże zyski. Nic innego się nie liczy. – Być może ktoś z kręgu tzw. niezależnych filmowców próbuje wymyślić nową gramatykę opowiadania, ale to pozostaje tylko w sferze mojej wiary – powątpiewa reżyser, który od ponad ćwierć wieku stara się łączyć ogień z wodą, czyli niskobudżetowe produkcje z oczekiwaniami wielkich wytwórni oraz swoje własne ambicje z brakiem ambicji filmowych korporacji.

Ofiarą tych napięć padł m.in. „Intrygant”, jedno z ciekawszych dokonań Stevena utrącone przez dystrybutorów tylko dlatego, że stawia poprzeczkę wymagań zbyt wysoko. Nie jest to film z gatunku widowiskowych – to coś w rodzaju „Zeliga” albo przegadane, bezkrwawe „Fargo”. Żeby się na nim dobrze bawić, trzeba cokolwiek wiedzieć o mechanizmach zaburzeń dwubiegunowych, schizofrenii paranoidalnej. Przydałaby się też znajomość zasad marketingu korporacyjnego.

Rzecz jest o zadufanym, piekielnie inteligentnym i jeszcze bardziej ambitnym biochemiku zatrudnionym w megaprzedsiębiorstwie wytwarzającym składnik wzbogacający smak wielu produktów spożywczych zwany lizyną. Starając się poprawić wyniki handlowe firmy oraz udowodnić szefom swoją przydatność, menedżer prowadzi kreatywną księgowość, bierze łapówki, fałszuje swoje CV, organizuje fikcyjne przetargi, oskarża konkurencję o zmowę cenową, nie waha się współpracować z FBI, oszukując przy tym na potęgę wszystkich, a najbardziej swoich prawników.

Wielką kreacją popisał się Matt Damon. Świetne, błyskotliwe studium amerykańskiego snu o pieniądzach, sławie i karierze pod koniec XX w., czyli o źródłach obecnego kryzysu ekonomicznego. Niestety – znane właściwie tylko koneserom oraz krytykom filmowym, gdyż do masowego rozpowszechniania nie trafiło nigdy. Podobnie jak wiele innych znakomitych, niezależnych projektów nakręconych przez Soderbergha, takich jak „Kafka” czy dwuczęściowa, 4,5-godzinna saga o słynnym rewolucjoniście El Comandante „Che” z Benicio del Toro w roli Guevary.

Dorobek Soderbergha obejmuje w sumie 26 pełnometrażowych tytułów. W tym dwa najgłośniejsze, zrealizowane w szaleńczym tempie w 2000 r. „Traffic” o skomplikowanych historiach ludzi uwikłanych w wojny narkotykowe zdumiewa liczbą równoległych wątków i częstą zmianą perspektyw ruchliwej kamery. Wielki przebój „Erin Brockovich” (o bezrobotnej matce samotnie wychowującej dwójkę dzieci, podejmującej heroiczną walkę z potężnym koncernem zatruwającym środowisko) przywrócił gasnący blask gwiazdy Julii Roberts.

Niczym kameleon Soderbergh upodabniał swój styl do tego, co robią inni. Nieźle poradził sobie również z science fiction („Solaris”), kinem akcji z elementami kung-fu („Ścigana”). Jeszcze lepiej wypadł w komedii romantycznej („Co z oczu, to z serca”), nieco gorzej w thrillerze („Panaceum”). Zawsze jednak pod pozorem trzymania się gatunkowych reguł interesowała go zmiana, łamanie przyzwyczajeń, umiejętne poruszanie się na granicy wielu konwencji. Szczególną wagę przywiązywał do dynamicznego montażu, który wcale nie ułatwiał poruszania się w gąszczu prowadzonych równolegle intryg, hazardowych zagrywek, nagłych retrospekcji, pętli czasowych.

Aby udowodnić, że jest bodaj najwszechstronniejszym reżyserem, mierzył się też z kryminałem w stylu noir („Dobry Niemiec”). Próbował sił w eksperymentalnym dramacie poddającym psychoanalizie kryzys jego małżeństwa („Schizopolis”).

Największym sukcesem kasowym Soderbergha pozostaje komedia kryminalna „Ocean’s Eleven” i jej dwie kontynuacje. Dorobek ma więc pokaźny. Poza silnie akcentowaną tematyką społeczną trudno jednak dostrzec żelazną logikę, spójność, wyraźne piętno indywidualności. Jak choćby u Olivera Stone’a, piewcy zaangażowanego kina politycznego, z którym do pewnego stopnia można by go porównywać. Krytycy mają kłopot z ustaleniem, co przy tak wielkiej różnorodności tematycznej i gatunkowej wyróżnia jego twórczość i czy w ogóle pasuje do niej określenie „autorska”.

Ostatni film Soderbergha „Wielki Liberace” nie przynosi przełomu. Powstał jako produkcja telewizyjna, sfinansowana w całości przez HBO. Trudno go nazwać aktem pożegnania z kinem. Ale i tak sprawia sporą niespodziankę. Poświęcony jest pianistycznemu wirtuozowi, ekscentrycznemu showmanowi o polsko-włoskich korzeniach Wladziu Valentino Liberace, pierwszemu w amerykańskiej popkulturze idolowi wylansowanemu przez telewizję, który uparcie ukrywał przed opinią publiczną, że jest gejem. Był najlepiej opłacanym artystą estrady lat 50. i 60. Słynął z ekstrawaganckiego zachowania. Uwielbiał otaczać się przepychem i luksusem: ubierał się w królewskie stroje, grał na złotym fortepianie, na scenę wjeżdżał białą limuzyną.

Stworzył w popkulturze niedościgniony wzór autokreacji, z którego pełnymi garściami czerpią do dziś m.in. Elton John i Lady Gaga. Zmarły na AIDS w 1987 r. Liberace wydaje się uosobieniem hipokryzji głównego nurtu sztuki, z którą Soderbergh tak zawzięcie i uporczywie walczył w ciągu minionych dekad. Ale skończył film, mimo przeszkód – choroby nowotworowej grającego główną rolę Michaela Douglasa i braku zainteresowania ze strony Hollywood. Premiera odbyła się na festiwalu w Cannes. Kilka tygodni temu film otrzymał 11 nagród Emmy.

Podobnie jak bracia Coen oraz Jarmusch, Soderbergh jest pionierem kina niezależnego w USA. Artystą wszechstronnie utalentowanym i bardzo przy tym skromnym. Nie lubi nadmiernie eksponować swojej roli, która nie ogranicza się wyłącznie do reżyserowania. Ukrywa się pod pseudonimem montażystki Mary Ann Bernard i operatora Petera Andrewsa. Często udziela się jako scenarzysta, aktor, producent. Wspólnie z przyjacielem George’em Clooneyem prowadzi firmę producencką Section Eight. Samowystarczalność to jego ideał.

Pracoholizmem zaraził się od ojca, który był uniwersyteckim wykładowcą, dziekanem Wydziału Edukacji Luisiana State University (ze szwedzko-irlandzkimi korzeniami). Pisał eseje o sztuce, recenzje. Oglądali wspólnie mnóstwo filmów. Nie tylko amerykańskich. Odkrywali razem francuską nową falę i Godarda, którego Soderbergh uważa za najważniejszego współczesnego filmowca, a jego „Notre music” z 2004 r. za arcydzieło. Z racji zawodu ojca miał swobodny, prawie nieograniczony dostęp do sprzętu. Szybko się nauczył, do czego służy kamera. W wieku 13 lat po rozpoczęciu kursu animacji filmowej zaczął kręcić etiudy. Będąc 17-latkiem, ruszył na podbój Hollywood. Zatrudnił się jako montażysta, pisał scenariusze, lecz muru korporacyjnej mentalności nie przebił.

Sukces przyszedł w 1986 r. po zdobyciu nominacji do Grammy za dokument „9012Live”, zapis trasy koncertowej ro­ckowej grupy Yes. W 1989 r. powstał intymny debiut w stylu road movie „Seks, kłamstwa i kasety wideo”. Napisanie scenariusza zajęło Soderberghowi osiem dni, produkcja trwała niespełna miesiąc. Los mu sprzyjał. „Seks, kłamstwa i kasety wideo” miały być pokazywane w bocznej sekcji w Cannes. W ostatniej chwili przerzucono film do głównego konkursu, bo ktoś nie ukończył na czas swojego. Zmienił się też przewodniczący jury. Został nim Wim Wenders, wielki fan niezależnego kina drogi. Film zdobył nieoczekiwanie Złotą Palmę. Soderbergh do dziś pozostaje najmłodszym laureatem tej nagrody. Miał wtedy 26 lat i wszyscy przepowiadali mu rychły koniec kariery.

11 lat później dostał Oscara za reżyserię „Traffic”. Był wtedy nominowany podwójnie – także za reżyserię „Erin Brockovich”. W tej kategorii pewniakiem wydawał się jednak Ridley Scott z „Gladiatorem”. – Podczas ceremonii, w trakcie nadawania reklam, zamówiłem podwójną wódkę, ciesząc się z sukcesów moich aktorów: Benicio Del Toro i Julii Roberts, którzy Oscary otrzymali – wspomina. – Gdy wywołano mnie na scenę, odczekałem sześć sekund. Byłem kompletnie pijany, nie miałem przygotowanej mowy, nie wiedziałem, co się dzieje.

Czego te doświadczenia go nauczyły? – Wyleczyły mnie z zawiści. Swoje już dostałem, przyszedł czas na innych. Od tej chwili mogłem robić, co chcę. Pamiętając o wielu późniejszych wpadkach reżysera, dziennikarze ironizowali, że – niestety – w pełni skorzystał z tej możliwości.

Soderbergh zawsze przykładał wielką wagę do nowych, zaskakujących idei. Nie robił filmów, żeby wyrażać polityczne oburzenie. Uważa, że ważny jest sposób rozwiązywania problemów.

Robiąc filmy, nie ulegam ideologii, tylko całą energię wkładam w rozwiązanie piętrzących się trudności. Zawsze powtarzam, że reżyseria to przecież nic innego jak obmyślanie następnego ujęcia. Innymi słowy – to robienie rzeczy, których nikt przed nim nie miał odwagi robić. Także na emeryturze.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Wypadki kolarzy

Zawodowym peletonem raz po raz wstrząsają wiadomości o ciężkich wypadkach kolarzy. To tylko kumulacja pecha czy coś więcej?

Marcin Piątek
20.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną