Rozmowa o izraelskich kibucach

To był mój dom
O przeżyciach związanych z dzieciństwem i młodością w kibucu, a także nieudanym eksperymencie społecznym opowiada izraelska pisarka Jael Neeman, która kibucowi poświęciła książkę „Byliśmy przyszłością”.
Jael Neeman, izraelska pisarka, pochodzi z kibucu Jechiam w Galilei. Mając 20 lat, postanowiła opuścić kibuc i zamieszkać w Tel Awiwie.
Katarzyna Sikora/Wikipedia

Jael Neeman, izraelska pisarka, pochodzi z kibucu Jechiam w Galilei. Mając 20 lat, postanowiła opuścić kibuc i zamieszkać w Tel Awiwie.

Ruchom kibucowym izraelska pisarka poświęciła książkę „Byliśmy przyszłością”, wydaną w 2012 roku.
materiały prasowe

Ruchom kibucowym izraelska pisarka poświęciła książkę „Byliśmy przyszłością”, wydaną w 2012 roku.

„Na odejście z kibucu zdecydowało się bardzo wiele osób. To doprowadziło niewątpliwie do kryzysu całego ruchu. Odeszłam, bo chciałam żyć inaczej, w mieście” – wspomina Neeman.
materiały prasowe

„Na odejście z kibucu zdecydowało się bardzo wiele osób. To doprowadziło niewątpliwie do kryzysu całego ruchu. Odeszłam, bo chciałam żyć inaczej, w mieście” – wspomina Neeman.

Agnieszka Zagner: Pamięta pani pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?

Jael Neeman: Nie wiem, czy to było naprawdę pierwsze, ale pamiętam wieszanie prania w kibucu. Nic szczególnego.

Jakie było pani dzieciństwo?

Miałam szczęśliwe dzieciństwo, ale nie było ono takie dla wszystkich dzieci, zwłaszcza dla tych, które czuły, że to opresyjny system, pozbawiający prywatności, skazujący wciąż na towarzystwo tych samych osób, wymagający równości w każdym aspekcie materialnym...

Mówi pani o słynnej stonodze – dziewczynki takich samych w marchewkowych trzewikach, chłopcy w brązowych…

Tak, to było częścią systemu, mieliśmy być równi pod względem materialnym, ale przecież nie można być tak samo piękny czy utalentowanym.

Co działo się z dzieckiem w kibucu po jego narodzinach?

Przez pierwsze trzy dni było w szpitalu, z matką, ale potem od razu trafiało do domu dzieci. Matka mogła przychodzić tylko w określonych godzinach, żeby je nakarmić. Żadna matka nie mogła mieć przywileju dłuższych odwiedzin, bo żadne dziecko nie mogło dostać więcej jedzenia.

To niewiele, pewnie dla obu stron. Tyle, że dzieci rosną i coraz więcej rozumieją. Jak wyglądały późniejsze kontakty z rodzicami? Mogliście przecież widzieć się zaledwie przez godzinę i pięćdziesiąt minut dziennie.

Rzeczywiście, nasze kontakty były bardzo ograniczone. Przychodziliśmy po południu, na chwilę. To było jak randka. To nie było pełne życie. Nawet nie opowiadaliśmy im o sobie, ani oni nam o swoim życiu. Naszym całym światem, tym który znaliśmy, był dom dzieci, dzień i noc.

Nie tęskniła pani za rodzicami, za kontaktem fizycznym?

Nie, bo nie znałam tego, za czym miałam tęsknić, nie znałam innego życia.

Pisze pani w książce, że łączenie dzieci było efektem ubocznym eksperymentu z socjalizmem, ale nawet nie o to spajanie chodziło, lecz o „uwolnienie dzieci od uciążliwego brzemienia rodziców, od ich pieszczot i pragnień narzucanych przez czułe matki, przez ambitnych ojców”.

Tak, było to podporządkowane ideologii stworzenia nowego świata, którego częścią jest nowy człowiek, który przecież najpierw musi być dzieckiem. Z tego wszystkiego miał powstać bardziej sprawiedliwy świat ludzi równych sobie.

Ale tak naprawdę nie było równości… Pisze pani krytycznie, że rotacja odbywa się tylko na najwyższych stanowiskach jak sekretarz czy administrator, ale na niższych już nie…

To prawda, nikt nie chciał zamienić się z obieraczkami ziemniaków czy sprzątaczkami. Ci na niższych stanowiskach wciąż na nich zostawali.

Przygwożdżeni, jak pani pisze. Mimo socjalizmu, równości nie było też między mężczyznami i kobietami. Zdjęcia, na których podczas zebrań kibucowych mężczyźni dyskutują o ważnych sprawach, a kobiety dziergają na drutach są dość wymowne.

To prawda. Tyle, że trzeba pamiętać również o tym, że kibuc to system, w którym każdy musi starać się być pożytecznym.

Ta idea sporo was, kibucowe dzieci, kosztowała, sporo przegapiliście. Pani reakcja na widok ojca w piżamie jest niepojęta dla kogoś, kto nie wychował się w kibucu.

Rzeczywiście, przyszłam kiedyś do domu po południu i zobaczyłam ojca leżącego w piżamie. Nigdy wcześniej nie widziałam dorosłego człowieka w piżamie. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to to, że nie żyje. Zaczęłam krzyczeć, że umarł, ale ktoś sprawdził i powiedział mi, że wcale nie umarł, tylko śpi. Dopiero wtedy dowiedziałam się, jak wyglądają ludzie dorośli, kiedy śpią – ubrani są w piżamy, odwracają się do ściany i przykrywają kołdrą. To był dla mnie niepojęty widok.

Te światy – dziecięcy i dorosły, właściwie nigdy się nie poznały.

To prawda, żyliśmy na dwóch różnych planetach. Nawet posiłki jedliśmy osobno. My kolację w domu dzieci, oni w kibucowej stołówce. Punktów wspólnych praktycznie nie było, może trochę w święta...

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj