Kultura

Atlas ryb

Nowa sztuka polska w Muzeum Sztuki Nowoczesnej

Daniel Rycharski, „Ogród zimowy” Daniel Rycharski, „Ogród zimowy” Daniel Rycharski/Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie
Szeroka prezentacja współczesnej polskiej sztuki w warszawskim MSN rzuca w tytule pytanie „Co widać”. Otóż widać wielkie akwarium, w którym każda z setek rybek-artystów pływa sobie w inną stronę.
Robert Kuśmirowski, „Telegrafon”Robert Kuśmirowski/Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie Robert Kuśmirowski, „Telegrafon”

Czy bezmiar nowej polskiej sztuki da się uporządkować i opisać? Najnowsza wystawa w Muzeum Sztuki Nowoczesnej podejmuje taką próbę. Zresztą raz na kilka lat ambitni kuratorzy próbują opanować twórczy zamęt. Ostatnio bodaj w 2006 r. w całorocznym cyklu wystaw „W samym centrum uwagi” w stołecznym CSW Zamek Ujazdowski. „Co widać” mierzy się z najnowszą polską sztuką w sposób niekonwencjonalny – czego zresztą można się było spodziewać. Za to zadanie zabrał się bowiem tandem kuratorów Sebastian Cichocki i Łukasz Ronduda, znany choćby z głośnej i kontrowersyjnej wystawy „Nowa sztuka narodowa”.

„Wystawa koncentruje się na tym, jak artyści określają swoje powinności wobec widza oraz negocjują relacje z instytucjami” – deklarują kuratorzy. Dla środowiska to ważne zagadnienia. Choć mam wątpliwości, czy przeciętny widz zwiedzający „Co widać” w jakiś szczególny sposób pochyli się nad społeczną rolą twórców i ich relacjami z otoczeniem. Wydaje się, że najbardziej interesuje go, o czym myśli artysta, jak to wyraża i co z tego wynika dla widza.

Perwersyjny salon

Autorzy postanowili nadać wystawie kształt klasycznego salonu artystycznego. Postawili więc akcent na same dzieła sztuki, a w ekspozycji przeważają formy tradycyjne: obrazy i rzeźby, niewiele instalacji i wideoartu. Intrygująca decyzja. Przypomnę, że tradycyjne dawne salony (np. słynne paryskie) stosowały jedno precyzyjne kryterium: wartości artystycznej mierzonej wedle aktualnie obowiązujących kanonów estetycznych (stąd ignorowanie impresjonistów). Od tego czasu wiele się zmieniło, a wszystkie tradycyjne miary roztrzaskano. Ale tworząc salon, nawet taki współczesny („krytyczny, emancypacyjny, psychodeliczny, nieraz brutalny, perwersyjny i gęsty” – jak zachęcają kuratorzy), i tak musimy jasno odpowiedzieć sobie na pytanie: co jest naszym kryterium oceny? Co akceptujemy i dopuszczamy, a co odrzucamy i ignorujemy?

Kuratorzy mieli z tym pewien problem. Jak zapewniali, najbardziej kusiła ich perspektywa socjologiczna, która tak dobrze sprawdziła się na wystawie „Nowa sztuka narodowa” (stąd beznamiętny tytuł „Co widać. Polska sztuka dzisiaj”). Czyli to, jak wszelka sztuka – niekoniecznie ta najlepsza – funkcjonuje w społeczeństwie. Dlatego na przykład pokazują w MSN ścieżkę „nowego folkloru” – sztuki rozwijanej w małych ośrodkach miejskich i na wsi, wbrew tezie, że tylko wielkie metropolie mają dziś patent na artystyczne działania. Z doskonałym przykładem murali na stodołach i instalacji w polu Daniela Rycharskiego.

Najwięcej jednak miejsca zajmują w ekspozycji artystyczne strategie pozwalające dotrzeć do wyobraźni widza, kieszeni kolekcjonera, uznania kuratora i krytyka. Kluczowa wydaje się tu sekcja wystawy nazwana „Robienie nowych światów”. W jej ramach pokazano artystów, którzy powracają do tak skompromitowanych jeszcze niedawno wartości, jak narracja, fabuła, opowiadanie czy bohater. Jakub Julian Ziółkowski czy Aleksandra Waliszewska to artyści, którzy w malarstwie robią dokładnie to samo, co z takim obrzydzeniem odrzucano dwie dekady temu u Dudy-Gracza czy Beksińskiego: budują osobne mikrokosmosy wyobraźni, zapełniając je historiami i sylwetkami. Opowiadają obrazem, połączonym niekiedy ze słowem (Maciej Sieńczyk).

Ale „nowe światy” można przecież rozumieć także szerzej: jako dążenie do wypracowania sobie własnych środków wyrazu, pozwalających się wyróżnić z tłumu artystów. To jeden z kluczy do sukcesu w czasach, gdy wszystko już było i gdy tysiące twórców walczy o naszą uwagę. Wielu twórców taką lukę znalazło i dzięki temu zostali docenieni – to choćby Wojciech Bąkowski, Robert Kuśmirowski, Oskar Dawicki czy Monika Sosnowska.

Więcej uwodzenia widza

Autorzy wystawy mogli też pokazać inną strategię – wyrachowane przechwytywanie mód na malarski styl Sasnala czy na poetykę surrealizmu. Zamiast tego proponują wątek „Inni mistrzowie” – o tym, jak twórcy współcześni, zmęczeni tradycyjnym identyfikowaniem się z wielkimi mistrzami, szukają inspiracji i artystycznych patronów wśród artystów nieprofesjonalnych. O entuzjazmie Łukasza Jastrubczaka dla obrazów zmarłego przed półwieczem schizofrenika Edmunda Monsiela czy entuzjazmie Pauliny Ołowskiej dla lokalnego twórcy z Rabki-Zdroju Jana Koleckiego. Ciekawe to opowieści, ale marginalne. Być może lepiej było w jakimś kąciku ekspozycji pochylić się nad kondycją sztuki nieprofesjonalnej w ogóle i nad tym, co pozostało z dawnej jej potęgi budowanej przez Nikifora, Dorotę Lampart czy Teofila Ociepkę? Albo podjąć temat akademickich nauczycieli i zastanowić się, na ile i jak często rozwijają oni indywidualność swoich uczniów, a jak często ją tłumią? To są realne problemy.

Gdyby przyjąć konsekwentną perspektywę socjologiczną, na wystawie powinno znaleźć się oczywiście dużo więcej fenomenów „uwodzenia widza”, np. sztuka oferowana turystom – ta rozwieszana na murach starych miast lub sprzedawana w sklepikach z pamiątkami. A także potężny i ciągle mający wielu miłośników nurt tzw. nadrealizmu magicznego (poetyckiego), którego symbolami są tacy artyści, jak Rafał Olbiński, Jacek Yerka, Wojciech Siudmak czy Tomasz Sętowski; jak również osobliwości rynku sztuki z  fenomenem niewiarygodnej popularności Jerzego Nowosielskiego i Wojciecha Fangora (tego ostatniego tylko w wersji „kolorowe koła”) oraz promowaniem młodych twórców poprzez dedykowane im aukcje. Czy wreszcie zjawisko niekonwencjonalnej autopromocji grupy The Krasnals lub fenomen street-artu.

Czy jednak taką dawkę sztuki main­streamowej, nienamaszczonej przez instytucje świata sztuki, zniosłyby sale MSN? Wydaje się, że wykreślanie tak radykalnie socjologicznej mapy dzisiejszej polskiej sztuki wystraszyło kuratorów i bardziej skupili się nie na tym, w jaki sposób sztuka obecna jest w narodzie, ale na tym, jak się samoorganizuje. Słowem – trzymając się akwarystycznej terminologii – czym karmią się rybki.

A karmią się na przykład sztuką krytyczną, choć już nie tak powszechnie jak w końcu XX w. (niezmordowani Artur Żmijewski i Zbigniew Libera, a z nowego zaciągu – bardzo interesujący Piotr Wysocki). Żerują na zmęczonej awangardzie (Oskar Dawicki, Agnieszka Polska). Coraz chętniej podjadają z baseniku, który kuratorzy nazwali „współczesną plastyką”, zawierającego tradycyjne formy artystycznego wyrazu, jak malarstwo, rysunek, grafika, rzeźba, a nawet formy uważane jeszcze niedawno za wręcz staroświeckie – ceramikę, metaloplastykę czy tkaninę artystyczną.

Rybki z narastającą śmiałością odwiedzają sąsiednie akwaria. Sztuki wizualne coraz bardziej splatają się z teatrem i tańcem (performatywność), filmem (wideo-art), a nawet literaturą i poezją (Norman Leto, Wojciech Bąkowski czy Honza Zamojski). Mało tego, artyści spełnieni w sztukach wizualnych podejmują się nowych wyzwań, kręcąc filmy fabularne (mniej udana próba „Summer Love” Piotra Uklańskiego i bardziej udana – „Z daleka widok jest piękny” Anki i Wilhelma Sasnalów oraz nadchodzący debiut reżyserski Zbigniewa Libery „Walser”). Tu także pomieścić wypada coraz ciekawsze eksperymenty z dźwiękiem Katarzyny Krakowiak czy Konrada Smoleńskiego (oba prezentowane na Biennale w Wenecji).

Czy da się pływać na zmianę w czystych tropikalnych wodach i w zimnych, mętnych polskich jeziorach? W świecie sztuki to pytanie (także stawiane przez kuratorów) o relacje między lokalnością a globalnością sztuki. Pamiętam rozmowę, jaką odbyłem z Magdaleną Abakanowicz przy okazji jej retrospektywnej wystawy na Zamku Ujazdowskim w 1995 r. Na pytanie, w czym widzi źródło swego międzynarodowego sukcesu, odpowiedziała, że w tym, iż o sprawach uniwersalnych starała się zawsze mówić z pozycji jej osobistych, uwikłanych w polskość doświadczeń.

Ten problem się nie starzeje. Wystawa pokazuje zarówno artystów łączących z sukcesem pracę lokalną z globalną (Paweł Althamer z Bródna, Paulina Ołowska z Raby Niżnej), jak również tych, którzy w mętnych na pozór wodach peryferii sztuki potrafią odnaleźć coś na wagę błękitnych lagun (Slavs and Tatars, Jan Simon). Wyśmienitym symbolem tego nurtu jest praca Pawła Althamera „Koziołek Matołek” o bohaterze, który „po całym świecie szukał tego, co jest bardzo blisko”.

Białe plamy na mapie

Jeżeli ta ekspozycja tworzy mapę polskiej sztuki, to raczej nie mapę fizyczną, która wymagałaby zaznaczenia nie tylko wyżyn, ale i dolin. A tu wskazano głównie szczyty. Jakieś dwie trzecie zaproszonych to twórcy, którzy od lat wędrują po rodzimych galeriach i są dobrze znani. Bardziej uważnych miłośników sztuki czeka niewiele zaskoczeń. Ale w końcu ma być to wystawa dla szerszego kręgu odbiorców. Dla takich, którzy nie mają motywacji, by biegać z wystawy na wystawę. Ci dostaną w jednej dawce spory wybór najnowszej sztuki, ciekawie uporządkowanej i z wieloma pracami, których wcześniej zapewne nigdzie nie widzieli.

Jest to więc raczej mapa administracyjna. Z wyraźnie, choć niekiedy arbitralnie zaznaczonymi granicami i podkreśleniem grubą kreską najważniejszych ośrodków. Ale i na niej pojawiają się białe plamy. To nawet nie zarzut, raczej ostrzeżenie dla tych, którzy rozglądaliby się za pracami twórców, którzy byli aktywni jeszcze przed pojawieniem się Kozyry, Althamera czy Żmijewskiego. Bo to właśnie ci artyści stanowią pokoleniową cezurę na tej wystawie. Na pytanie „Co widać” można więc odpowiedzieć: nie wszystko, choć całkiem dużo.

Wystawa „Co widać. Polska sztuka dzisiaj” potrwa do 1 czerwca.

Polityka 7.2014 (2945) z dnia 11.02.2014; Kultura; s. 80
Oryginalny tytuł tekstu: "Atlas ryb"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Wielka Brytania była liderem szczepień. Więc co poszło nie tak?

Chociaż szczepi się rekordowo wielu młodych i rozważane jest wprowadzenie nakazu kłucia pracowników domów opieki, to wirus nie ustępuje. Wariant delta się szerzy, a Boris Johnson znów jest w ogniu krytyki.

Mateusz Mazzini
19.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną