Kultura

Wielki rynek małego ekranu

Serialowe hity

Polskie „Przepis na życie” Polskie „Przepis na życie” Tomasz Urbanek / EAST NEWS
Izrael i kraje skandynawskie to potęgi na rynku scenariuszy serialowych. Rynkiem przerzutowym jest niezmiennie Ameryka. Polska na razie sprzedaje głównie telenowele.
Brytyjskie „Downton Abbey”LFI/Photoshot/EAST NEWS Brytyjskie „Downton Abbey”
Amerykańskie „Homeland”CAP/FB/Capital Pictures/EAST NEWS Amerykańskie „Homeland”
Amerykańskie „In treatment”HBO/The Kobal Collection/EAST NEWS Amerykańskie „In treatment”
Duńskie „Forbrydelsen”Tine Harden/DR Duńskie „Forbrydelsen”

Mają ten sam gabinet, tę samą kozetkę i identyczne osobowości. Nad Wisłą znanych jest dwóch spośród nich: Andrzej Wolski z twarzą i tubalnym głosem Jerzego Radziwiłowicza z „Bez tajemnic” oraz Paul Weston grany przez demonicznego Gabriela Byrne’a w amerykańskiej „Terapii”. Są głównymi bohaterami jednego z najczęściej adaptowanych serialowych formatów na świecie. Od 2005 r., gdy pierwsze odcinki oryginalnego „Be Tipul” obejrzała publiczność w Izraelu, serial doczekał się kolejnych wersji w Stanach Zjednoczonych (jako wspomniana „Terapia”), Serbii, Holandii, Rumunii, Słowenii, Czechach i Polsce (gdzie „Bez tajemnic” rozpoczęło trzeci sezon).

Dlaczego europejskie telewizje kręcą własne adaptacje? Głównie dlatego, że problemy amerykańskich i izraelskich pacjentów różnią się od tych, z którymi Polacy czy Serbowie przychodzą do swych terapeutów. W trzecim sezonie „Bez tajemnic” aż cztery z pięciu historii bazują na polskich wątkach. – Janina grana przez Stanisławę Celińską czy ksiądz Konrad grany przez Piotra Głowackiego to postaci, które niełatwo byłoby odnaleźć w innych społeczeństwach – przyznaje Agnieszka Niburska z HBO Polska.

Serialowa ziemia obiecana

Między innymi dzięki „Bez tajemnic” Izrael stał się jednym z najpopularniejszych dziś serialowych rynków. Z Bliskiego Wschodu do Stanów Zjednoczonych trafił serial „Hostages” (Zakładnicy) o lekarce, którą terroryści próbują zmusić do zabicia prezydenta na stole operacyjnym, a wcześniej podobną drogę przebyła „Lista ex”, która w 2008 r. zagościła w ramówce amerykańskiej CBS, i „Mom and Dads” („Ima Ve’abaz”) – historia gejów i samotnej kobiety wspólnie wychowujących dziecko, sprzedana do Francji i Wielkiej Brytanii.

Flagowym produktem eksportowym izraelskiej telewizji okazał się jednak „Hatufim” („Więźniowie wojny”), pierwowzór amerykańskiego „Homeland”. Opowieść o dwóch mężczyznach, którzy po 17 latach syryjskiej niewoli wracają do normalnego życia, stała się przebojem w Izraelu, zanim jeszcze tytułem zainteresowali się producenci ze stacji Showtime. W pierwotnej wersji serialu portrety bohaterów i społeczny kontekst przedkładane były nad atrakcyjność widowiska, a serialowi bliżej było do psychologicznego dramatu niż szpiegowskiego romansu. Za oceanem tę intymną historię opakowano w zupełnie inny gatunkowy kostium, podkreślając sensacyjną fabułę i polityczny kontekst.

W rękach amerykańskich producentów „Hatufim” zmienił się w marketingowy samograj: polityczna intryga szła w parze z nieprzyzwoicie dobrym aktorstwem ­Claire Daines i Damiana Lewisa, a spiskowy thriller walczył o lepsze z psychologicznym dramatem. „Homeland” zdobył pięć Złotych Globów i ponad 20 innych nagród. „Już wcześniej rodzime seriale były adap­towane za granicą, ale to sukces »Hatufim« i »Homeland« tak naprawdę otworzył bramę – mówił Gideon Raff, twórca izraelskiego pierwowzoru, w rozmowie z serwisem Indie Wire. – Dziś nie możesz napisać dwóch słów po hebrajsku, żeby ktoś ich nie podchwycił, pytając, czy z tego da się zrobić format”.

Na swą amerykańską wersję czeka właśnie kolejny serial z Bliskiego Wschodu, „The Gordin Cell”, opowiadający historię byłego sowieckiego szpiega zaczynającego nowe życie w Izraelu. Jego produkcją zajmie się stacja NBC, a serial trafi na światowe rynki jako „M.I.C.E.”.

Z zimną krwią

Umiejętne wykorzystanie kulturalnej mody potrafi z niewielkich krajów uczynić serialowych eksporterów o globalnym znaczeniu. Od kilku lat dowodzą tego również Skandynawowie. Dzięki fali zainteresowania nordyckim kryminałem skandynawskie telewizje mocno zaznaczyły swą obecność na międzynarodowej arenie. Zaczęło się od telewizyjnych adaptacji trylogii Stiega Larssona z Noomi Rapace jako Lisbeth ­Salander. Poza tym był jeszcze serial o ­Wallanderze, którego kolejne odcinki trafiały na małe ekrany w całej Europie. Powieści Henninga Mankella zekranizowała BBC, a skandynawskie serie stały się towarem eksportowym.

Amerykańska telewizja ma bogatą tradycję importowania kryminalnych seriali ze Skandynawii. Przed laty popularne były powieści duetu Sjöwall/Wahlöö, Arnaldura Indriðasona i Henninga Mankella. Sukces książek Stiega Larssona dodatkowo zwiększył zainteresowanie tym regionem – mówi Simon Abrams, krytyk „The Village Voice” i „Esquire”. Międzynarodową popularność zdobył też m.in. duński serial polityczny „Rząd” („Borgen”), który trafił na ekrany w 25 krajach.

Największym hitem okazało się jednak duńskie „Forbrydelsen”, mroczny kryminał opowiadający o detektyw Sarze Lund, badającej sprawę zabójstwa młodej kobiety. Światową popularność przyniosła mu amerykańska wersja „Dochodzenie” (w USA nosząca tytuł „The Killing”), zrealizowana przez stację AMC, ale ci spośród widzów, którzy obejrzeli także duński pierwowzór, niemal jednogłośnie uznają jego wyższość.

Dla skandynawskich twórców amerykańska telewizja jest kołem zamachowym. Seriale, które uda się sprzedać jankeskim producentom, automatycznie zyskują zainteresowanie na innych rynkach. Niedawno przekonali się o tym twórcy szwedzko-duńskiego „Mostu nad Sundem”. Oto na granicy dzielącej Szwecję i Danię ktoś ułożył dwie połówki ciał zamordowanych kobiet. Ekscentryczna Szwedka i jowialny Duńczyk wspólnie muszą powstrzymać mordercę przed kolejnymi zabójstwami. Serial, w którym kryminalna intryga inkrustowana była publicystycznymi wtrętami o wykluczonych i społecznej niesprawiedliwości, okazał się wielkim przebojem.

Prawa do formatu szybko zakupili producenci z telewizji FOX, a ich „Na granicy” było niemalże kopią skandynawskiej produkcji. Akcja toczyła się co prawda na pograniczu amerykańsko-meksykańskim, a ciała nieszczęsnych ofiar znajdowano na moście łączącym El Paso i Tijuanę, ale reszta opowieści pozostawała taka sama. Nie zmieniła się większość filmowych dialogów ani psychiczna konstrukcja bohaterów, socjologiczne obserwacje okazywały się równie aktualne co w pierwowzorze.

Po duński pomysł sięgnęli ostatnio również brytyjscy i francuscy twórcy. Produkowany przez Sky i Canal+ serial „The Tunnel”, którego akcja rozpoczyna się w tunelu La Manche, przed kilkoma tygodniami doczekał się premiery na Wyspach.

Krezusi od Szekspira

„Most nad Sundem” to jeden z nielicznych przypadków, kiedy to brytyjscy twórcy postanawiają zaadaptować na swój użytek scenariusz z innej części świata. Na co dzień to właśnie Wyspiarze są czołowym telewizyjnym eksporterem. W 2012 r. sprzedaż gotowych produkcji i serialowych formatów przyniosła brytyjskim telewizjom 1,2 mld funtów dochodu. Kostiumowe „Downton Abbey” dystrybuowano w przeszło stu krajach, a drugi z najpopularniejszych tytułów, „Sherlock”, trafił na ekrany w Stanach Zjednoczonych i największych krajach Europy.

Brytyjczycy od lat odnoszą sukcesy na międzynarodowym rynku seriali. Komediowe „Biuro” („The Office”) Ricky’ego Gervaisa było pokazywane w 70 krajach i doczekało się remake’ów w Chile, Kanadzie, Francji, Rosji, Izraelu i w Stanach Zjednoczonych, a „Życie na Marsie”, jeden z ulubionych seriali Brytyjczyków, doczekało się adaptacji w Ameryce, Hiszpanii i Rosji.

Choć po brytyjskie seriale coraz chętniej sięgają telewizje z Kontynentu, a także z Azji (w 2012 r. eksport do Chin wzrósł aż o 90 proc.), największym rynkiem zbytu są niezmiennie Stany Zjednoczone. Aż 475 mln funtów z dochodów największych angielskich stacji pochodzi właśnie z tamtego rynku. Tylko w ostatnich latach na małych ekranach za oceanem prezentowano nowe wersje takich serii, jak „Shameless – Niepokorni”, „Być człowiekiem”, „Życie na Marsie”, „Główny podejrzany” i „Skins”.

Eksportowy sukces Brytyjczyków, Szwedów, Duńczyków i Izraelczyków nie jest dziełem przypadku, lecz pokłosiem wysokiej kultury literackiej każdego z tych narodów. O tradycji dramatopisarskiej w kraju Szekspira nie trzeba nawet wspominać – filmowa popkultura czerpie z niej od wielu dekad. Także Skandynawowie i Izraelczycy, od lat zajmujący czołowe miejsca w rankingach czytelnictwa, kształcą dziś autorów zdolnych do tworzenia uniwersalnych historii i świetnie znających dramatopisarski warsztat. A telewizja potrafi ich docenić.

Ameryka jest dla tych krajów oknem wystawowym lub punktem przerzutowym. Największe telewizje zza oceanu traktują Brytyjczyków, Izraelczyków czy Skandynawów jako dostawców serialowych półproduktów. Kupują gotowe scenariusze, obsadzają w nich znanych aktorów, całość ubierają w efektowną formę i sprzedają z zyskiem całej reszcie świata. Tak powstaje produkt kompletny.

Seriale zza oceanu zazwyczaj stanowią ostatnie ogniwo telewizyjnego łańcucha zależności, a ich adaptacje zdarzają się rzadko. Powstają głównie tam, gdzie różnice kulturowe uniemożliwiają eksploatację oryginału. W tureckiej wersji „Gotowych na wszystko” mieszkanki amerykańskich przedmieść zostały zastąpione przez nieco bardziej powściągliwe niewiasty dorastające w patriarchalnej społeczności muzułmańskiej, a „The Istanbul Housewives” stało się jedną z najpopularniejszych serii w historii tureckiej telewizji. Na lokalny rynek trafiły także „Świat według Bundych”, „Prywatna praktyka” i kilka innych popularnych serii, a dla amerykańskich producentów telewizje znad Bosforu są przyczółkiem, z którego atakować można kolejne rynki na Bliskim Wschodzie.

Międzykulturowe transfery zwykle pociągają za sobą konieczność scenariuszowych przeróbek. Z przeznaczonej na arabski rynek wersji serialu „Wszyscy kochają Raymonda” trzeba było usunąć sceny, w których serialowe małżeństwo leżało razem w łóżku. Akcja chińskiego „Glee” zamiast w licealnej scenerii toczyła się w murach akademickich, zaś część obyczajowych wątków (z gejowską miłością na czele) została poddana zabiegom cenzorskim.

Polacy na zakupach

W Polsce przede wszystkim uważnie śledzi się, jakie formaty są na światowym topie. – Zastanawialiśmy się nawet ostatnio, jak u nas by wyglądała adaptacja „Mostu na Sundem” – mówi Marzena Czuba, szefowa zespołu literackiego w Departamencie Produkcji Fabularnych TVN. – Niemniej dziś stawiamy na własne oryginalne scenariusze. Bardzo dobre wyniki „Przepisu na życie”, „Prawa Agaty” i „Lekarzy” potwierdzają, że warto rozwijać pomysły rodzimych scenarzystów.

Mimo to większość polskich producentów garściami czerpie z zagranicznych wzorców. Telewizyjna Dwójka wprowadziła na polskie ekrany kanadyjską „Rodzinkę.pl”, niesłabnącą popularnością cieszy się pożyczony od Włochów „Ojciec Mateusz”, a w ramówkach rządzą także „Komisarz Alex” o austriackich korzeniach i „Ja to mam szczęście” mające swe korzenie we Francji.

Co sprawia, że jedne formaty świetnie sprawdzają się na polskim rynku, a inne nie trafiają w gust publiczności? – Nie ma jednej odpowiedzi – przekonuje Marzena Czuba. – Tym, co zazwyczaj dobrze sprawdzało się w Polsce, są rodzinne historie ze szczyptą humoru. Jeśli chodzi o seriale, jesteśmy bardzo tradycyjnym społeczeństwem.

Zamiłowanie publiczności do obyczajowych opowieści czasem wymusza na producentach istotne scenariuszowe zmiany. Kiedy TVN przenosiło na polski grunt węgierskie „Na Wspólnej”, okazało się, że oryginalna wersja jest zbyt brutalna. – Polacy nie chcieli oglądać rodzinnego życia pełnego przemocy i zdrad – szukali ciepłej opowieści o uczuciach – wspomina Marzena Czuba. Gdy serial ubrano w bardziej pastelowe barwy, stał się jednym z najpopularniejszych nad Wisłą.

Na międzynarodowym rynku formatów Polska wciąż jednak nie może się pochwalić dodatnim bilansem handlowym. Choć serialowy eksport rośnie z roku na rok: „M jak miłość” doczekało się rosyjskiej wersji, a wkrótce mają ruszyć prace nad brazylijską i kolumbijską adaptacją tej telenoweli. Na rosyjskie ekrany przenoszono „Kryminalnych” (mieli też litewską wersję), a wkrótce w rosyjskiej telewizji mają się pojawić adaptacje „Rancza”, „Magdy M.” i „Przepisu na życie”.

Ten ostatni tytuł wyrasta na największy eksportowy hit ostatnich miesięcy – TVN sprzedało swój serial do krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, do Gruzji, Węgier i Chin. Także TVP coraz śmielej poczyna sobie na międzynarodowych rynkach – „Głęboka woda” trafiła do 10 krajów, a „Tajemnica twierdzy szyfrów” i „Czas honoru” znajdowały publiczność m.in. w Hiszpanii, Portugalii, Japonii i Włoszech.

Do niedawna polski serial cierpiał na tę samą bolączkę co rodzima gospodarka – brak innowacyjności. Serialowe know how sprzedawali twórcy z innych krajów, a kupno gotowego formatu było dla rodzimych producentów mniej ryzykowne niż inwestowanie w oryginalne projekty. Wypada się więc cieszyć, że przynajmniej polskie telewizje coraz lepiej radzą sobie na trudnym międzynarodowym rynku.

Polityka 51-52.2013 (2938) z dnia 17.12.2013; Kultura; s. 124
Oryginalny tytuł tekstu: "Wielki rynek małego ekranu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

„Motel Polska”, czyli perwersyjna propaganda PiS

O nie, „Motel Polska” to nie jest produkcja żenująca. Nie jest obciachem, popisem złego gustu i amatorszczyzny. To produkt jak najbardziej przemyślany, diablo przewrotny i wyrachowany.

Jan Hartman
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną